DZIWNA POLSKOŚĆ: Trawa, strawa
Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

22 minuty czytania

/ Obyczaje

DZIWNA POLSKOŚĆ: Trawa, strawa

Jaś Kapela

Wydaje się, że nasi przodkowie dość szybko skumali, że zbieractwo i rolnictwo jest bardziej efektywną metodą pozyskiwania pożywienia niż ganianie za nim z kijami. Zarówno starożytni Słowianie, jak ich chrześcijańscy następcy jedli głównie warzywa

Jeszcze 6 minut czytania

Wbrew temu, co można by pomyśleć, patrząc na okładki książek kucharskich poświęconych kuchni staropolskiej, ludzie zamieszkujący ziemie dzisiejszej Polski mięsa jedli mało. Anegdota: najstarszy polski przepis kulinarny zawdzięczamy Mikołajowi Rejowi, który w swoim dziele „Żywot człowieka poczciwego” zanotował przepis na ćwikłę. Podstawę pożywienia Słowian stanowiły produkty roślinne, czytamy w „Kuchni Słowian” Hanny i Pawła Lisów. Badania archeologiczne pozwalają na zidentyfikowanie 147 gatunków roślin dziko rosnących, które mogły być zbierane przez ludzi zamieszkujących na ziemiach polskich. Jedzona była choćby komosa biała, bardziej znana jako lebioda. Znaczącą rolę w pożywieniu Słowian odgrywały grzyby. Popularne były kiszonki.

„Oddają się ze szczególną gorliwością rolnictwu... w czym przewyższają wszystkie ludy północy” – pisał Ibraham ibn Jakub w X wieku. Najczęściej uprawiane były proso – z którego robiono jagły, czyli kaszę jaglaną – ale też pszenica, jęczmień, owies czy żyto. W słowiańskich ogródkach już w VI–V wieku p.n.e. sadzono groch, bób, mak, a nawet soczewicę. Dziejszą funkcję ziemniaków pełniła rzepa, czyli ówcześnie jedna z podstawowych roślin jadalnych. Duże znaczenie miało sadownictwo, w przeciwieństwie do łowiectwa, które nie było zbyt popularne, a począwszy od XIII wieku, gdy chłopstwo straciło prawo do polowania w pańskich lasach, nielegalne dla większości mieszkańców ówczesnej Polski. O tym, jak ważne dla Słowian było rolnictwo, może świadczyć choćby fakt, że wojska bizantyjskie jako metodę walki z plemionami słowiańskimi stosowały niszczenie ich pól uprawnych.

Szczegółowe dane na temat tego, jak mało mięsa jedli ludzie zamieszkujący dzisiejszą Polskę (począwszy od neandertalczyków, przez słowiańskie plemiona i chłopów pańszczyźnianych, aż po miejski proletariat) oraz jak bardzo mylą się ci naukowcy, którzy twierdzą, że jedzono go więcej, przedstawia z wprawą kancelisty i zaciętością anarchisty Jarosław Urbański w „Społeczeństwie bez mięsa”, do której to książki odsyłam państwa, jeśli potrzebują szczegółowych danych. Urbański wylicza na przykład, że „na terenie dobrze nam wszystkim znanego Biskupina, datowanego na 500–400 r. p.n.e., (...) zamieszkałego przez 800 do 1000 osób, znaleziono 2885 fragmentów kości ssaków, z czego kości zwierząt łownych stanowiły 9,6% ogółu”. Jeśli chcielibyśmy być drobiazgowi, to moglibyśmy policzyć dalej, że kości te składały się zapewne na kilkaset zwierząt spożytych przez kilkaset osób na przestrzeni ponad stu lat. Ile posiłków mięsnych z tego wychodzi? Jeden rocznie? Choć historycy podejrzewają, że kości mogły być składowane gdzieś poza osadami ludzkimi, to są to czcze rozważania, bo archeolodzy nie odnotowali takich znalezisk. Generalnie wydaje się, że nasi przodkowie dość szybko skumali, że zbieractwo i rolnictwo jest bardziej efektywną metodą pozyskiwania pożywienia niż ganianie za nim z kijami.

Ten stan rzeczy utrzymywał się chyba przez większą część historii ziem polskich, bo na przykład odwiedzający Polskę w latach 1670–1672 Ulryk Werdum, podróżnik z Fryzji, tak pisał o diecie mieszkańców Mazowsza : „Przysmakiem jest dla tych ludzi kasza skropiona jakimkolwiek roztopionym tłuszczem, przy czym nie są zbyt wybredni co do jego jakości. Nie jedzą ani mięsa, ani warzyw, oprócz buraków i pasternaku. Większość z nich ma własne ogrody warzywne, gdzie rośnie jedynie mak, proso, pasternak, buraki i ogórki. (…) Jeżeli hodują jakieś zwierzęta domowe, to po to, żeby sprzedawszy je, kupić odzież i wódkę”. Z kolei w XVIII wieku Franciszek Kurcyusz (Curtius), lekarz nadworny króla Stanisława Augusta, zanotował: „Bardzo wiele wieśniaków w tym kraju nie zna mięsa, a przynajmniej bardzo rzadko je jedzą. Chleb gruby, lada jaka kasza, barszcz, kwaśna kapusta i trunek najprościejszy są zwyczajnym ich posiłkiem”.

Wegetariańska dieta wynikała nie tylko z przyczyn ekonomicznych, ale również religijnych. Jak przypomina Urbański, w średniowieczu długość postów była różna w zależności od diecezji i wynosiła od 110 do nawet 215 dni w roku. Ocenia się, że na terenie dzisiejszej Polski w XIII wieku wstrzemięźliwość od potraw mięsnych „przypadała na więcej niż połowę dni w roku (192 na 365). W obrębie tych 192 dni obowiązywało jeszcze 51 dni postu ścisłego, w czasie którego zakazane było również spożywanie nabiału”. Jak widzimy, katolicy w okresie postów stawali się realnymi wegetarianami, a nawet weganami. Znany francuski przyrodnik i adwokat wegetarianizmu Jean-Antoine Gleizes w swoim najsłynniejszym dziele wywodził wręcz, że: „Surowe zachowanie licznych postów zrobiło z Polaków najszlachetniejszy naród na całej ziemi”. Podobnie dobre zdanie miał o naszych rodakach konserwatywny historyk Antoni Morzycki, który w wydanej 1858 roku „Historii Polski” pisał: „Mięsiwa używali kmieci, nasi przodkowie, nie wiele; wynieśli oni ze swojej indyjskiej kolebki wstręt religijny od pożywania zwierząt opatrzonych duszą żyjącą, a mieli płodną ziemię, wydającą dostatkiem roślinnego pokarmu od trawy strawą nazwanego”. O zasmakowanie Polaków w mięsiwie Morzycki obwiniał Niemców. Co o tyle ciekawe, że to właśnie z Niemiec pod koniec dziewiętnastego wieku płynęły do nas nowoczesne idee wegetariańskie.

Co nie oznacza, że wcześniej nie było w Polsce wegetarian. Diety wegetariańskiej przestrzegali sprowadzeni przez Bolesława Chrobrego kameduli, jak również przybyli do Polski w XIII wieku kartuzi, a z zakonów żeńskich na przykład obecne w Polsce nieprzerwanie od 1126 roku norbertanki, które mięsa nie spożywały zupełnie, a w poście nie jadły również nabiału. Niestety już w XII wieku siostrzyczki otrzymały od księcia Mściwoja przywilej rybołóstwa morskiego, a także polowania na bobry. Zapewne te oraz kolejne przywileje nadawane zakonom przez władców wpłynęły również na ich jadłospisy i odejście od bliskiego wczesnemu chrześcijaństwu ducha ascetyzmu. W tym miejscu warto przypomnieć, że bobry bardzo długo były uważane za potrawę postną, ze względu na swój pokryty łuską ogon. Jednak nie zmienia to faktu, że większość mieszkańców dzisiejszej Polski przez większą część historii odżywiała się głównie roślinnie. Mięsko lądowało na naszych stołach zaledwie okazjonalnie. Nie licząc oczywiście promila magnatów i innych plemiennych elit, które mogły sobie pozwolić na wpieprzanie mięsiwa bez opamiętania i często tak właśnie robiły. Warto jednak pamiętać, że był to styl życia (często zdegenerowanej) mniejszości.

Nieumotywowany religijnie wegetarianizm zaczął w Polsce pojawiać pod koniec XIX wieku. Jednym z jego pionierów był syn fabrykanta i browarnika Konstanty Moes-Oskragiełło. Konstanty od dzieciństwa chorował i był wątłego zdrowia. Ponieważ zalecane terapie mu nie pomagały, zaczął krytycznie odnosić się do lekarskich autorytetów i zwrócił się w stronę medycyny naturalnej. Od kiedy przeszedł na dietę jarską, stan jego zdrowia znacznie się poprawił. „Bladość zniknęła i zmieniła się w stały rumieniec, ciało wzmocniło się, narosła tkanka tłuszczowa, samopoczucie widocznie się poprawiło”, jak wspominał znajomy w „Przeglądzie wegetariańskim” już po śmierci Oskragiełły. Po ukończonych zagranicznych studiach Konstanty w 1883 roku nabył folwark nad brzegiem Świdra, gdzie – jeszcze przed powstaniem pierwszych otwockich sanatoriów – założył Leczniczy Zakład Termopatyczny.

Jarstwo Konstanty Moes-Oskragiełło definiował nie tylko jako bezmięsną dietę, ale znacznie szerzej jako postępowanie zgodne z prawami przyrody. W swoim dziele „Jarstwo i wełniarstwo w dziejach słowiańszczyzny” pisał, że skutkiem odejścia od tych praw jest: „ogólna cherlawość i większość chorób cielesnych, społecznych i moralnych, trapiących ludzkość”. Zamiast żyć w zgodzie z naturą, ludzie trują się zaduchem miast oraz środkami sztucznej podniety jak tytoń, alkohol, herbata czy kokaina. Wszystko to należało odrzucić, aby rozpocząć terapię w urokliwym dworku nad Świdrem, w którym lekarz amator propagował nie tylko dietę raw vegan, ale również gimnastykę i nagość. Głównymi czynnikami leczniczymi miały być: powietrze, woda, światło, ciepło i zimno. Reklamując swoje usługi, Oskargiełło zastrzegał, że wynagrodzenie pobiera wyłącznie, gdy terapia zakończy się sukcesem. W swojej książce wykazywał, że Słowianie – pochodzący od prowadzących szczęśliwe życie w zgodzie z naturą i wyznających bezmięsną dietę Hiperborejczyków – od zarania dziejów hołdowali jarstwu i nosili wełniane ubrania, dzięki czemu „wyróżniali się spomiędzy wszystkich innych narodów, wzrostem wysokim, siłą, wytrwałością w znojach, łagodnością i wesołością i zdrowiem niepospolitym”. Niestety w wyniku odejścia od prawidłowego, zgodnego z przyrodą sposobu życia utraciliśmy powyższe przymioty.

W propagowaniu weganizmu Oskargiełło nie był odosobniony. Już w 1884 roku „Kurier Warszawski” postanowił przybliżyć czytelnikom coraz bardziej modne idee. Z felietonu możemy się dowiedzieć, że: „Jarosz, łaskawy czytelniku, jest to człowiek krzepki, rzeźwy i zdrów, jednem słowem jary!”. Ukazywały się w Polsce przekłady dzieł propagatorów jarstwa i przyrodolecznictwa, ale też oryginalne pozycje polskich autorów. W roku 1898 w Berlinie wydana została napisana przez Marię Czarnowską „Jarska kuchnia zawierająca wypróbowane przepisy przyrządzania smacznych a zdrowych potraw roślinnych, oraz naukowe uzasadnienie jarstwa”. Nie jest to „Jadłonomia”, bo ówcześni czytelnicy nie mieli dostępu do rynku warzywnego zglobalizowanego świata, ale i tak można znaleźć tutaj rady, żeby używać masła kokosowego oraz sporo innych inspiracji. Aż chciałoby się spróbować, jak smakują duszone czarne korzonki, babka z jarmużu czy brukiew ze śliwkami. Książka, poza przystępnymi przepisami oraz zdrowotnymi uzasadnieniami dla wegetarianizmu, wskazuje również, że mięso jest najdroższym pokarmem, a przez to jarstwo jest podstawą osobistej niezależności. Autorka zwraca też uwagę, że jedzenie mięsa jest sprzeczne z naszymi naturalnymi skłonnościami i retorycznie pyta: „Gdy kochanek zapragnie wyjść na przechadzkę ze swą ulubioną, czy pójdzie z nią do ogrodu, czy też do rzeźni?”. Musiało istnieć zapotrzebowanie na tego typu publikacje, bo książka doczekała się kilku wydań. W tym samym roku przez „Przewodnik zdrowia” wydana została broszura „Jarstwo podstawą zdrowia, szczęścia i życia nowego: wedle orzeczeń słynnych badaczy i uczonych”, w której zarys jarstwa przybliżał doktor medycyny Drzewiecki, a czytelnicy mogli się dowiedzieć, że mięso jest trucizną.

Ważnym punktem na wegetariańskiej mapie Polski stanowił Zakład Przyrodoleczniczy doktora Apolinarego Tarnawskiego, założony przez niego w 1891 w Kosowie Huculskim w Karpatach Wschodnich. Tarnawski, będąc lekarzem w Kosowie, szybko przekonał się do niezwykłych warunków klimatycznych tego miejsca. Rzeczywiście, przeglądając stare zdjęcia, trudno nie ulec urokowi miejscowości. Z pomocą w stworzeniu wymarzonego sanatorium przyszedł Tarnawskiemu znajomy ksiądz, który podarował doktorowi stary, sielski dwór. Z czasem w malowniczy górski krajobraz wkomponowano trzy monumentalne warzelnie soli z pięknymi gotyckimi salami, przestronne tarasy do leżakowania, baseny, solaria i domki dla kuracjuszy rozrzucone po rozległym parku, a także ogród warzywny i sad. Jak wspomniał profesor Stanisław Sławomir Nicieja: „Kosów ma klimat podobny do szwajcarskiego Davos. Brak mu tamtejszego komfortu, ale jest za to nieporównywalnie tańszy”.

Uroki sanatorium szybko doceniły ówczesne elity. Kosów stał się ulubionym miejscem bohemy. Wegetariańskim Zakopanem. Kuracjuszami byli między innymi Gabriela Zapolska, Juliusz Osterwa, Leon Schiller, Xawery Dunikowski, Ferdynand Antoni Ossendowski, Melchior Wańkowicz, Stanisław Dygat, Edward Abramowski czy Maria Dąbrowska. Nie brakowało też polityków, jak Ignacy Daszyński, Wojciech Korfanty, i artystów, takich jak Karol Adwentowicz, Józef Pankiewicz czy Lucjan Rydel. Bywało, że w Kosowie gościło równocześnie kilku arcybiskupów, w tym metropolita lwowski – a dziś nawet święty – Józef Bilczewski. Zakład szczególnie upodobali sobie politycy narodowej demokracji, na czele z samym Romanem Dmowskim. Chyba nie bez znaczenia dla tej popularności lecznicy wśród elit był fakt, że artyści i działacze społeczni mogli liczyć na darmową kurację albo przynajmniej duże zniżki. Ze wspomnień wdzięcznej pacjentki Gabrieli Zapolskiej dowiadujemy się, że na kurację składały się takie aktywności, jak wstawanie o świcie, bieganie boso po rosie, gimnastyka, praca w ogrodzie, jarska dieta czy paradowanie w tunice. Przez spędzony tam miesiąc pisarka musiała się obyć bez kawy, papierosów i alkoholu. Przyznaję, że wyobrażenie sobie Romana Dmowskiego hasającego boso po rosie razem z Gabrielą Zapolską czy Melchiorem Wańkowiczem sprawia, że łatwo mi uwierzyć w sensowność metody terapeutycznej doktora Apolinarego.

Tarnawski stawiał sobie za cel uzdrawiać nie tylko ciało, ale również duszę, a nawet naród, postulując utworzenie „hygjenicznych uniwersytetów powszechnych”. Podczas wykładów kuracjusze mieli się uczyć, jak dbać o swoje zdrowie już po opuszczeniu uzdrowiska, a także nabywać wiedzę z innych dyscyplin. Oprócz kąpieli słonecznych, wodnych, parowych i błotnych w sanatorium w Kosowie można było także zażyć nowych idei. Tarnawski w swojej praktyce umiejętnie łączył wiedzę zdobytą u lekarzy z zachodnich kurortów z mniej konwencjonalnych terapiami Wschodu, a także dążył do ich maksymalnego uproszczenia, aby ćwiczenia i zalecenia były przystępne dla polskich odbiorców. O swoich metodach terapeutycznych chętnie wygłaszał pogadanki oraz wydawał broszury, a napisana wspólnie z żoną Romualdą „Kosowska kuchnia jarska” stała się bestsellerem. Słynna też była panująca w sanatorium atmosfera tolerancji, która sprawiała, że nawet zagorzali polityczni adwersarze potrafili toczyć kulturalne spory.

Większość promujących jarstwo autorów zgodziłaby się chyba, że celem nie jest wyłącznie zdrowa dieta, ale również moralna i społeczna odnowa narodu. Stworzenie nowego, lepszego człowieka postulowali konserwatyści, spotykający się w Kosowie członkowie religijno-filozoficznego stowarzyszenia Eleusis, które miało w swoim zamiarze być kuźnią przyszłych polskich elit, oraz socjaliści, spośród których trzeba wymienić Janisława Jastrzębowskiego.

Janisław Jastrzębowski w książce „Precz z mięsożerstwem” wywodził, że hasło to uważa za „najważniejszy oręż do walki z obłudą klerykalno-narodową”. Swoją nieco chaotyczną, ale za to pełną polemicznego tonu broszurę Jastrzębowski dedykuje „Przyszłym wyzwolonym kobietom polskim”, gdyż potrzeba nam „nowych ludzi” i kobiet wyzwolonych spod jarzma kuchni. Duch polemiczny Jastrzębowskiego był tak wielki, że drugie wydanie jego książki miało już ponad 600 stron i rozprawiał się w niej chyba ze wszystkim i wszystkimi. Jastrzębowski pisał wprost, że chodzi o dokonanie duchowej rewolucji w ciemnych tłumach, ale można mieć wątpliwości, czy przyjęta poetyka paszkwilu rzeczywiście przyczyniła się do wewnętrznej przemiany czytelników.

Być może bardziej przekonujący był ksiądz Wincenty Pixa, który w swojej znacznie bardziej przystępnie, bo w punktach napisanej książce z 1909 roku „Nie jedz mięsa – zostań jaroszem!”, dowodził, jak bardzo szkodliwe jest spożywanie mięsa, a jak dobroczynne jedzenie roślin. Pisał między innymi: „Jest rzeczą naukowo sprawdzoną, że żywienie się mięsem nie wychodzi człowiekowi bynajmniej na zdrowie, gdyż przyśpiesza tętno (bicie serca), drażni nerwy oraz skraca życie” oraz twierdził, że postęp oświaty i narodowy interes wymaga przyjęcia jarstwa.

Według księdza Pixy mięsne potrawy nie tylko prowadzą nas do używania napojów spirytusowych, ale również są przyczyną najczęstszych i najniebezpieczniejszych chorób oraz przedwczesnej śmierci. Wywodzi też, że zdaniem wielu uczonych „wszystkie zaraźliwe choroby na świecie początek mają w rzeźniach”. Sto lat przed afrykańskim pomorem świń, ptasią grypą czy chorobą wściekłych krów. Choć niektóre teorie przedstawiane przez propagatorów wegetarianizmu bywają li tylko pokrętną retoryką, trudno w jarskim pisarstwie przełomu wieków nie dostrzegać słusznych intuicji, które dopiero z czasem stały się kanonem wiedzy.

Oprócz książek kucharskich, jarskich broszur, sanatoriów czy pisma „Jarskie Życie” powstawały też na ziemiach polskich wegetariańskie garkuchnie, a nawet Towarzystwo Jaroszów we Lwowie, którego przewodniczącym został inżynier Karol Richtman-Rudniewski. Towarzystwo zalecało nie tylko wstrzymywanie się od wszelkiego pożywienia pochodzącego z zabitych zwierząt, ale również od alkoholu i tytoniu, zalecało gimnastykę „i w ogóle umiarkowanie oraz skromność w życiu”. Jarstwo stało się na tyle popularne, że Janisław Jastrzębowski opublikował nawet broszurę „Historia ruchu jarskiego w Polsce”, w której wywodził, że dzięki niejedzeniu mięsa możemy żyć pełniej i swobodniej.

Początek końca nowoczesnego ruchu jarskiego można widzieć z jednej strony w kapitalistycznej gospodarce nastawionej na coraz większą produkcję zwierząt hodowlanych, a z drugiej w niesprzyjającym mu klimacie politycznym. Wegetarian prześladowali i wsadzali do więzień zarówno komuniści, jak i hitlerowcy. W sowieckiej Rosji słowo wegetarianizm zostało wykreślone ze słownika. Podobnie Hitler zdelegalizował towarzystwa wegetariańskie, gdy tylko doszedł do władzy.

Wbrew tym przytłaczającym trendom historycznym duch wegański w słowiańskim narodzie nie zginął, czego dowodem może być choćby książka działacza socjalistycznego i przyrodnika Adama Maurizio „Pożywienie roślinne i rolnictwo w rozwoju dziejowym”. Maurizio jest uznawany za jednego z twórców nowoczesnej bromatologii – nauki zajmującej się badaniem żywności, stworzył od podstaw jedną z jej gałęzi – historię pożywienia. Jej fundamentem jest właśnie „pożywienie roślinne”. Maurizio przedstawia nam szeroki wachlarz roślin dziko żyjących oraz sposobów ich spożywania (nic dziwnego, że to jedna z ulubionych lektur Łukasza Łuczaja, autora „Dzikiej kuchni” oraz „Poradnika robakożercy”), a także historię chleba.

Po II wojnie światowej wygłodniałe społeczeństwo chciało w końcu móc się najeść, a mięso stało się najważniejszym symbolem bezpieczeństwa i dobrej, sytej kuchni. Pomimo wszystko powstało w PRL-u Towarzystwo Zwolenników Wegetarianizmu, rozwijał się również Ruch Promocji Wegetarianizmu. Za matkę polskiego wegetarianizmu czasów PRL uznajemy Marię Grodecką, autorkę wielu propagujących dietę bezmięsną książek, w tym „Wszystko o wegetarianizmie” czy „Wegetarianizm – zmierzch świadomości łowcy”. Co prawda Grodecka myliła się, twierdząc, że człowiek nie jest morfologicznie przystosowany do jedzenia mięsa, bo jesteśmy jednak wszystkożercami, i miała też trochę innych dziwnych teorii, jak łączenie jedzenia mięsa z rozprzestrzenianiem się chorób wenerycznych, jednak trudno nie doceniać jej zasług dla krzewienia wegetarianizmu. Mieliśmy też w PRL-u celebrytów odrzucających jedzenie mięsa, takich jak Czesław Niemen czy Małgorzata Braunek. Zdarzały się również przebłyski świadomości, że to, co robimy zwierzętom na fermach przemysłowych, porównać można do Holocaustu, a być może nawet jest od niego gorsze. Twierdził tak już pod koniec lat osiemdziesiątych choćby Jerzy Nowosielski.

Po roku 1989 ruch wegetariański zaczął się w Polsce odradzać, choć bardziej skupiał się na walce o prawa zwierząt niż próbach moralnej odnowy społeczeństwa, co od pewnego czasu nie kojarzyło się zbyt dobrze. W jednym z pierwszych numerów „Zielonych Brygad” postulowano utworzenie Ruchu Promocji Wegetarianizmu, który chyba jednak nie rozwinął się tak dobrze jak Ruch Wyzwolenia Zwierząt, który powstał w lutym '89 roku i działał w wielu miastach i miasteczkach Polski, a jego członkowie protestowali zarówno przeciwko cyrkom, jak McDonaldom. Pojawiało się coraz więcej publikacji poświęconych prawom zwierząt i diecie wegetariańskiej, a także czasopism tematycznych.

Chyba nikomu z prozwierzęcego ruchu nie podobała się do końca uchwalona w 1997 roku Ustawa o ochronie praw zwierząt, ale zważywszy że poprzednie przepisy regulujące te kwestie były z roku 1928, to i tak jej wprowadzenie należy uznać za sukces aktywistów, w tym kampanii Klubu Gaja „Zwierzę nie jest rzeczą”. Mimo wszystko wciąż nie było łatwo krzewić wegetariańskie idee. Na liście sekt opracowanej przez zakon dominikanów – którym, co ciekawe, przez wiele wieków wolno było jeść mięso tylko w chorobie albo poza klasztorem, aby nie być uciążliwym dla gospodarzy – znalazły się m.in.: Zielone Brygady, Tęczowa Dolina czy miesięcznik „Wegetariański Świat”. W wydanej przez dominikanów książce „Jak rozpoznać, że twoje dziecko trafiło do sekty?” jednym z pierwszych punktów ostrzegawczych jest odmowa jedzenia mięsa.

Coś jednak coraz szybciej się zmienia. Książki Marty Dymek oraz innych autorów promujących dietę roślinną osiągają bestsellerowe nakłady. Oprócz Klubu Gaja od lat działa w Polsce Fundacja Viva, Stowarzyszenie Empatia oraz dziesiątki innych organizacji oraz cała masa ludzi walczących o prawa zwierząt. Mamy kolejne kampanie społeczne, vlogi, blogi oraz memy, a także rosnący odsetek nastolatków deklarujących, że są weganami lub wegetarianami. Największe sukcesy odnoszą – jak się zdaje – założone kilka lat temu Otwarte Klatki. Zważywszy, że większość aktywistek ruchu prozwierzęcego to dziewczyny, wygląda na to, że rację miał Jastrzębowski, dedykując swoją broszurę „Precz z mięsożerstwem” „przyszłym wyzwolonym kobietom polskim”.

Autor przygotowuje książkę o polskim weganizmie dla wydawnictwa Krytyki Politycznej.