DZIWNA POLSKOŚĆ: Kiedy topnieją śniegi
Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

23 minuty czytania

/ Obyczaje

DZIWNA POLSKOŚĆ: Kiedy topnieją śniegi

Kaja Puto

Mamadou przyjechał z Senegalu, kojarzył Polskę z wygranego meczu z Francją. Safia – z Afganistanu, namówił ją ojciec, który tu wcześniej studiował. Ali z Syrii, nie potrafił sobie wyobrazić -30ºC. Van – z Wietnamu, znała wiersz o polskiej zimie – reportaż o imigrantach w epoce PRL

Jeszcze 6 minut czytania

Mamadou: W 1982 roku Polska kojarzyła się w Senegalu głównie z tym, że wygrała na mundialu z Francją. Większość kibicowała, rzecz jasna, Polakom. Poza tym każdy uczeń znał Marię Skłodowską-Curie. I oczywiście „Lesza Walesę”. Wałęsa był niesłychanie popularny, francuskie telewizje mówiły o nim na okrągło, pokazując puste półki sklepowe. Jeszcze zanim przyjechałem na studia do Polski, nosiłem jego zdjęcie w portfelu.

Ali: Nie wyobrażałem sobie wcześniej, co to znaczy -30ºC, a taka była temperatura, kiedy wysiadłem z samolotu na Okęciu. W Damaszku, z którego wyleciałem, było +15. To się działo w okolicach przerwy świątecznej, mój kurs polskiego jeszcze się nie zaczął. Pojechałem więc do kolegi do Białegostoku, a tam przywitała mnie impreza z mocną wódką. Można więc powiedzieć, że szybko się zaadaptowałem.

Safia: O Polsce słyszałam wiele dobrych rzeczy, bo mój tata studiował tu przede mną. Kiedy przyjechałam tu pod koniec lat osiemdziesiątych, przysłał mi z Kabulu radiomagnetofon. Nie mógł uwierzyć, że nie mogę kupić do niego baterii. Musiałam dzwonić do niego i opisywać, co jest w kiosku.

Van: Kiedy miałam sześć lat, Polska kojarzyła mi się ze świętym Mikołajem i ze śniegiem, jest taki słynny wietnamski wiersz o polskiej zimie. I jakimś lepszym, europejskim światem, bo ojciec wysyłał mi stamtąd sukienki, których inne dziewczynki nie miały. Mimo że był to bratni, komunistyczny kraj.

*

To Huu, autor wiersza, o którym wspomina Van, odwiedził Polskę w marcu 1959 roku i zachwycił się polską kulturą. „Polsko moja – rozpoczął swój wiersz – kiedy topnieją śniegi, a brzozy rosa słoneczna wysrebrza, idąc, słyszę odległe echa, głos poezji, dźwięki fortepianu”. W utworze znalazło się również miejsce na politykę: „to Armia Czerwona ocaliła Wawel jak Thach Sanh zestrzelił czarnego orła, ratując księżniczkę” (tłumacz utworu jest nieznany).

Ale kiedy Van przyjechała do Polski – a było to dokładnie trzydzieści lat później – wizerunek Armii Radzieckiej był tu już mocno nadwyrężony. Ojciec Van, fizyk jądrowy, zamieszkał w Warszawie już wcześniej z powodu studiów podyplomowych. Van z mamą dołączyły do niego w 1989 roku.

– W Polsce nie było jeszcze zbyt wielu Wietnamczyków, zaczęli przyjeżdżać dopiero w latach dziewięćdziesiątych – opowiada Van. – Rodzice rzucili mnie na głęboką wodę i we wrześniu zaczęłam z innymi siedmiolatkami pierwszą klasę. W pierwszy dzień szkoły dyrektorka przedstawiła mnie klasie, która była chyba tak samo przestraszona jak ja. Byłam dla nich jakimś dziwem, zjawiskiem, Chinką, która nagle wyłoniła się z kart bajki i stanęła przy tablicy. Na przerwie przyleciała do mojej klasy cała szkoła, w tym ósmoklasiści, przy których byłam taka maleńka. Otoczyli mnie i dotykali moich włosów, tak jakby chcieli sprawdzić, czy naprawdę istnieję, dawali mi kanapki, czekoladki i laleczki. Czułam się jak zwierzątko w zoo, ale w dobrym znaczeniu, to właściwie było miłe, jakbym była jakąś gwiazdą. Wszyscy mówili coś do mnie, ale nie rozumiałam ani słowa. Umiałam czytać i liczyć, bo w Wietnamie dzieci uczą się tego wcześniej, więc szybko nadrobiłam zaległości. Z matematyki byłam najlepsza, chociaż nic nie rozumiałam.

Spotykamy się na Ochocie, z którą Van czuje się najsilniej związana. Ochota, potem Warszawa („tolerancyjne, spokojne miasto”) i Polska, po której Van ostatnio dużo z mężem podróżuje. Opowiada mi o warszawskiej społeczności wietnamskiej, którą zna również z naukowej strony, bo badała ją podczas studiów socjologicznych. Mówi, że Wietnamczycy mają silne poczucie odrębności kulturowej, ale zależy im, by się odnaleźć w lokalnym kontekście.

– Chyba niewielu Polaków wie, że polscy Wietnamczycy obchodzą Boże Narodzenie, stawiają w domu choinkę i spotykają się z rodziną, nawet jeśli są buddystami lub ateistami – opowiada.

Sama nie miała problemu, by się odnaleźć: miło wspomina nauczycieli czy rodziców kolegów i koleżanek.

– Zawsze mi pomagali, zapraszali do siebie, byli uczynni – wylicza Van. – Jeśli mam jakieś złe doświadczenia, to ze szkoły podstawowej, bo w liceum dla nikogo już nie miało znaczenia, jak wyglądam, a zresztą w Warszawie cudzoziemiec nie wzbudzał już takiej sensacji. W podstawówce natomiast ciągle słyszałam za plecami „cing ciang ciong”, wołali za mną „Chinka” i tak dalej. Nie denerwowałam się tym za bardzo, mówiłam sobie: „No okej, skoro w Polsce wszyscy wyglądają tak samo, a ja jestem inna, to normalne”. Kolega, który siedział za mną, miał dużo gorzej, bo leczył zeza i nosił okulary. Wszyscy przezywali go „pirat”, kopali go, wyrywali mu okulary. A dziewczynce, która była ruda, przypalali włosy. Więc w sumie nie miałam tak źle. Dzieci są okrutne, nie jestem pewna, czy można nazwać to rasizmem.

*

Ali: W Łodzi, gdzie uczęszczałem na kurs polskiego, mieszkałem w akademiku nr 13, w którym mieszkali sami cudzoziemcy. Z Syrii, tak jak ja, z Jemenu, Grecji, Etiopii, Ameryki Łacińskiej i innych krajów. Kiedyś wsiadłem do taksówki i mówię, że poproszę do trzynastki, a taksówkarz na to w śmiech: „Aha, czyli do zoo?”. Tak ładnie nasz akademik Polacy nazywali.

Safia: Polacy, z którymi miałam kontakt w okresie PRL, byli nastawieni do cudzoziemców raczej przyjaźnie. Na studiach miałam fantastyczną, pomocną grupę. Owszem, ludzie czasem zazdrościli cudzoziemcom markowych ubrań czy pobili się o jakąś dziewczynę, ale na pewno było dużo lepiej niż dziś.

Mamadou: To były dziwne czasy. Ludzie się gapili, ale nie wiem, czy w tym gapieniu zawarty był komunikat, że jestem gorszy, bo czarny. Najgorzej było, jak się wsiadało do autobusu, którym jechała wycieczka szkolna, ze spojrzeniem w rodzaju: „Co to jest”. Nie kto, a co. Mimo to pamiętam dużą otwartość, ludzie byli po prostu ciekawi, chcieli rozmawiać, np. w pociągu, a potem zapraszali do domu. W porównaniu do tego, co jest dziś, Polacy nie byli tacy anty, może dlatego, że cudzoziemcy nie konkurowali z nimi ekonomicznie, bo przyjeżdżali tu przeważnie tylko na studia. No i nie można było otwarcie manifestować nienawiści, ograniczał to system.

*

O tym, że młody Mamadou trafił do ojczyzny Lecha Wałęsy, zadecydował przypadek.

– Studiowałem przez semestr w Dakarze, ale moją naukę przerwał studencki strajk – wspomina. – Uniwersytet był przeładowany, na salach wykładowych i w akademikach nie było miejsc. Strajk dotyczył też innych problemów, bo w postkolonialnych krajach zadomowił się francuski zwyczaj, że jak coś jest nie tak, studenci protestują. To było bardzo rozpolitykowane pokolenie, a ja interesowałem się raczej nauką. Miałem dosyć tej sytuacji, bo strajk trwał już półtora miesiąca. Siedziałem przed domem i czytałem gazetę, w której znalazłem informacje o stypendiach do demoludów.

Powstałe w wyniku dekolonizacji państwa afrykańskie chętnie nawiązywały w tamtych czasach kontakty z blokiem wschodnim w ramach buntu przeciwko dawnym zaborcom.

– Ale Senegal miał dobre relacje i ze Wschodem, i z Zachodem – wyjaśnia Mamadou. – Ówczesny prezydent był katolikiem i nauczycielem łaciny, więc kultura europejska była mu bliska. Na studia wyjeżdżało się przeważnie do Francji, ale żeby dostać takie stypendium, trzeba było mieć znajomości i ubiegać się o nie od razu po maturze. Wybrałem więc Polskę, w której studiował mój daleki kuzyn. Mówił, że poziom nauki jest dobry, choć sytuacja gospodarcza nie wygląda dobrze. „Ale to tylko pięć lat i wrócisz do domu”.

Pierwszym szokiem, mówi Mamadou, było lotnisko w Okęciu.

– Wyglądało jak dworzec autobusowy w Dakarze – uśmiecha się. – Potem pojechałem na świeżo otwarty Centralny i śmiałem się, że ktoś się musiał pomylić i że tu jest to lotnisko. W Senegalu patrzy się na Europę przez pryzmat Francji, nie spodziewałem się, że świat, który zastanę, będzie tak odmienny. Senegal był biedny, ale nie miał problemów z zaopatrzeniem, nawet w wioskach można było kupić zachodnie towary, pastę Colgate czy długopisy Bic, które tu były dobrem luksusowym. Ale nie było co narzekać: jak wszyscy mają te same kłopoty, łatwiej to znieść, niż gdyby jedna grupa miała być poszkodowana.

Mamadou nauczył się polskiego dość szybko: w liceum miał niemiecki i łacinę, więc nie męczył się, jak inni, z konceptem deklinacji. W 1984 roku zaczął studiować w Warszawie weterynarię. Podobnie jak Safia dobrze wspomina czasy studenckie.

– Polska była wtedy innym krajem – twierdzi. – Bywałem na stadionie Widzewa czy Legii i nikomu to nie przeszkadzało. Jeśli były jakieś pretensje do cudzoziemców, to co najwyżej z zazdrości, bo niektórzy studenci byli bogaci, np. otrzymywali stypendium w zagranicznej walucie. Część zagranicznych jeździła też bez problemu do Berlina i Wiednia i przywoziła na handel elektronikę, sprzęty AGD, płyty.

Po zakończeniu studiów Mamadou wrócił zgodnie z planem do Senegalu, ale nie mógł znaleźć pracy. Postanowił wrócić do Polski, aby podnieść swoje kwalifikacje. Zrobił doktorat z weterynarii, ale nie mógł liczyć na etat, bo inflacja poszła akurat do góry i uczelnia zaczęła zwalniać.

– Zająłem się za to mocniej muzyką, wydałem pierwszą kasetę z Kiniorem, potem zacząłem grać z Voo Voo. Ostatecznie zostałem więc w Polsce dla muzyki. Bardzo się z tego powodu cieszę – przyznaje. – Zawsze interesowała mnie polska kultura i historia, wiele o niej czytam, pomogła mi zrozumieć Polaków. Polacy i Senegalczycy mają zresztą wiele wspólnego – wpłynął na nas kolonializm i zabory. Ale obecna sytuacja polityczna jest dla mnie dziwna. Prawicowcy nazywają się konserwatystami, a zachowują się, jakby nie znali historii. Weźmy Polskę z XVI wieku – otwartą, wielokulturową, a potem zabory czy drugą wojnę światową – czasy uchodźstwa. Prawicowa wizja Polski jest dla mnie antypolska, bo występuje przeciwko polskiej historii.

*

Van: W 1989 roku byłam za mała, żeby rozumieć politykę, ale czułam, że coś się zmienia, bo nie stoimy już z mamą w kolejkach po papier toaletowy, co zresztą było dla mnie wielką frajdą, bo to było jak polowanie. Nagle wszędzie na chodnikach pojawiły się łóżka, z których sprzedawano dosłownie wszystko, więc moi rodzice także postanowili rzucić naukę i zająć się handlem. Sprowadzali z Wietnamu figurki Buddy, kimona, kadzidełka, to się wtedy świetnie sprzedawało. Pierwsze lata transformacji były dzikie i chaotyczne, sami Polacy nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać. Tym bardziej więc dla cudzoziemców to było jak dryfowanie szalupą w czasie burzy, w oku cyklonu.

Safia: Krakowscy studenci byli bardzo zaangażowani w działalność opozycyjną, więc upadek żelaznej kurtyny przyniósł w moim otoczeniu wielką radość. W ogóle ludzie byli o wiele weselsi, mieli mnóstwo pomysłów, planów, widać było energię. Ale dla innych zmiany te były dotkliwe, szczególnie dla starszych ludzi, którzy przyzwyczajeni byli do poczucia bezpieczeństwa, do tego, że mają pracę.

Ali: Nie angażowaliśmy się specjalnie w politykę, ale ludzie byli raczej zadowoleni. Z tym że nam – studentom zagranicznym – wcześniej też nie było źle. Dostawałem stypendium, więc miałem dostęp do Peweksu. Poza tym studiowałem w Zabrzu, na Śląsku, tam były też sklepy górnicze.

*

Dobre stosunki PRL z częścią krajów arabskich miały swój smutny, bo osadzony w 1968 roku początek, ale zaowocowały licznymi programami wymian studenckich. Młodzi Syryjczycy, Irakijczycy, Jemeńczycy czy Palestyńczycy najczęściej studiowali w Polsce kierunki techniczne, ale i medycynę. Tak też stało się w przypadku Alego – dziś ordynatora SOR w zakopiańskim szpitalu rejonowym. Przed wywiadem czytam o nim w „Tygodniku Podhalańskim” – tytuł artykułu to „120 godzin na nogach”. Nic więc dziwnego, że Ali proponuje mi spotkanie w poniedziałek na dyżurze albo we wtorek na dyżurze.

– Dopiero tutaj, w Zakopanem, pierwszy raz przemknęło mi przez myśl, że żałuję, że zostałem w Polsce – przyznaje. – To naprawdę trudne miasto, przez oddział przechodzi nawet dwustu pacjentów dziennie, a jestem tu jedynym specjalistą medycyny ratunkowej. Ciągnę ten oddział od ośmiu lat. Poza tym dopiero tutaj zacząłem odczuwać podskórne: „A skąd pan jest?”, nawet otwartą niechęć. A mieszkam w Polsce już ponad trzydzieści lat.

Ali na pytanie o to, w jakim mieście mu się najlepiej mieszkało, odpowiada dość oryginalnie.

– W Będzinie.

Dlaczego?

– Fantastyczni ludzie, świetny dyrektor, z lekarzami i pielęgniarkami żyliśmy tam jak jedna wielka rodzina. Aż chciało się iść do pracy. Mieszkałem na Warpiu, dobrze żyłem z sąsiadami, nikt mi złego słowa nie powiedział. Tak samo było w Dąbrowie Górniczej i w Tychach. Pracowałem też w Mysłowicach, Katowicach, Jastrzębiu, Wodzisławiu, Rydułtowach, wszędzie miałem świetne doświadczenia. Wciąż mam tam wspaniałych przyjaciół. Jak czegoś potrzebuję, to od razu dzwonię na Śląsk. A pani skąd jest? Z Sosnowca? A to też bardzo otwarte miasto, moja była żona pracowała tam w przychodni. Mówią, że brzydkie? Nieprawda!

Studia w Zabrzu Ali wspomina równie entuzjastycznie.

– Świetne czasy, miałem świetną grupę, kolegów i koleżanki, z którymi do dziś utrzymuję kontakt. Swoją żonę też poznałem na studiach. Jeździliśmy w góry, chodziliśmy na imprezy – a ja lubię imprezy! – nie było na co narzekać. Później urodziła nam się córka i zdecydowałem, że zostanę w Polsce, zrobiłem specjalizację z chirurgii i medycyny ratunkowej. Byłem zadowolony z tej decyzji. Pewnie, że zdarzały się jakieś nieprzychylne komentarze, ale rzadko. Pamiętam taką sytuację w Wodzisławiu, pracował ze mną lekarz z Nigerii. Przychodzi pacjentka do dyspozytorni i pyta, który lekarz ma teraz dyżur? Ten murzyn? Ten czarny? Dyspozytorka odpowiada, że tak, doktor J. „No to ja nie chcę do niego”. Na co dyspozytorka: „Ale jest też doktor Ali” i wskazuje na mnie. „Ale ja pani nie przyjmę” – odpowiedziałem. Potem J. wyjechał do Anglii. Wydaje mi się, że czarnoskórym było ciężej.

A Alemu?

– Ja zostałem dość ciężko pobity, ale dopiero tutaj, po tylu latach, w Zakopanem – przyznaje niechętnie. – Sprawcą był mój sąsiad, który pracuje w Anglii na uniwersytecie. „Nie będzie mi tu Arab mieszkał”, tak krzyczał. Sprawa jest w sądzie. Nie chcę oczywiście mówić, że wszyscy ludzie w Zakopanem tacy są, mam tu oczywiście osoby, na których mogę polegać, ale niestety tutaj jest więcej takich sytuacji. Może po prostu czasy się zmieniły, może Śląsk też się zmienił i cała Polska.

Ali pochodzi z Az-Zabadani, miasta w pobliżu libańskiej granicy. Kiedy działania zbrojne na tym terenie się zaostrzyły, rodzeństwo Alego się porozjeżdżało – część została w dość bezpiecznym Damaszku, reszta wyjechała do Libanu i Niemiec.

– Chcieliśmy z innymi znajomymi Syryjczykami ściągnąć rodziny, ale nie mogliśmy, mimo że mieszkamy tu na stałe, pracujemy, mamy obywatelstwo – denerwuje się Ali. – Było nas stać, żeby pomóc rodzinom i nie obciążać państwa polskiego. A kiedy usłyszałem, że w Kościelisku przy kościele była manifestacja, że jak przyjadą muzułmanie, to trzeba ich zabić, kiedy moi ratownicy zaczęli mówić, że imigranci chcą im zabrać pracę, o mnie też się zresztą w tym duchu wypowiadali, to ja już sam namawiałem rodzinę, żeby jechała do Niemiec. Podobno na tej manifestacji w Kościelisku był jakiś lekarz. To jest dla mnie nie do pojęcia. Jak lekarz może popierać takie słowa?

Nie wiem.

– Rozumiem, że na świecie jest trudna sytuacja, że są wojny, że są zamachy – wylicza Ali. –  Ale jak można uważać, że każdy muzułmanin to terrorysta? Terroryści odwrócili wszystko do góry nogami, żadna religia nie każe nikomu zabijać. Ani ubezwłasnowolniać kobiet, a już szczególnie nastolatek. Ale ja już nawet nie próbuję tego w pracy tłumaczyć, wolę już o tym nie rozmawiać.

Ali tęskni za dawną Syrią, nie był w niej od rozpoczęcia wojny, wcześniej odwiedzał rodzinę dwa razy do roku.

– Szkoda mi tego kraju, ludzie żyli tolerancyjnie, a Damaszek był miastem otwartym dla wszystkich – wspomina. – Obok siebie żyli ludzie najróżniejszych wyznań. Sam jestem muzułmaninem i nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby bronić innym prawa do swojej religii. Polacy też kiedyś dużo jeździli do Syrii, może dlatego nie myśleli o niej tak negatywnie? To było tak ładne, bezpieczne państwo.

Van: Wietnam to dla mnie taka arkadia, ojczyzna z dzieciństwa, magiczne wspomnienie. Ale mój dom był tu, w Warszawie. Najbardziej tęskniłam za wietnamskim jedzeniem. Teraz wszędzie można wszystko kupić, ale na początku, kiedy ktoś przywoził pęczek kolendry, dzieliliśmy każdą łodyżkę między rodzinę i znajomych.

Mamadou: Wspominam Senegal jako bardzo tolerancyjny kraj, pozytywny przykład dla świata. Jest w większości muzułmański, ale żyją w nim też katolicy czy animiści. Kuzyn, który wziął mnie na wychowanie, był muzułmaninem, mój ojciec – animistą. Nikt nie widział w tym nic niewłaściwego.

Safia: Byłam parę lat temu w Kabulu, ale to nie jest już miasto, które opuściłam, zanim przejęli je talibowie. Na każdym kroku punkty kontrolne, dziurawe drogi, opuszczone, ostrzelane domy. Na ulicy kurz i brud, aż słońca nie widać. Teraz jest już troszkę lepiej, ale wciąż jest bardzo niebezpiecznie, codziennie na ulicach giną ludzie, nigdy nie możesz mieć pewności, że wrócisz do domu.

*

Dziewiętnastoletniej Safii Polskę polecił ojciec, który sam wcześniej studiował we Wrocławiu i utrzymywał dobre kontakty z Polakami i ambasadą w Kabulu.

– Trochę mówiliśmy po polsku, bo jak do Afganistanu przyjeżdżali Polacy, to często gościli w naszym domu – wspomina Safia. – Moja młodsza siostra zawsze ich oprowadzała po mieście, załatwiała, co trzeba. Dzięki tym kontaktom ojcu udało się załatwić dla mnie stypendium, choć generalnie ciężko było je w Afganistanie uzyskać, nie będąc w partii komunistycznej, a moja rodzina do niej nie należała.

Safia przyjechała do Polski w grudniu 1985 roku.

– Na Okęciu przywitał mnie niespodziewanie dziennikarz, który gościł kilka miesięcy wcześniej w Afganistanie – wspomina. – Zabrał mnie na Woronicza, gdzie przywitał mnie pan Badowski i zaprosił do programu „Klub sześciu kontynentów”. Robili wcześniej materiał w Afganistanie i bardzo chcieli nagrać moje pierwsze wrażenia z Polski. Dwa dni później pojechałam do Gdańska, gdzie miałam rozpocząć kurs polskiego. Przyjeżdżam pociągiem w środku nocy, a tam czeka na mnie kolejny dziennikarz, pan Kalukin. Dzięki temu początki w Polsce były bardzo miłe.

Safia, która znała już trochę polski, spędziła na kursie w Gdańsku zaledwie kilka miesięcy.

– Mieszkaliśmy w akademiku dla obcokrajowców, byli tam ludzie z różnych krajów Azji, z Bliskiego Wschodu, ale i na przykład z Korei. Koreańczycy mnie dziwili, bo wszyscy nosili takie same mundurki i codziennie jedli to samo. Szybko się zaprzyjaźniłam z innymi kursantami, mieliśmy bardzo fajną nauczycielkę, panią Danutę. Pamiętam, jak kiedyś pojechaliśmy do centrum Gdańska, a na ulicy stał pan z warzywami. Na środku stoliczka miał jeden bakłażan i bardzo chciałam go kupić, bo zatęskniłam za tym smakiem. Okazało się, że bakłażan kosztuje 1 200 złotych, czyli równowartość mojego stypendium. Bilet na autobus kosztował złotówkę.

Safia nie miała wyboru co do kierunku studiów – została skierowana na dziennikarstwo.

 – Jedyne, co mogłam wybrać, to miasto, więc wybrałam Kraków, bo wiedziałam, że jest blisko gór, a ja w Kabulu bardzo lubiłam góry, które widać było ze wszystkich okien mojego domu. No, rozczarowałam się – uśmiecha się Safia. – Kiedy wysiadłam z pociągu w Krakowie po całonocnej podróży, byłam przerażona. W porównaniu z Gdańskiem to miasto było tak szare, zniszczone, brudne. Szukałam miejsca, gdzie mogę zrobić zdjęcie do dokumentów, na Rynku znalazłam tabliczkę fotografia, ale bałam się wejść do bramy, tak bardzo była odrażająca. Ale ważne, że ludzie byli serdeczni.

Pytam Safii, czy nie byli smutni – tak mi się kojarzy druga połowa lat osiemdziesiątych.

 – Ludzie potrafili się do wszystkiego dostosować. Przy tym wszystkim byli bardzo otwarci, przyjaźni, mimo że rzadko wyjeżdżali z Polski, nie bali się obcych ludzi. Później to się zaczęło zmieniać – zauważa Safia. – Okres studiów wspominam bardzo dobrze, do dziś przyjaźnię się z ludźmi z roku, tam też poznałam mojego męża. Nikt mi nigdy nie odmówił pomocy, a na początku było trudno, nie było nawet słownika polsko-perskiego. Tłumaczyłam sobie lektury przez słownik rosyjski, choć rosyjskiego uczyłam się zaledwie miesiąc, jeszcze w Kabulu. Do końca studiów myślałam, że wrócę do Afganistanu. Pisałam pracę magisterską o historii prasy afgańskiej, to była sugestia profesora Pisarka, i wybrałam się na kwerendę do Kabulu. Kiedy wysiadłam z samolotu, ludzie jakoś szybko się rozpierzchli i zostałam na lotnisku sama. Podszedł do mnie żołnierz i powiedział: „Siostrzyczko, co ty tu jeszcze robisz, wracaj czym prędzej do domu”. Była taka atmosfera, jakby wkrótce miało wydarzyć się coś złego. Udało mi się zebrać materiały, ale niestety w drodze powrotnej skradziono mi bagaż, w którym je spakowałam. Potem pojechałam jeszcze raz, ale w Kabulu nie było już prawie z kim rozmawiać, bo wszyscy wyjechali, a biblioteki i księgarnie były zamknięte. Ostatecznie udało mi się napisać pracę, ale do Kabulu nie wróciłam. Wkrótce rządy przejęli talibowie, a ja założyłam w Polsce rodzinę.

W 2018 roku:

Van zajmuje się biznesem, jest też członkinią zarządu Centrum Studiów Polska–Azja.
Mamadou kontynuuje karierę muzyczną i działa społecznie.
Ali czuwa nad zakopiańskim SOR-em i myśli o tym, żeby kiedyś wrócić na Śląsk.
Safia pracuje jako archiwistka w jednej z państwowych instytucji i promuje kulturę afgańską.

*

Ciężko oszacować, ilu cudzoziemców mieszkało w PRL, a tym bardziej ilu z nich zostało do dziś w Polsce. Nie wie tego dokładnie nawet profesor Jerzy Kochanowski, autor najważniejszych opracowań w temacie. Z pewnością nie była to jednak ogromna liczba. Wiadomo, że wzrosła po odwilży, że pojawiło się wtedy więcej kontraktów zarobkowych i możliwości dla studentów, przede wszystkim tych z bloku wschodniego oraz krajów rozwijających się. Oprócz tego w okresie 1945–1989 Polska przyjęła ok. 20–30 tysięcy uchodźców z Grecji, Macedonii i Chile. Większość z nich wyjechała jednak z Polski, podobnie jak zagraniczni studenci po zakończeniu nauki. Według szacunków Julii Sułkowskiej-Kusztelak w połowie lat osiemdziesiątych na polskich szkołach wyższych kształciło się ponad pięć tysięcy studentów z zagranicy, co stanowiło ok. 1,2% ogółu studentów. Po 1989 roku liczba cudzoziemców mieszkających w Polsce gwałtownie wzrosła i wzrasta do dziś.

Z badań profesor Ewy Nowickiej-Rusek wynika, że w 1988 roku na pytanie: „Czy uważa Pan(i), że ludzie różnych ras i narodów mogą żyć zgodnie w jednym kraju?” 23% Polaków odpowiedziało „tak”, 51% – „raczej tak”, 17% – „raczej nie”, 2% – „zdecydowanie nie”, a 7% – trudno powiedzieć. Dziesięć lat później na to samo pytanie 32,6% Polaków odpowiedziało „tak”, 48,6% – „raczej tak”, 12,4% – „raczej nie”, 1,7% – „nie”, a 4,8% – „trudno powiedzieć”. Współczesne wyniki wstyd cytować.