Jeszcze 2 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: W pociągu

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Pociąg jechał tak wolno, że można by go prześcignąć, idąc w przeciwną stronę. Przez głośniki płynęły komunikaty zapowiadające następne stacje, ale w odwrotnej kolejności. Pasażerowie stojący nad moją głową uśmiechali się tylko. „Cóż za pogodny naród” – pomyślałem

Chciałbym przedstawić spostrzeżenia, które nasunęły mi się podczas jazdy pociągiem. Pracownicy kolei mogą je wykorzystać, aby tu i ówdzie poprawić komfort usług, a pozostali zechcą poczekać, aż zafrapuje mnie bardziej uniwersalny temat. Zauważyłem, że kolejarze, a zwłaszcza konduktorzy, ubrani w eleganckie garnitury i pod krawatem, przeważnie pomarańczowym, buty mają przypadkowe i nieraz dość zniszczone. Turysta z Niemiec może pomyśleć: „No tak, polski dziad jeszcze nie do końca się ucywilizował”. Gdy zadbamy o jednakowe buty dla kolejarzy, dopełni to miary elegancji i zrobi dobre wrażenie. Poza tym skłoni Niemców do następującej refleksji: „Co prawda jest to kultura niższa, ale z jak wzruszającą zapobiegliwością próbują dbać o swój wygląd! Natura nie dała im zmysłu elegancji, więc jest to skutkiem natężenia woli, czyli są na swój sposób bardzo dzielni. Z jaką dumą obnoszą powagę kolejarskiego urzędu! W gruncie rzeczy to kochani ludzie. Może nie osiągnęli wiele, na przykład ich inteligencja to godna pożałowania zbieranina ignorantów, ale pośród ludu zdarzają się tacy, którzy niosą pierwiastek mglistej obietnicy”.

Na drugiej stacji pociąg zepsuł się. Konduktor poradził, abym się przesiadł do innego, który miał przejeżdżać za pół godziny. Oczekując na peronie Warszawa Centralna, słuchałem komunikatów, że wszystkie pociągi są opóźnione. Z dachu, który, zdaje się, był remontowany zupełnie niedawno, leciała woda. W głowie kotłowały mi się myśli związane z kolejnictwem, od bardzo niepochlebnych do bezładnych, na przykład czy w pociągach tak jak w samolotach przyjmie się zwyczaj klaskania po przybyciu do ostatniej stacji. Po godzinie przyjechał wyczekiwany i zatłoczony pociąg. Przypomniało mi się, jak czterdzieści lat temu jeździłem z babką do Sopotu przez Olsztyn, około dwanaście godzin w niesamowitym tłoku. Słowa „Przez Olsztyn” miały posmak grozy. O dziwo znalazłem jedno miejsce siedzące, na dodatek przy oknie i przodem do kierunku jazdy. Nie dowierzając szczęściu, myślałem, że ktoś się zsikał w tym miejscu albo zwymiotował, ale nie. I tak jechałem, a za oknem rozpościerały się opuszczone fabryki, gdzie z pewnością wisiały stare plakaty BHP. Jak już wspominałem przy okazji, mało spraw obchodzi mnie tyle, co owe plakaty. Jestem ofiarą czegoś, co niektórzy nazywają „Gorączką BHP”, czyli nieokiełznanej i nieliczącej się z niczym potrzeby tropienia i gromadzenia materiałów tej treści. Powtarzam sobie „Musisz żyć dla swoich plakatów”, gdy kłopoty mniejszej lub większej wagi pogrążają mnie w smutku. Czytając jeden z felietonów Masłowskiej, nie mogłem najpierw pojąć, że jakiemuś mężczyźnie „twerkowały cycuchy”. Teraz wiem na pewno, że moje cycuchy, choć rzecz wymyka się ścisłemu opisowi, silnie i wyraźnie twerkują, gdy o tym myślę. Ostatnio wszedłem do opuszczonej fabryki, gdzie pośród wielkich lamp przemysłowych, zwojów lin i przerdzewiałych kolumn czułem się jak średniowieczny wieśniak we wnętrzu katedry.

Tymczasem pociąg jechał tak wolno, że można by go prześcignąć, idąc w przeciwną stronę. Przez głośniki płynęły komunikaty zapowiadające następne stacje, ale w odwrotnej kolejności. Pasażerowie stojący nad moją głową nie klęli i nie złorzeczyli, a na słowa: „Życzymy dalszej przyjemnej podróży” uśmiechali się tylko. „Cóż za pogodny naród – pomyślałem – czyżbyśmy poziomem kultury dogonili kraje Beneluxu, zachowując wytrzymałość ludów Wschodu?”. Dziewczyna siedząca naprzeciw powiedziała do chłopaka: „Znasz taki film «Pociąg»? Tam chyba grał Cybulski i była na początku taka melodia”. „A to nowy film?”, zapytał chłopak. „Nie, jeszcze czarno-biały, zaraz sprawdzę, z którego roku”. Miałem ochotę wtrącić: „Proszę pani, ja świetnie znam ten film. Został nakręcony w 1959 roku przez Jerzego Kawalerowicza. Grali tam Niemczyk, Winnicka i Cybulski. Potrafię także zanucić tę melodię, brzmiało to tak: na, na, na, na, na, na, na, na, na, na”. Ale milczałem, nie chcąc wydać się dziewczynie bardziej atrakcyjny niż chłopak, który miał większe prawo do przywództwa jako młodszy i zapewne bardziej przedsiębiorczy. Dziewczyna mogłaby pomyśleć, że przy kimś mądrym i doświadczonym byłoby jej lepiej w życiu, co nie musi być prawdą. Złożywszy daninę praktycyzmu, wróciłem do moich wspomnień.

Spacerując po opustoszałych komnatach fabrycznych, zobaczyłem na podłodze przygniecione płytą pilśniową plakaty. Przygryzłem pięści, aby nie krzyknąć z wielkiego triumfu. Niedawno miałem swoje marzenia za pogrzebane, a teraz śmiałem się i klaskałem tak niewinnie, jakbym był bryłą węgla, która pękła, odsłaniając samorodek srebra. Potem niczym wschodni kupiec, z haczykowatym nosem na nalanej twarzy i oczami przekrwionymi od pożądliwości, dobyłem nie szmaragdy z kamiennej misy, ale plakaty oświatowe, które szeleściły i przesypywały się między palcami. Sprzeniewierzyłem się starej zasadzie, którą każda matka wpaja dziecku w bajkach i przyśpiewkach, że nie zazna szczęścia ten, kto wyżej niż dom rodzinny oraz przyjaciół ceni dobra materialne. I tuląc do piersi złachmanione papiery, opuściłem starą fabrykę.

Gdy tak rozmyślałem, jakaś starsza pani za pomocą ważnej miejscówki wysiudała młodzieńca, a dziewczyna była na razie ocalona. Pani ta, zgadywałem po wyrazie twarzy, dawniej była usposobiona wyjątkowo nieżyczliwie, ale z wiekiem, gdy to już nie było potrzebne, stała się życzliwa. Zaczęła czytać gazetę „100 rad”, dzięki czemu i ja mogłem poczytać, zwłaszcza okładkę: „Co robić, gdy dziąsła krwawią, puchną i bolą przy dotyku”, „Wieniec na Zaduszki możesz zrobić sama”, „Jedzenie jabłek chroni przed skutkami smogu”, „Jak się pozbyć kręczu szyi”, przy czym słowo „kręcz” było mi zupełnie nieznane. Gdy zorientowała się, że podczytuję, przechyliła gazetę, aby mi to uniemożliwić, i chcąc nie chcąc, znów musiałem myśleć o BHP.

Tak więc miałem swoje plakaty, choć lepiej by powiedzieć, żałosne i brudne strzępy. Jacyś ludzie zerwali je ze ściany, wywlekli na podłogę, odtańczyli coś w rodzaju triumfalnego tańca, na co wskazywały ślady podeszew, a potem kłuli szydłami, o czym świadczyły liczne trójkątne zadziory. Wskutek długoletniego wystawienia na powietrze i światło skruszały jak opłatek. Musiałem je później składać kawałek po kawałku i podklejać bezkwasową japońską bibułką. Aby rzecz uczynić nieco bardziej atrakcyjną, opis renowacji ubrałem w formę wiersza:

Od dwóch miesięcy, może dłużej, zniszczony plakat reperuję
Czasem ustaję, zadumany i cichym zmierzchem się raduję
Bardziej jest gruby, pomarszczony, niż koc biedaka w jego łożu
Dlatego, zanim złożę ufność w kleju, bibułce, ostrym nożu
Najpierw go trzeba rozprostować, przyłożyć płytą ciężką, ciasną
By stary podeptany plakat jak pod kołderką sobie zasnął
Później starannie go oczyszczę kulką chlebową raz za razem
Bo czarny kopeć nie pozwala przejrzystym cieszyć się obrazem
Bywa, że troska mnie odwiedza, przynosi smutne niespodzianki
Oto kupiłem paczkę kleju, by aksamitne leczyć ranki
Patrzę, jest żółty, popękany, przekręcam mocno sztyft i w końcu
Wychodzi jak kawałek sera, co nazbyt długo leżał w słońcu 
Raz pomyślałem, że skończone. Lecz już nie ufam swojej gwieździe
Bo tak jak muszki owocówki, lubią w wilgotnym spocząć gnieździe
Tysięczne włoski. I niejeden się pod bibułką smacznie mości
Kto inny już by pofolgował goryczy i niecierpliwości
Odkąd, gdy gniewnie tupiąc nogą, dałem marzeniu rozkaz „Prowadź!”
Codziennie wstaję dziwnie rześki, aby plakaty reperować
Potrafię myśleć tylko o tym: higiena pracy, bezpieczeństwo
Wyrzucam sobie oschłość serca, bo nieopodal śpi maleństwo
Już lat czterdzieści, może dłużej, jestem kowalem swego losu
Niepomny błagań ojca, matki, przyjaciół troskliwego głosu
Z wielkim mozołem, choć czas leci, a świat odmienia się wokoło
Biorę bibułkę i przykładam, po dziecięcemu marszcząc czoło

Z zamyślenia wyrwały mnie dziwne pohukiwania, które przedzierzgnęły się w nieartykułowane okrzyki i silne wibracje. Mam dziwne szczęście, że w tramwaju lub pociągu, tuż obok, a najdalej za plecami, zwykle siedzi niepełnosprawny umysłowo w towarzystwie opiekuna. Tak było i tym razem. Lekko powstałem, aby ocenić posturę nieszczęśliwego w obawie, że zniecierpliwiony zbyt długim siedzeniem wyrwie mi z głowy kępę włosów. Na szczęście jakaś pani, okazując miejscówkę, poleciła mi zwolnić miejsce. Odtąd już na stojąco, oddając się tylko pobieżnym wspomnieniom, dojechałem do stacji przeznaczenia, a było to nieduże miasto, gdzie wygłosiłem jeden ze swoich niezrównanych wykładów.