DZIWNA POLSKOŚĆ: Bardziej, dalej, tak samo
Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

38 minut czytania

/ Literatura

DZIWNA POLSKOŚĆ: Bardziej, dalej, tak samo

Maciej Jakubowiak

Literacka wyobraźnia futurystyczna, którą jeszcze przed kilku laty uznawano za właściwie wymarłą, powróciła z przytupem. Ale oczekiwanie na świetlaną przyszłość, która w Polsce jakoś nie chce nastąpić, straciło najwyraźniej swoją moc przekonywania

Jeszcze 10 minut czytania

Będzie tak: Putin napadnie Polskę, a Niemcy i Francja nie kiwną palcem. Albo tak: tajemnicza zaraza spadnie na ludzkość, zamieniając przyzwoitych mieszczan w nieokrzesanych jaskiniowców. Albo tak: sztuczna inteligencja wymknie się spod kontroli i wszystkich nas pozgniata jak mrówki.

W ciągu pierwszych piętnastu lat XXI wieku mogło się wydawać (i niektórym się wydawało), że globalne problemy omijają Polskę – zieloną wyspę na morzu kryzysu ekonomicznego, monokulturę daleką od cywilizacyjnych konfliktów, rozpędzoną lokomotywę zmierzającą do ziemi obiecanej zachodniego dobrobytu – i że naszym największym zmartwieniem są sierpniowe korki na bramkach autostrady Amber One. Koniec historii według Fukuyamy, o którym uczono mnie jeszcze w liceum, a więc gdzieś w okolicach 2003 roku, w Polsce miał dopiero nastąpić, zainaugurowany zamaszystym podpisem Leszka Millera złożonym pod Akropolem. I nawet jeśli siła tej fantazji była na tyle duża, by oszołomić niemal wszystkich, to rzeczywistość nie kazała na siebie długo czekać. W końcu nas dopadło, a skala zaskoczenia była na tyle duża, że skutecznie wysadziła z siodła najtęższych politycznych wyjadaczy. Historia, która nie miała najmniejszej ochoty się skończyć, nabrała nagle zawrotnego przyspieszenia.

Nic więc dziwnego, że literacka wyobraźnia futurystyczna, którą jeszcze przed kilku laty uznawano za właściwie wymarłą, ograniczoną co najwyżej do gatunkowego science fiction, powróciła z przytupem. Jeśli historia się nie skończyła, to może dobrze zastanowić się nad tym, co może ona przynieść. Jak to jednak bywa, kiedy wyciąga się z lamusa dawno nieużywane narzędzia, efekty bywają różne. Tylko w minionym roku ukazało się przynajmniej osiem powieści, próbujących na różne sposoby włączać myślenie o przyszłości w ramy nieoczywistych konwencji. „Na linii świata” Manueli Gretkowskiej to naznaczona wyraźną sygnaturą autorki powieść obyczajowa skupiona na doświadczeniu kobiecości. „Przyducha” Macieja Prusa jest w gruncie rzeczy powieścią knajpianą, „Dotyk” Tomasza Hildebrandta – kryminałem noir, a „Inwazja” Wojtka Miłoszewskiego – powieścią sensacyjną z elementami political fiction. „Miłość” Ignacego Karpowicza to – jako całość – gatunkowy eksperyment, w partii futurystycznej odwołujący się do wzorców dystopijnych. Podobnie jest z „Planktonem” Mariusza Sieniewicza – dystopią, ale ujętą z charakterystyczną dla tego pisarza literacką dezynwolturą. „Wszystko się stało” Joanny Muchy to niby klasyczna postapokalipsa, ale zrealizowana na tyle niefortunnie, że wymykająca się wymogom gatunku. W tym zestawieniu właściwie tylko futurystyczne partie „Hello World” Michała R. Wiśniewskiego można uznać za porządne science fiction, choć to też nie takie oczywiste.

Różnie też bywa z rozmachem czasowym tych literackich projekcji. Powieści Hildebrandta, Miłoszewskiego, Gretkowskiej czy Muchy mogłyby się rozegrać właściwie jutro. Prus wychyla się w przyszłość o kilka–kilkanaście lat, Wiśniewski – o blisko trzydzieści, a Karpowicz i Sieniewicz – sześćdziesiąt–siedemdziesiąt.

Jednak nie kwestie gatunkowe ani chronologiczne są tutaj najciekawsze, lecz strategie konstruowania przyszłości. Pokazują one nie tylko, jak będzie, ale przede wszystkim, co się musi wydarzyć, aby było, jak będzie. Futurystyczne wizje są nieuchronnie zakotwiczone w diagnozie współczesności, w której dokonują mniejszych lub większych przesunięć. Ale jednocześnie – i to jest tutaj sprawą kluczową – same stanowią symptom tego, jak postrzegamy możliwość zmiany; świadczą o zdolności wyobraźni do pomyślenia tego, co dopiero nadejdzie.

Tak samo, tylko bardziej

Pierwszą z tych strategii nazwałbym wzmożeniem. Polega ona na wyjęciu ze współczesności takich czy innych bezpieczników i zastanowieniu się, jak mogłaby się potoczyć historia pozbawiona ich stabilizującego działania. Chodziłoby więc o zdarcie z rzeczywistości zasłon hipokryzji i pokazanie, jakie siły naprawdę rządzą światem. I jak niewiele trzeba, abyśmy się o tym przekonali.

Wojtek Miłoszewski, „Inwazja”. W.A.B., 500 stron, w księgarniach od czerwca 2017Wojtek Miłoszewski, „Inwazja”. W.A.B., 500 stron, w księgarniach od czerwca 2017Literacki debiut Wojtka Miłoszewskiego – znanego jako scenarzysta seriali „Wataha” i „Prokurator” – to political fiction oparte na pomyśle, który był żywo dyskutowany po zajęciu Krymu przez Rosję w 2014 roku: czy Putin może zaatakować Polskę? W świecie „Inwazji” Rosja dokonuje aneksji nie tylko Krymu, ale całej Ukrainy. Tymczasem polski rząd planuje ekshumację szczątków żołnierzy Armii Radzieckiej z cmentarza w Braniewie. Putin ochoczo wykorzystuje ten pretekst i wprowadza swoje dywizje na terytorium Polski. Z perspektywy militarnej sprawy toczą się raczej błyskawicznie: armia rosyjska zrównuje z ziemią Katowice i w szybkim pochodzie rusza na Warszawę. Przez chwilę stawiają jej odpór polscy żołnierze, wśród których jest jeden z głównych bohaterów powieści, porucznik Roman Gurski. Jednak bohaterstwo dzielnego oficera nie wystarcza, by powstrzymać inwazję. Miłoszewski szczegółowo opisuje poszczególne posunięcia militarne, poświęcając sporo uwagi rodzajom uzbrojenia. Gdyby powieść ograniczała się do tego wątku, „Inwazja” byłaby niezłą rozrywką dla fanów wojskowości, ale też tylko dla nich. Na szczęście jednak – albo i nieszczęście – to nie wszystko.

Dwoje pozostałych głównych bohaterów to cywile. Danuta to córka bezwzględnego przedsiębiorcy, Michał Barański to ojciec rodziny, który całkiem niedawno stracił posadę nauczyciela i niespecjalnie odnajduje się na rynku pracy. Obie te postaci są o tyle ciekawe, o ile do pewnego stopnia przekraczają stereotypy genderowe. Danuta, choć pracuje w firmie ojca, sama jest niezwykle sprawna w załatwianiu interesów i tylko czeka, aż będzie mogła przejąć firmę. Z kolei Michał to życiowy przegryw, którego frustruje niedostawanie do maczystowskiego ideału, choć wydaje się, że w nieco lepszym świecie byłoby to raczej jego zaletą niż wadą. Ale na lepszy świat oboje nie mają co liczyć, wojna każe odrzucić mrzonki i błyskawicznie weryfikuje role społeczne: kobieta to kobieta, mężczyzna to mężczyzna. Danuta zostaje więc brutalnie zgwałcona i cynicznie wykorzystana; natomiast Michał stopniowo dorasta do roli prawdziwego ojca rodziny, który morduje, grabi i porzuca dzieci, by ruszyć w bój.

W „Inwazji” instytucjonalne i prawne hamulce, mające służyć ucywilizowaniu relacji między państwami i między ludźmi, okazują się kompletnie nietrwałe. Wystarczy niewielki ruch, by cała konstrukcja NATO i Unii Europejskiej (na poziomie międzynarodowym) oraz państwa prawa i liberalizmu (na poziomie społecznym) runęła, odsłaniając to, co się w istocie pod nimi kryje: pierwotną przemoc.

Podobny scenariusz, choć w odmiennych dekoracjach, realizuje Joanna Mucha we „Wszystko się stało”. Ustabilizowany świat liberalnej demokracji, w którym główna bohaterka, Anna, zajmowała się prowadzeniem samorządowej kampanii wyborczej, zostaje w jednej chwili unieważniony za sprawą tajemniczego TEGO. Większość ludzi ulega dziwnej mutacji, która cofa gatunek homo sapiens w ewolucji, pozbawiając go umiejętności posługiwania się językiem, a wraz z nią – całego dorobku cywilizacyjnego. Słowem: zdziczenie. Szczęśliwie niektórym, jak Annie, udaje się przetrwać ten kataklizm bez szwanku, muszą jednak poradzić sobie w stanie natury.

W stanie natury natomiast dzieje się to samo, co u Miłoszewskiego: kobiety są słabe, mężczyźni silni. Dla Anny przynosi to dramatyczne skutki, kiedy zostaje zgwałcona przez jednego z dzikich, przed którym nie jest w stanie się obronić. Ma to również znacznie szersze konsekwencje: w pewnym momencie bohaterka dowiaduje się, że w bardziej zorganizowanych skupiskach ocalałych błyskawicznie wykształciły się relacje władzy oparte na przemocy seksualnej. Jak tłumaczy jeden z bohaterów, Zbyszek: „to schemat, który powtarzał się wszędzie: facet, który zostaje i który robi sobie burdelik z dziewczyn, które wróciły”.

Zbyszek dodaje: „Ludzie są tacy, jacy zawsze byli. I mają tyle zahamowań, ile im otoczenie tworzy”. W tych słowach zawiera się istota scenariusza, który realizują i Mucha, i Miłoszewski. Obie powieści symulują upadek instytucji społecznych, by ukazać przemoc, która tylko czeka, aby się zmaterializować. Można by to nawet uznać za dość błyskotliwy sposób krytyki społecznej, gdyby nie fakt, że ta sama przemoc, która jest przedmiotem rzekomej krytyki, jest realizowana na poziomie poetyki obu powieści. Autor „Inwazji” zdaje się wyznawać ten sam pogląd na role płciowe, jaki przypisuje rzeczywistości wojennej. Zdarza mu się bowiem napisać: „Ujmując rzecz najdelikatniej, Angela Merkel nigdy nie prezentowała się jak zawodowa modelka. Ale trzeba jej przyznać, że zawsze wyglądała bardzo schludnie”. Natomiast autorka „Wszystko się stało” w taki sposób konstruuje różnicę oddzielającą ocalałych od ofiar katastrofy, nieco zagubionych, ale pod każdym innym względem wykazujących cechy ludzkie, że można się w tym dopatrywać zwyczajnego szowinizmu (po bardziej szczegółowe uzasadnienie odsyłam do recenzji powieści).

Joanna Mucha, „Wszystko się stało”. W.A.B., 272 strony, w księgarniach od kwietnia 2017Joanna Mucha, „Wszystko się stało”. W.A.B., 272 strony, w księgarniach od kwietnia 2017

Okazuje się, że zarówno Miłoszewski, jak Mucha, konstruując swoje wizje przyszłości, w gruncie rzeczy dostarczają tylko usprawiedliwienia dla swojego światopoglądu. Jeśli futurystyczny – postapokaliptyczny czy wojenny – scenariusz dowodzi, że kobiety to kobiety, a mężczyźni to mężczyźni, oznacza to po prostu, że taka jest prawda, również współcześnie, więc nie ma się co bawić w fikcję równouprawnienia. Ludzie są tacy, jacy zawsze byli. Czasami tylko bardziej.

Strategię wzmożenia w nieco inny sposób realizuje Mariusz Sieniewicz w „Planktonie” – powieści oferującej skądinąd najbardziej, spośród omawianych tu książek, złożoną wizję przyszłości. Dlatego chyba warto poświęcić nieco więcej miejsca jej rekonstrukcji: kilka lat po śmierci papieża Franciszka I siły Daeshu dokonują inwazji na kraje południowej Europy; nowo wybrany papież, czarnoskóry jezuita Adam I, decyduje o przesieniu Stolicy Apostolskiej pod Sztokholm, a ze względu na opieszałość władz państw europejskich staje na czele NATO, zawiera strategiczny sojusz z Cerkwią prawosławną i prowadzi I wojnę włoską; w 2042 roku wybucha II wojna wyszehradzka z siłami Państwa Islamskiego, które do tego czasu zdążyły zająć Węgry i Czechy; Polska staje się przedmurzem chrześcijaństwa.

Polska, a właściwie Polacja. W konsekwencji narastających podziałów społecznych w trzeciej dekadzie XXI wieku dochodzi w Polsce do kryzysu politycznego, poszczególne regiony i miasta odmawiają uczestniczenia we wspólnej polityce państwowej; jednak za sprawą Kościoła w 2030 roku zostaje zawarte porozumienie w ramach federacji – Polacji właśnie. Stolica nowego kraju przenosi się do Olsztyna, a Warszawa stopniowo podupada.

Tyle jeśli chodzi o geopolitykę. Ciekawsze rzeczy dzieją się w sferze kultury i obyczajowości. Dwie wojny i polityczna rola Kościoła sprawiają, że katolicyzm nie tylko odzyskuje dominującą pozycję w Europie, ale przekształca się w totalitarną ideologię regulującą każdy aspekt życia. Aby jednak móc pełnić taką funkcję, sam katolicyzm wchłania nieusuwalne wynalazki późnej nowoczesności. I tak w świecie powieści mamy do czynienia z: katojoggingiem, Katopedią, katopopem, Snapchatem świętego Krzysztofa, Instagramem Turyńskim; a warszawski PKiN zostaje przemianowany na Pałac Wiary i Nauki. Integracja katolicyzmu z nowoczesnością sięga jednak znacznie głębiej, bo obejmuje również – konsumpcjonizm i nihilizm.

Mariusz Sieniewicz, „Plankton”. Znak, 352 strony, w księgarniach od czerwca 2017Mariusz Sieniewicz, „Plankton”. Znak, 352 strony, w księgarniach od czerwca 2017Największą ofiarą nowego porządku społeczno-politycznego okazują się – tu nie ma zaskoczeń – kobiety. Najpierw wojna włoska doprowadza do wzmocnienia patriarchalnego modelu rodziny, następny krok jest jednak znacznie bardziej radykalny. Encyklika Adama I znosi żeńskie imiona świętych: Teresa staje się Teresem, a Marta – Martem, oraz ustanawia w zakonach kobiecych nowy obrzęd inicjacyjny – amputację języka. Kobiety zostają więc – najzupełniej dosłownie – pozbawione głosu.

W takim świecie w 2092 roku zastajemy głównego bohatera i narratora powieści, brata Artura. Najbardziej troszczy się on o swoją  córkę (w nowym porządku kler może bowiem wchodzić w związki małżeńskie z niemymi siostrami zakonnymi) i – to punkt zapalny, napędzający powieść – ma wątpliwości, czy obowiązkowe śluby zakonne i amputacja języka to najlepsza dla niej przyszłość. Okoliczności sprawiają jednak, że zamiast zajmować się dzieckiem, wyrusza z Olsztyna do Krakowa, zniszczonego doszczętnie w rzekomym ataku terrorystycznym. Na miejscu okazuje się, że dla kościelnych władz Polacji zamach staje się pretekstem do podburzenia nastrojów społecznych, uruchomienia nagonki na rzekomych wrogów wewnętrznych i ogłoszenia niezależności polackiego Kościoła od Stolicy Apostolskiej. Kiedy Artur usiłuje ochronić kilkuletniego chłopca przed sformatowaniem umysłu – i przerobieniem na bezmyślny plankton, homo planctus – jego wątpliwości wobec panującego porządku narastają. Ostatecznie jednak z jego buntu nic nie wychodzi: górę biorą śluby posłuszeństwa oraz przemożna władza totalitarnego państwa.

„Planktonu” – choć dostarcza szalenie pomysłowej wizji przyszłości – nie czyta się jednak z wypiekami na twarzy. Powieść skomponowana jest dość monotonnie: opiera się na niemal nieprzerwanym monologu głównego bohatera, opisującym i objaśniającym otaczający go świat. Całkiem zabawny jest sam język tej opowieści, obficie inkrustowany łacińskimi przysłowiami kościelnymi oraz nazwami poszczególnych skatolicyzowanych wynalazków (choć nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby z joggingu zrobić katojogging). Sama akcja jest jednak skonstruowana ze sporą dezynwolturą, a poszczególne epizody jakoś nie chcą się ze sobą połączyć.

Tutaj ważniejsza jest jednak realizowana przez Sieniewicza strategia myślenia o przyszłości. Polega ona na przedłużeniu dokonujących się współcześnie procesów: konfliktów na Bliskim Wschodzie, kryzysu uchodźczego, konserwatywnej reakcji, antyfeministycznego backlashu, ale też dominującego konsumeryzmu i rosnącego znaczenia technologii medialnych w życiu codziennym. Jest tak samo jak dziś, tylko bardziej.

Jasne, „Plankton” to oczywiście dystopia, a właściwym zadaniem dystopii jest prezentowanie wizji rzeczywistości tak odpychającej, by wywarła zbawienne skutki na współczesność. Jednak wpisany w powieść Sieniewicza determinizm nie pozostawia najmniejszej nadziei na to, że świat mógłby potoczyć się w innym kierunku. Bo też procesy, które odpowiadają w „Planktonie” za przekształcenie homo sapienshomo planctus, wcale nie zaczynają się po śmierci Franciszka I, ale sięgają głęboko w dzieje nowoczesności, wobec której Sieniewicz konsekwentnie pozostaje nieufny. Autor okazuje się podwójnie pesymistyczny: nowoczesność, zrywając z tradycją, uruchomiła siły, które zniszczą ludzki indywidualizm; jednak konserwatywny backlash niczego już nie uratuje, bo sama religia została skażona modernizacją i może tylko pogłębić dół, w który wszyscy wpadliśmy. Wyjścia nie ma.

Byle dalej

Jeśli strategia wzmożenia, przedstawiająca przyszłość jako nieuchronne dopełnienie wszystkiego, co najgorsze, pozostawia czytelników bez nadziei na ratunek, to jakieś rozwiązanie podpowiada strategia druga: ucieczki. Jeśli współczesności nie da się naprawić, to trzeba się jak najszybciej z niej wynieść: wykonać skok naprzód, ale – na wszelki wypadek – również w bok. Radykalne zerwanie miałoby pozwolić na uwolnienie się od determinujących nas procesów i pozwolić na rozpoczęcie wszystkiego od nowa.

Manuela Gretkowska, „Na linii świata”. Znak Literanova, 356 stron, w księgarniach od sierpnia 2017Manuela Gretkowska, „Na linii świata”. Znak Literanova, 356 stron, w księgarniach od sierpnia 2017Bohaterka powieści Manueli Gretkowskiej „Na linii świata”, Natasza, jest studentką psychologii, zarabiającą na czesne na erotycznym wideoczacie. Gdy o wszystkim dowiaduje się dziekan, pod groźbą konsekwencji dyscyplinarnych wykorzystuje seksualnie studentkę. Kiedy wsparcie oferuje Nataszy jej wykładowczyni – zaangażowana feministka – okazuje się, że pod dobrymi intencjami skrywają się równie mroczne zamiary. Dziewczyny nic już nie trzyma w kraju. Uczelnia to gniazdo hipokryzji („Rucka i dziekan złożyli się jej w jednego gwałcącego duszę i ciało stwora. W godło Polski, do której nie chciała wracać”), a prowincja – gdzie pozostała dalsza rodzina – siedlisko cywilizacyjnego zapóźnienia i katolickiej dwulicowości („Domy, płoty, cały polski bajzel z kolorowymi plastrami reklam na ranach bezguścia. Polać to wódką, podpalić, pomyślała Natasza, całe to bałkańsko-słowiańskie podpite chciejstwo i chojractwo”).

Kiedy jeden ze stałych klientów, Tom – informatyk z Kalifornii – oferuje jej pracę opiekunki jego autystycznego syna, Natasza przyjmuje ofertę. Na tle Polski Ameryka wygląda faktycznie jak przyszłość, do której Polska może nigdy nie doszlusować. A przyszłością tej przyszłości zajmuje się Tom – inżynier w jednym z laboratoriów Krzemowej Doliny, pracującym nad komputerem kwantowym. Dotychczasowe komputery osiągnęły granicę swojego rozwoju, ale tuż za horyzontem rysuje się całkowicie nowa wspaniała przyszłość. Tom przeczuwa, że matematyczny wzór, który zapoczątkuje kolejną epokę w dziejach ludzkości, jest na wyciągnięcie ręki. Ale kiedy w końcu po niego sięga, zaczynają się dziać najdziwniejsze rzeczy: ktoś każe mu zniszczyć notatki, grożąć śmiercią jego syna; do jego drzwi puka nieżyjący już noblista. Rzeczywistość staje się niezrozumiała.

W tym momencie proste przeciwstawienie: Polski i Ameryki; starego i nowego cywilizacyjnego zacofania i technologicznej awangardy; zabobonnej religijności i bezwzględnej racjonalności – zaczyna się kruszyć. W dokonujących się, najwyraźniej pod wpływem odkryć Toma, załamaniach czasoprzestrzeni lepiej od naukowych geniuszy orientują się zwolennicy New Age. Jak tłumaczy jeden z postludzkich bytów (ktoś na kształt Terminatora), które zaczynają licznie nawiedzać bohaterów: „Komputery mają swoją własną mitologię, religijną symbolikę biorą od ludzi. Trzy szóstki, rajskie jabłko. Sieć i ludzie osiągnęli kres rozwoju… w tej postaci”. Technologia (o czym przypominał niedawno Edwin Bendyk) po przekroczeniu progu zrozumiałości staje się po prostu magią albo religią.

Dla Nataszy, która miała dość miazmatów katolickiego kraju, okazuje się to tym bardziej problematyczne, że staje się ona głównym celem wysłanników z przyszłości/innego wymiaru/zakrzywionej czasoprzestrzeni (kimś na kształt Sary Connor). Kiedy w końcu sztuczna inteligencja doprowadza do powstania uskoku w Wielkim Kanionie i odsłonięcia pokładów złota, które tak naprawdę są ekranem, w którym można dojrzeć swoich zmarłych (?!), a wszystko po to, by skuszeni gorączką złota ludzie, przy lekkim wsparciu duchowieństwa, samodzielnie przepisali się na inny poziom świadomości (???!!!) – kiedy więc dochodzi do takiego ekscesu, Nataszę, która zyskuje szansę pożegnania się z matką, dopada to, co chciała pozostawić za sobą, w przeszłości, w Polsce.

Skądinąd, jak widać w streszczeniu, dokonujące się w świecie powieści załamanie racjonalności znajduje swoje odzwierciedlenie również na poziomie kompozycji. Jeśli Gretkowska przez dwie trzecie książki usiłuje panować nad elementami fabuły i nadawać im jaką taką ścisłość, czy chodzi o język fizyki kwantowanej, czy o związki pomiędzy kolejnymi epizodami, to od pewnego momentu kompletnie sobie odpuszcza i każe swoim bohaterom wyczyniać i wygadywać nadzwyczajne farmazony.

Ucieczkę w pewnym sensie uprawia także Tomasz Hildebrandt w „Dotyku” – całkiem sprawnie napisanym kryminale. W tej powieści ewakuacja – w bok, z kraju – dokonuje się wyłącznie na poziomie decyzji autorskich: akcja dzieje się w Marsylii, bohaterami są w większości Francuzi, o Polsce nie ma tu właściwie mowy. Natomiast ucieczka do przodu – w przyszłość – nie jest zamaszysta: we Francji dominującą siłą polityczną staje się Front Narodowy, a w samej Marsylii ma zostać otwarty Grande Mosquée – wielki meczet (którego budowę w rzeczywistości ogłoszono w 2001 roku, rozpoczęto w 2010, a ostatecznie przerwano – w 2016 wskutek wycofania przez miasto pozwolenia na budowę).

Tomasz Hildebrandt, „Dotyk”. Akurat, 384 strony, w księgarniach od kwietnia 2017Tomasz Hildebrandt, „Dotyk”. Akurat, 384 strony, w księgarniach od kwietnia 2017We francuskim mieście dochodzi do serii brutalnych spaleń przypadkowych na pozór ludzi. Sprawą zajmuje się kapitan marsylskiej policji Claude Eryan – twardziel wychowany w jednej ze złych dzielnic. Jednocześnie w Marsylii narastają napięcia na tle religijnym, związane z wprowadzonym właśnie prawem zakazującym zakrywania twarzy w miejscach publicznych (Hildebrandt jest tutaj nieco spóźniony: zakaz noszenia burek wprowadzono we Francji w 2011 roku). Nowe przepisy wywołują protesty zarówno społeczności muzułmańskiej, jak i środowisk lewicowo-liberalnych. Ich główną przedstawicielką w powieści jest Céline Dumerc, felietonistka i blogerka, autorka prowokacyjnych tekstów sprzeciwiających się polityce Frontu Narodowego oraz jego młodzieżowym bojówkom, które na własną rękę zajmują się egzekwowaniem prawa. To Dumerc ujawnia – uwaga: znów spoiler – że spalenia, za które władze usiłują obwiniać radykalistów islamskich, są tak naprawdę dziełem radykalnych nacjonalistów, usiłujących podburzyć społeczeństwo w przeddzień otwarcia wielkiego meczetu.

Hildebrandt z dużą skrupulatnością konstruuje obraz napięć społecznych, pokazując, w jaki sposób populistyczna polityka antymuzułmańska, podgrzewana medialnym sensacjonizmem, znajduje przełożenie na zachowania na co dzień nieskorych do nienawiści ludzi. W postaciach Isabelle, żony Eryana, czy bezdomnego czarnoskórego mężczyzny, oskarżonego o dokonywanie spaleń, autor „Dotyku” analizuje również, jakie skutki dla indywidualnej psychiki może mieć cynicznie podsycana atmosfera zagrożenia. Zresztą wydźwięk polityczny całej powieści jest dość jednoznaczny: Hildebrandt w lewicowy sposób opowiada się przeciwko polityce tożsamości i wskazuje na czynniki społeczno-ekonomiczne. Jak w pewnym momencie stwierdza Eryan: „Właściwie nie ma żadnego terroryzmu, jest tylko brak perspektyw, bezsilność i bójka o resztkę żarcia, które ktoś nam próbuje odebrać. Jeszcze niedawno nędzarze mogli walczyć o socjalizm, teraz pozostała im tylko religia. Średniowiecze powraca”.

W tej nierozwiązywalnej w gruncie rzeczy układance obyczajowo-społeczno-politycznej Hildebrandt umieszcza najważniejszy wątek powieści: cichego ataku terrorystycznego polegającego na rozprzestrzenianiu mutacji wirusa Ebola. Informacja o zagrożeniu wywołuje w Marsylii przerażenie, zostaje wprowadzony stan wyjątkowy. Jednak wskutek przedziwnej dialektyki narzędzie, mające służyć wytwarzaniu podziałów społecznych, doprowadzone do ekstremum zaczyna działać we wprost przeciwny sposób. Lęk przed śmiercią okazuje się najprostszym wspólnym mianownikiem, jednoczącym ludzi ponad różnicami religijnymi i politycznymi (co jednak nie oznacza, że powieść kończy się jakimś wielkim utopijnym pojednaniem; jak na powieść sensacyjną przystało, kończy się solidnym łubudu – choć trochę, trzeba przyznać, narracyjnie niedopracowanym).

Co ciekawe, wprowadzenie możliwości rozwiązania tego klinczu, w którym znajduje się dziś Europa, wyjaśnia także, w jaki sposób powieść Hildebrandta dotyczy – choć pozornie nie dotyczy wcale – Polski. Opisywana w powieści mechanika populizmu, medialnych sensacji, zarządzania strachem, a nawet sposobów funkcjonowania bojówek nacjonalistycznych – z łatwością dałaby się przenieść na lokalny grunt. Jednak Francja, gdzie rzeczywiście występują społeczności muzułmańskie, jest potrzebna autorowi, żeby ujawnić całkowicie fantazmatyczny charakter sterowanego politycznie lęku przed obcymi w kraju. W ten sposób, pisząc o wydarzeniach z niedalekiej, i całkiem prawdopodobnej, przyszłości w Marsylii, w gruncie rzeczy komentuje Polską współczesność.

Gretkowska i Hildebrandt uciekają w swoich powieściach z Polski, bo albo nie da się już w niej wytrzymać, albo z jej perspektywy nie sposób zrozumieć tego, co się w niej dzieje. Ta ucieczka w przestrzeni – w obu przypadkach na Zachód – jest zarazem ucieczką w przyszłość. A przynajmniej fantazmatyczną przyszłość modernizującej się Polski. Bo też ruch ten ujawnia, w jaki sposób myślenie o przyszłości jest już wpisane w nasze sposoby rozumienia współczesności. Obie powieści pokazują jednak, że ruch do przodu wcale nie musi być nieodwracalny.

Wczoraj, dziś i jutro też

Ruch do przodu właściwie może się okazać ruchem do tyłu. Albo staniem w miejscu. „Hello World” Michała R. Wiśniewskiego i „Miłość” Ignacego Karpowicza – powieści zaskakująco podobne pod względem kompozycyjnym – wyznaczają trzecią strategię literackiego futuryzmu – powtórzenie. W obu książkach współczesność zostaje ujęta nie tylko w relacji z przyszłością, dla której stanowi punkt wyjścia, ale także z przeszłością, wobec której sama jest zrealizowaną przyszłością. Już sam ten zabieg sugeruje, że – obok diagnozy dzisiejszych czasów i jej projekcji na czasy nadchodzące – będzie tu chodziło również o pewną historiozofię – próbę znalezienia klucza do dziejów.

„Hello World” rozpisane jest na trzy plany czasowe, odpowiadające trzem kolejnym pokoleniom bohaterek. Część historyczna toczy się na początku lat 80., a jej bohaterką jest Ada – uczennica ósmej klasy zafascynowana wizjami nadciągającej apokalipsy. W części współczesnej powieść opowiada o losach Patrycji, bohaterki znanej z wcześniejszych części trylogii. Akcja futurystycznego wątku powieści toczy się natomiast w setną rocznicę powstania warszawskiego, a jej główną bohaterką jest Mimi.

Michał R. Wiśniewski, „Hello World”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 320 stron, w księgarniach od maja 2017Michał R. Wiśniewski, „Hello World”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 320 stron, w księgarniach od maja 2017Przyszłość w ujęciu Wiśniewskiego ukształtowana jest pod wpływem zmian technologicznych, przede wszystkim wirtualnej rzeczywistości i mediów społecznościowych. Bohaterowie posługują się językiem dzisiejszego Snapchata (OMFG, YOLO, plz) i emotikonami, wiele uwagi poświęcają zmieniającym się błyskawicznie modom („Trendują: StoLatPowstania, vintage yeeze, neonsteamp, gibplox…”), a najbardziej absorbuje ich życie towarzyskie. To świat szczelnej symulacji, w którym materia została niemal zupełnie pozbawiona znaczenia, a kontakt fizyczny jest po prostu zakazany. To również świat dobrobytu, choć w powieści pojawiają się sygnały świadczące o tym, że opiera się on na wyzysku i rozwarstwieniu ekonomicznym, skutecznie jednak ukrywanym poza granicami widzialności.

Pod względem konstrukcji przyszłości Wiśniewski wykorzystuje strategię wzmożenia – amplifikuje dzisiejsze tendencje społeczno-technologiczne i opisuje ich ekstremalne warianty. Jednak takie ujęcie komplikuje się, kiedy staje się jasne, że powieść Wiśniewskiego w trzech planach czasowych opowiada w gruncie rzeczy tę samą historię: macierzyństwa. Ada, Patrycja i Mimi zachodzą w ciążę, a ich historie w głównej mierze dotyczą zmagania się z konsekwencjami tego stanu. A są one, najoględniej mówiąc, niekorzystne: ciąża staje się pretekstem dla prób przejęcia przez społeczeństwo – nie tylko mężczyzn – władzy nad kobiecymi ciałami, zredukowanymi do funkcji inkubatora. Na każdym z planów czasowych Wiśniewski pokazuje drobiazgowo, jak działają mechanizmy kontroli obyczajowej, instytucjonalnej czy medycznej. W takiej perspektywie – i w kontekście całej trylogii powieściowej – jasne staje się, że dla Wiśniewskiego przemiany historyczne – społeczne i technologiczne – stanowią jedynie sztafaż dla pewnej, by tak rzec, stałej antropologicznej: kontroli kobiecych ciał.

Podobnie jest w „Miłości” Karpowicza. Powieść rozpisana jest na trzy plany czasowe. Przeszłość (rozdział „Piękno”) to wzorowana na biografii małżeństwa Iwaszkiewiczów opowieść o Jarosławie i Annie, pisarzu i jego żonie. Do Stokroci, gdzie mieszkają, przyjeżdżają goście – małżonkowie Jerzy i Irena Siwiccy. Między czworgiem bohaterów wytwarzają się złożone napięcia, której coraz bardziej zbliżają ich do mrocznego ośrodka tej historii: przedwcześnie zmarłego Jakuba – brata Jerzego, byłego narzeczonego Ireny, kochanka Jarosława, traktowanego przez Annę jak syn.

Część futurystyczna („Prawda”) to dystopia, której główną bohaterką jest studentka Albertyna, która wikła się w romans z Mateuszem, synem wpływowej w kręgach rządowych rodziny. Mateusz, choć interesuje się dziewczyną, nie zamierza jednak rezygnować ze swojej drugiej relacji – z Bartkiem. Problem polega jednak na tym, że w świecie bohaterów relacje homoseksualne są surowo karane. Polską rządzi partia Prawo i Swoboda („wygrywało wybory, odkąd pamiętam, ponieważ ich oferta dla obywateli była bezkonkurencyjna i najdogodniejsza do akceptacji”), a jej władza – wspierana przez „Autokefaliczny Kościół Katolicki” – ma charakter totalitarny. W toku akcji Albertyna natrafia na ślady rządowych manipulacji (zmiany tożsamości; wymazywanie pamięci), natomiast Mateusz namawia ją do wspólnej ucieczki. Jednak dziewczyna, skuszona perspektywą przyszpilenia atrakcyjnego kandydata na mężą, decyduje się donieść władzom o jego seksualnej nienormatywności.

Ignacy Karpowicz, „Miłość”. Wydawnictwo Literackie, 292 strony, w księgarniach od listopada 2017Ignacy Karpowicz, „Miłość”. Wydawnictwo Literackie, 292 strony, w księgarniach od listopada 2017Plan teraźniejszy wyznaczany jest przez intymną narrację pierwszoosobową, której autor opowiada historię swojego skrywanego homoseksualizmu i trudnego coming outu, który nie mógłby się dokonać bez wsparcia idealizowanego partnera, Zbyszka. W powieści pojawiają się ślady historycznej ciągłości między teraźniejszością a „Pięknem” i „Prawdą”: łacińskie nazwy polskich miejscowości, ale także dzieje samego narratora, który pojawia się w archiwalnych poszukiwaniach Albertyny (jako Janusz Karaś, który po konserwatywnej rewolucji staje się Sumem). Trzy plany zostają w powieści Karpowicza uzupełnione o dodatkowy element: bajkowy rozdział „Dobro”, opowiadający o intymnej relacji księcia (Zbyszka) i jego pochodzącego z plebsu przyjaciela (który zostaje nazwany Orjanem).

Choć poszczególne części „Miłości” wchodzą ze sobą w złożone zależności, to jasne jest – nie może być jaśniejsze – że ich wspólnym tematem jest skrywana miłość homoseksualna. Bohaterowie – pozbawieni przez uwarunkowania społeczne możliwości pełnego zrealizowana swoich pragnień – zmuszeni są wikłać się w pokrętne relacje, których ubocznymi ofiarami nierzadko stają się bliskie im kobiety. Wzrasta natomiast poziom represji: jeśli w „Pięknie” relacja Jarosława i Jakuba jest przedmiotem obyczajowego tabu, a w narracji współczesnej zinternalizowaną normą, to w „Prawdzie” jest już brutalnym mechanizmem instytucjonalnym.

W odróżnieniu od Wiśniewskiego, który w „Hello World” pieczołowicie buduje wieloaspektowy obraz przyszłości, Karpowicz czyni z represjowanej homoseksualności zasadniczy mechanizm konstrukcyjny, przez co „Miłość” okazuje się dość jednowymiarowa i monotonna. Jednak – co tutaj ważniejsze – w obu powieściach trójdzielna kompozycja czasowa służy wyeksponowaniu pewnej historycznej niezmienności, sugerującej, że od przemian społecznych, politycznych czy technologicznych istotniejszy jest wieczny powrót tej samej opresji.

Radość z powodu utraconej przyszłości

Organizująca nowoczesną wyobraźnię narracja o postępie – która, co prawda, zdewaluowała się w zachodnim myśleniu w drugiej połowie XX wieku, ale w Polsce początku XXI wieku wciąż pozostawała dominująca – lokowała w przyszłości nadzieje na zmianę. Miało być inaczej, a więc lepiej. Tymczasem opisywane tutaj literackie strategie: wzmożenia, ucieczki i powtórzenia – są w gruncie rzeczy odmiennymi sposobami opowiadania o tym, że na przyszłość nie ma co liczyć. Mucha i Miłoszewski w futurystycznych scenariuszach stwarzają uzasadnienie dla niesprawiedliwości, z którą nie da się nic zrobić, a Sieniewicz potwierdza tylko pesymistyczną ocenę nowoczesności; Gretkowska i Hildebrandt pokazują dobitnie, że ucieczka w przód, więc na Zachód, również niczego nie zmieni; a Karpowicz i Wiśniewski odnajdują w historii nieustanne powroty tego samego fundamentalnego problemu. Ani nie będzie inaczej, ani lepiej. A jeśli od przyszłości można czegoś oczekiwać, to tylko najgorszego. Po niespełna trzydziestu latach, jakie minęły od ’89 roku, i nieco ponad dekadzie od przystąpienia do Unii Europejskiej oczekiwanie na świetlaną przyszłość, która jakoś uparcie nie chce nastąpić, straciło najwyraźniej swoją moc przekonywania. W konsekwencji koniec historii, który miał być zwieńczeniem procesów modernizacyjnych, w dziwny sposób wywrócił się na drugą stronę: jasne, koniec nastąpił, ale nie ma się z czego cieszyć.

Oczywiście tłumaczenie tego zjawiska wyłącznie lokalnymi uwarunkowaniami politycznymi nie jest wystarczające. Podobny proces daje się bowiem zauważyć gdzie indziej. Analizując amerykańskie dystopie ostatnich lat, Jill Lepore pisze w „New Yorkerze”:  „Dystopia […] pielęgnuje poczucie krzywdy i wzmacnia resentymenty; nie domaga się odwagi; potwierdza, że tchórzostwo wystarcza. Jej jedyna przestroga brzmi: rozpaczać więcej. […] Lewicowy czy prawicowy, radykalny pesymizm nieustającej dystopijności sam przyczynił się do rozkładu liberalnego państwa i osłabienia zaangażowania w polityczny pluralizm […]. Opowieść o ruinach potrafi być piękna. Zgliszcza są romantyczne. Ale polityka ruin jest skazana na zgubę”.

Krytykowany przez literaturę konserwatyzm, blokujący możliwość zmiany na lepsze, w przedziwny sposób przenosi się na nią samą, sprawiając, że traci ona umiejętność pomyślenia jakiejś alternatywy: ścieżki na ukos, skoku nad przepaścią. Znajduje natomiast upodobanie w celebrowaniu klęski, dostarczając wyobrażonych dowodów na to, że porażka jest nieodwracalna.

Tę celebrację przegranej dobitnie ilustruje „Przyducha” Macieja Prusa. To dystopia, której akcja toczy się na krakowskim Kazimierzu w niedalekiej przyszłości. Narrator „Przyduchy” jest stałym bywalcem baru Piękny Pies, gdzie obraca się w towarzystwie pisarza Filipa Fronta. Ten prosi czasem o zaopiekowanie się jego mieszkaniem, co daje asumpt do podszywania się pod literata, a to w celach erotycznych, a to zarobkowych. Stopniowo jednak niewinna gra w zamianę tożsamości przekształca się w mroczną intrygę, w którą zostają zaangażowane służby bezpieczeństwa panującego reżimu.

Maciej Prus, „Przyducha”. Ha!art, 288 stron, w księgarniach od września 2017Maciej Prus, „Przyducha”. Ha!art, 288 stron, w księgarniach od września 2017Właśnie, w powieści Prusa władza skręca wyraźnie w stronę totalitaryzmu: internet jest w pełni kontrolowany, prezydent jest zarazem ministrem sprawiedliwości i prokuratorem, granice kraju są zamknięte. To dystopijna klasyka, ale pojawiają się tu też dość nieoczekiwane w takim kontekście elementy: „Nowa władza tak podniosła podatki, że utrzymanie własnego biznesu zaczęło graniczyć z cudem. Wszystko okraszone było hasłami równości i solidarności społecznej”; albo: „Prywatne samochody od dawna nie mają wstępu do miasta, jeżdżą tylko taksówki i samochody dostawcze. Jeżdżą również samochody należące do cyklistów. Po wejściu w struktury władzy sami zlecili przydzielenie sobie służbowych samochodów”; albo: „mężczyźni są potrzebni tylko do kopania rowów, nawet jeśli uda im się wytrwać w państwowej instytucji, to zarabiają o jedną trzecią mniej niż kobiety”. Wygląda więc na to – choć powieść nie dopowiada tego wyraźnie – że u władzy znalazła się egzotyczna koalicja prawicy, lewicy, aktywistów miejskich i radykalnych feministek.

W tym miejscu ujawnia się fatalizm wpisany w „Przyduchę”. Jeśli bowiem w roli przedmiotu dystopijnej krytyki zostaje obsadzone praktycznie całe spektrum sceny politycznej, to za pożądany przez powieść stan należałoby uznać panujące status quo. Każda zmiana okazuje się zmianą na gorsze, więc lepiej, żeby nic się nie zmieniało.

To zamiłowanie do pozostawania w bezruchu przekłada się na akcję samej powieści. Choć głównemu bohaterowi udaje się kilka razy przekroczyć zasieki odgradzające Kazimierz – którego mieszkańcy z jakiegoś powodu stali się kolejną ofiarą władzy – od reszty Krakowa, a nawet na chwilę wyjechać z miasta, to w gruncie rzeczy pozostaje on dziwnie zafiksowany na jednym miejscu i jednej trasie: „Idę do Psa”, „Chodzę do Psa”, „Wracamy do Psa”. Bohater krąży tam i z powrotem w nakrywającym Kazimierz smogu, akcja powieści stopniowo grzęźnie, a jedynym wyjściem z impasu staje się – śmierć.

*

Jeśli w opisywanych tu powieściach nie ma co upatrywać nadziei na przyszłą zmianę, to można je przynajmniej potraktować jako zapis współczesnych lęków. Pod tym względem tworzą one zaskakująco spójny zestaw.

Jest tak: w Polsce umacnia się sojusz narodowo-katolicki (Sieniewicz, Karpowicz), geopolityczna stabilność regionu jest zachwiana (Miłoszewski, Sieniewicz), krysys uchodźczy, a właściwie polityczne kapitalizowanie związanych z nim lęków, pogłębia konflikty społeczne, doprowadzając do kulturowego regresu (Sieniewicz, Hildebrandt), a jego największymi ofiarami stają się kobiety (Mucha, Sieniewicz, Gretkowska, Wiśniewski). Jakimś pocieszeniem może być to, że sztuczna inteligencja (Wiśniewski, Gretkowska) już szykuje się, żeby się nas pozbyć.