Podróże Paula Safranka

6 minut czytania

/ Film

Podróże Paula Safranka

Jakub Socha

W „Pomniejszeniu” Payne z premedytacją spłaszcza emocje i obiera swój film z atrakcji. Tam, gdzie większość dzisiejszych reżyserów podniosłaby głos, docisnęła dowcip, podkreśliła puentę, on bierze głęboki oddech i pozwala sprawom toczyć się własnym torem

Jeszcze 2 minuty czytania

Norwescy naukowcy wynaleźli sposób, jak pomniejszyć człowieka do rozmiarów agrafki. Szybko znalazło się kilkudziesięciu śmiałków, którzy postanowili spróbować. Eksperyment się udał, więc zaprezentowano go światu. Cała ludzkość jednak nie zwariowała na punkcie wynalazku, choć i tak zwariowały na jego puncie miliony, wystarczająco dużo, żeby rozwinęła się wokół „pomniejszania” odpowiednia infrastruktura. Wymyślono legendę i hasła reklamowe, zatrudniono pośredników zajmujących się tranzytem między „dużym” i „małym” życiem, zbudowano lilipucie osiedla i miasta. Paul Safranek, amerykański terapeuta zajęciowy, któregoś dnia także postanawia w nim zamieszkać. Pragnie zacząć od nowa. Istnieje duża szansa, że mu się uda – przelicznik finansowy wśród tych, którzy poddali się eksperymentowi, jest więcej niż korzystny (jedzą w końcu mniej i mniej zużywają wody). Niespecjalne zamożny człowiek w nowym świecie staje się prawdziwym bogaczem.

Paliwem najnowszego filmu Alexandra Payne'a jest oczywiście sam pomysł z „pomniejszeniem”. Pozwala on na produkcję całkiem sporej liczby zabawnych i mniej zabawnych scen ilustrujących mechanikę nowego świata; to, jak się do niego trafia i jak się w nim żyje. Ale także to, jak ten stary się do tego nowego odnosi. Mamy więc obowiązkowe golenie włosów na całym ciele, na całym, to znaczy, że także w okolicach odbytu, co zostaje podkreślone w ramach żartu. Wizytę u dentysty, który wymienia te plomby, które mogłyby eksplodować podczas rytuału przejścia. Za ciepłą, jak na liliputy, wodę w kranie. Normalnej wielkości kwiaty, które kupuje się po jednym, bo wystarczy jeden, żeby wypełnić cały salon. Pół litra wódki, którą może zapić się na śmierć pół bloku mieszkalnego. Specjalne przezroczyste moduły, które umieszcza się w normalnej wielkości samolotach i autobusach, pozwalające podróżować także liliputom. Im więcej widzi się podobnych przesunięć, tym więcej rodzi się pytań: jak to wszystko urządzono, że działa? Czy telewizory pomniejsza się tak jak ludzi, czy może produkowane są już w mikroskali? A jeśli tak, to gdzie? Wśród dużych? Jeśli wśród dużych, to czy czasami nie jest to aby bardziej kosztowne niż wyprodukowanie normalnego telewizora? I czy taki mały, a przez to na pewno bardzo drogi telewizor, przeznaczony dla ludzi, którzy przywykli płacić za różne produkty kilkadziesiąt razy mniej niż ci, którzy pozostali przy swoim wzroście, nie jest czasami zwyczajnie za drogi? A jeśli telewizory produkowane są wśród małych, to jak? Lilipucie wspólnoty mają maksymalnie dwadzieścia kilka lat, w tak krótkim czasie nie udałoby im się rozwinąć zaawansowanej techniki. Pomniejszyć tych wszystkich frezarek, bruzdownic, młotów pneumatycznych, myszek do komputerów i procesorów.

Payne omija te pytania, bo mechanika nowego świata tak naprawdę niespecjalnie go interesuje. „Pomniejszenie” można sobie wyobrazić bez całego „pomniejszenia”. Gdyby nie pojawiające się raz na jakiś czas dziwne przedmioty, takie właśnie jak wielka róża, ktoś, kto zacząłby oglądać film od środka, mógłby w ogóle się nie zorientować, że patrzy na liliputów. Między nowym i starym światem nie ma żadnej różnicy. W tym nowym życie jest takie samo: jedni harują od świtu do zmroku, inni po prostu się bawią. Tu też są uchodźcy polityczni i cwaniacy, królowie życia i looserzy, bogaci i biedni, prekariusze i arystokraci. I tak jak w tym starym, w nowym nikt się nie troszczy o ekologię. Jeśli coś w ogóle rozpala w nim emocje, to możliwość nieograniczonej konsumpcji, co też brzmi znajomo.

„Pomniejszenie”, reż. Alexander Payne„Pomniejszenie”, reż. Alexander Payne. USA 2017, w kinach od 12 stycznia 2018Znajomo wygląda też Paul Safranek, może dlatego, że gra go Matt Damon, aktor, który masowo produkuje role przeciętnego Amerykanina: średnio rozgarniętego i średnio przebojowego. Średnio przystojnego i średnio ciekawego. Nieudacznika ze średnim brzuszkiem, którego nieudolność niektórzy traktują jak przejaw głupoty. Człowieka, który nic nie chce od życia, któremu nic nie może się udać. Safranek kiedyś próbował zostać chirurgiem, ale musiał rzucić studia, by zająć się chorą matką. Potem ożenił się, i też nie wyszło. „Pomniejszenie” w materii jego życia tak naprawdę nic nie zmienia. Payne przerzuca go z miejsca na miejsce i bawi się nim jak Bóg bawił się Hiobem – oczywiście klęski, które spadają na bohatera, są odpowiednio pomniejszone. To za głośny sąsiad z góry, randka z młodą wdową, która daje mu kosza, poranny kac. Konfrontuje go przy tym z reprezentantami różnych modelów życia – z mieszczuchem, cwaniakiem, aktywistą, przewodnikiem duchowym. Safranek oczywiście wszystko to potrafi znieść, niby z każdym potrafi się dogadać, ale na jego twarzy widać tylko zmęczenie – i my męczymy się z nim.

Payne z premedytacją spłaszcza emocje i obiera swój film z atrakcji, tam, gdzie większość dzisiejszych reżyserów podniosłaby głos, docisnęła dowcip, podkreśliła puentę, wybudowała dziesięciopiętrową scenografię, postawiła na drodze liliputa dwustukilowego żółwia, on bierze głęboki oddech i pozwala sprawom toczyć się własnym torem. Wyjątek robi dla aktywistki politycznej z Wietnamu, którą los przypadkowo wiąże z Safrankiem – tej energii i fantazji nie brakuje. Mimo że ma tylko jedną nogę, prowadzi firmę sprzątającą i szeroko zakrojoną akcję pomocy najbiedniejszym, bierze się też za naszego safandułę – przy niej zaczyna chodzić jak w zegarku, widzi więcej, choć, umówmy się, dostrzeżenie, że na ziemi są biedni ludzie, nie jest specjalnie dużym odkryciem. Wraz z pojawieniem się nowej bohaterki życia nabiera też anemiczny film. Gdyby szukać tej finalnej mądrości „Pomniejszenia”, skonstruowanego wyraźnie na wzór oświeceniowej przypowiastki, to byłaby nią pewnie zachęta do miłości i poświęcenia. Złośliwy powiedziałby raczej, że jest nią sugestia, że najlepszym remedium na troski białego Amerykanina jest żona Azjatka.