Na przykład złoty skafander

18 minut czytania

/ Sztuka

Na przykład złoty skafander

Rozmowa z Pawłem Althamerem

Zakładam go sobie i mogę doświadczyć, jak to jest chodzić w czymś takim po świecie. Ludzie mają cię za kosmitę, ale zyskujesz nową tożsamość. To jak szamańskie wchodzenie w ciało kruka. Czy to jest gorsze od technologii 3D, czy 4D, które przenoszą w inną rzeczywistość?

Jeszcze 5 minut czytania

MONIKA STELMACH: Z książki Karola Sienkiewicza „Patriota wszechświata. O Pawle Althamerze” wyłania się artysta zaangażowany społecznie.
PAWEŁ ALTHAMER: Na co byłaby mi moja twórczość, gdyby nie inni ludzie. Byłem w rosyjskiej ławrze, odwiedzałem mieszkania eremitów i doceniam ich wkład w globalną świadomość, inspirowanie do alienacji i wyciszenia. To jeden z wariantów.

Nie jesteś typem eremity?
Czasami bywam. Zamykam wtedy drzwi do swojego pokoju.

I co wtedy?
Bodźców, myśli i rozmów jest mniej. Za to więcej jest ciszy i przestrzeni własnej.

Od ponad 20 lat prowadzisz warsztaty plastyczne z grupą Nowolipie, osobami chorymi na stwardnienie rozsiane. Często artystom taka praca w jakimś stopniu daje stabilizację. Co ciebie dzisiaj motywuje?
Na początku rzeczywiście kuszące było ubezpieczenie społeczne w iluzorycznej rzeczywistości artysty. Ale nigdy motyw finansowy nie był najważniejszy. Intuicja podpowiadała mi, że to będzie niezła przygoda.

Na czym polega ta przygoda?
Grupa Nowolipie była dla mnie mikrokosmosem, konstelacją ludzi i myśli, która pozwoliła mi zejść na ziemię.  Słucham jednego z moich ulubionych nauczycieli Eckharta Tolle, który opowiada o fenomenach teraźniejszości. Kiedyś z publiczności wystąpił człowiek, który mówił, że trudno mu osiągnąć spokój wewnętrzny, koncentrację i obecność, bo jest krupierem w kasynie gry. Tolle mówi, że to dobrze, bo zawirowania na zewnątrz skłaniają, by zaglądać do wnętrza. Ludzie z Nowolipia pozwalają mi przejrzeć się w swoich oczach i  sercach; w innych ludziach odnajduję siebie. Te spotkania wzmacniają mnie i dają energię. Dziś jesteśmy jak rodzina.

Paweł Althamer

ur. 1967 w Warszawie. Rzeźbiarz, performer, akcjoner, twórca instalacji i filmów wideo. W latach 1988–1993 studiował na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie uzyskał dyplom w pracowni Grzegorza Kowalskiego. Jest laureatem prestiżowej nagrody Vincenta Van Gogha, przyznawanej przez holenderską Fundację de Broere (2004). Mieszka w Warszawie. Współpracuje z Fundacją Galerii Foksal.

W grupie Nowolipie często powstają rzeczy poza kanonami sztuki, które włączasz do głównego nurtu, jak zbiorowa praca w Parku Rzeźby na Bródnie, czy w Instytut Contemporary Arts w Londynie, gdzie pokazałeś „Nefretete” Józefa Skwarczewskiego, byłego kolejarza z ogniska Nowolipie.
To doświadczanie wolności w praktyce. Jesteś twórczy, więc masz prawo do swojej odmienności. Sztuka jest taką wypożyczalnią wszystkiego, skąd sprzedawca wyszedł i powiedział – bierzcie, co chcecie. I to jest fascynujące.

I co wtedy bierzesz?
Na przykład złoty skafander. Zakładam go sobie i mogę doświadczyć, jak to jest chodzić po świecie w takim złotym skafandrze. Ludzie mają cię za kosmitę, ale zyskujesz nową tożsamość. To jak szamańskie wchodzenie w ciało kruka i doświadczanie, jak to jest być silnym, drapieżnym ptakiem, który potrafi wydobywać z siebie piękny głos. Czy to jest gorsze od technologii 3D, czy 4D, które przenoszą w inną rzeczywistość? W sztuce masz permanentne, bezkresne wi-fi, kiedy możesz sobie zbudować każdą rzeczywistość. To tak jak dzieci budują jaskinie, kiedy zsuwają krzesła i narzucają na nie koc. Trudno powiedzieć, że to nieprawdziwe, moim zdaniem najprawdziwsze na świecie. 

Albo możesz zostać Koziołkiem Matołkiem, jak podczas wystawy w Brazylii w 2011, a potem w malijskiej wiosce Koundou.
Dedykowałem smutnym osobom ku pocieszeniu. Pomyślałem, że będę śmiesznie wyglądał w krótkich czerwonych spodenkach. Jest w tym autoironia i życiowa poczciwość.

Na zdjęciach z Koundou widać, że szczególnie dzieciaki pokochały Koziołka Matołka.
O tak, Koziołek wyciągnął dzieciaki z najciemniejszych uliczek. W ciągu kilkunastu minut była tam cała wieś, doświadczając radości i nieracjonalności działania.

Używasz sztuki również do politycznych aktów. W złotych skafandrach pojechaliście na Białoruś.
Uznano to za manifestację antyrządową, musieliśmy uciekać przed policją. Niektóre dzieci dorosły i zamieniły kapiszonowce na prawdziwe pistolety i dalej się bawią; sprawdzają, jak to jest być królem w świecie dobra i zła. To, co dzieje się w Białorusi wymaga, żeby coś nowego się rozpoczęło. Akcja „Promień słońca” z występem Pita Pawłowa i jego zespołu miała być zwiastunem przemiany świadomości. Może użyłem za mocnych słów.

Myślisz, że taka akcja może przyczynić się do zmiany świadomości społeczeństwa na Białorusi czy większej swobody politycznej?
Może na zasadzie efektu motyla, kiedy z pozoru nieznaczące działanie uruchamia ciąg innych wydarzeń. Wtedy zebrali się ludzie, którzy mieli wewnętrzną potrzebę zmian, pomyślałem, że tego nie można zlekceważyć. 

Mińsk, fot. Michał Szlaga

Przestrzeń galeryjną traktujesz dość swobodnie: wychodzisz poza nią, demolujesz albo przyglądasz się jej, wchodząc na drzewo, czyli robisz wszystko, tylko nie to, czego można by się spodziewać w galerii.
Właściwie robię to, czego można się spodziewać, albo czego bym się chciał spodziewać. Lubię przestrzeń przez jej potencjał; przestrzeń, która mnie inspiruje i otwiera. Może trochę jak Indianie staram się rozmawiać z przestrzenią.

W Fundacji Galerii Foksal wyszedłeś poza budynek i zbudowałeś domek na drzewie, z którego przez okna można było zajrzeć do galerii.
Spojrzenie z innego punktu pozwala nam odkryć nowe, zaskakujące rzeczy.

Inną zamieniłeś w ruderę.
Neugerriemschneider – jedną z moich macierzystych galerii. To zjawisko prekognicji, kiedy masz dar widzenia rzeczy na innym etapie ich istnienia. To nie była jakaś zagmatwana koncepcja, miała pokazać, że wszystko płynie i odchodzi. Witajcie w świecie przemian! Odbierałem to jako wizję przyszłości, jak z filmów futurystycznych – 3049.

Twoją wizją przyszłości jest zagruzowana galeria?
Przetworzona. Być może w przyszłości ludzie już nie będą potrzebowali katalogów i galerii. To absurdalne, że musisz iść oglądać sztukę do muzeów i galerii, a przedtem, co oglądałeś? Wszystko w wokół jest wibrującą, nieustannie zmieniającą się w formę energią. I w tym kontekście chodzenie do galerii jak do wychodka jest dość zabawne.

Posłużę się cytatem z „Patrioty wszechświata”: Jego postawa wynika z awersji do wystaw, tradycyjnie wystawy go nudzą.
Ale mi Karol dowalił! Co ja teraz powiem kuratorom, przecież miałem tylu fajnych kolegów kuratorów. Jak oni mi to wybaczą?

Niejedno ci już wybaczyli.
Niniejszym dziękuję im za wyrozumiałość, że mi wybaczają, że bywam znudzony w takich sytuacjach. Trzeba zaakceptować nudę jako pewien stan. Myślę, że jestem już na tyle dojrzałym artystą, że mógłbym zaprojektować nudną wystawę. Mogę, namaluję nudne obrazy, zrobię nudne rzeźby. Nie chwaląc się, potrafię to robić. Jestem osobą otwartą.

Paweł Althamer, Raj, 2009 / fot. J. SmagaPaweł Althamer, „Raj”, 2009 / fot. J. Smaga

Jakie nudne obrazy i rzeźby zrobiłbyś na nudną wystawę?
Jeszcze nie wiem. Ale np. ta podstawka pod rzutnik jest taką nudna rzeźbą (rzutnik w Świetlicy Matejki na warszawskim Bródnie). Zrobiłem ją z moim bratem Marcinem. Nie znalazła funkcji praktycznej i wisi sobie tutaj dla ozdoby. Taką nudną rzeźbę mógłbym ustawić na cokole. Powiesiłbym obrazy w ramkach, żeby już całkiem zanudzić. Rozbudzając w sobie szacunek do nudy, mógłbym się dobrze bawić. Myślę też, że dla niektórych moje prace są nudne.

Jesteś w kontrze do przestrzeni galeryjnej?
W moich działaniach jest nie tyle negacja galerii, co potrzeba ruchu. Galerie nie funkcjonują już dla wielu twórców jako niezbędny element kontaktu z odbiorcą; są tylko jedną z opcji. To pewna ekspresja ze starej tradycji. Żegnamy, może nawet z wdziękiem i sentymentem, galerię jako witrynę, miejsce zatrzymania przekazu, kolekcji różnego rodzaju relikwii, totemów i przedmiotów mocy. To świątynna tradycja, że chodzi się do miejsca, gdzie jest ołtarz i kolumny, przychodzą kapłani, którzy wytwarzają pewną energię. Ta sytuacja już się opatrzyła. Nie oczekiwałbym w tych określonych miejscach przebłysku uważności i oświecenia. Raczej doradzałbym rozpoznawać to w samym sobie. Jak kochasz śpiewać, to robisz to na scenie, ale możesz też podśpiewywać na ulicy albo spotykać się z ludźmi na wspólne śpiewanie. Jak chcesz robić sztukę, to możesz ją robić w wielu różnych miejscach.

Czym jest dla ciebie galeria?
Może być altaną, niszą, która ma funkcję offowej, wyciszającej przestrzeni, gdzie ludzie łaknący odłączenia się mogą na chwilę posiedzieć sami albo spotkać innych wyłączonych. Być może śluzą między rzeczywistością o obniżonej uważności do przestrzeni obecności. Sala neoplastyczna w Łodzi to udany przykład miejsca podwyższonej uważności, rozbudzenia świadomości, przyglądania się formom, światu i naprowadzenie na pozycję obserwatora w powściągliwy, mądry, świadomy sposób. Mistrzostwo.

Nie tylko grupie Nowolipie oddajesz przestrzeń galeryjną.
To jest raczej poszerzanie przestrzeni, wyburzanie ściany, a nie oddawanie. Nie czuję utraty. 

Kiedy Centrum Pompidou zaproponowało ci wystawę, to zamieniłeś ją w kolektywne działanie z młodymi absolwentami szkół artystycznych różnych narodowości. Nie masz egotycznych potrzeb artysty?
Mam, zbudowałem sobie studio w Wesołej i tam mogę sobie spokojnie zaznawać odrębności, przydając moim wytworom indywidualnych cech. Ale i to jest część szerszego obszaru, do którego zapraszam ludzi. Teraz moje dzieci Bruno z Dianą szyją tam ogromnego byka – symbol zjednoczonej Europy.

Doświadczam paradoksu, bo na studiach u Kowalskiego zastanawiałem się, co jest z obszaru własnego, a co wspólnego. Myślałem, że to co moje jest mniejsze, a to co wspólne większe. Ale im dłużej i głębiej przyglądam się temu, to moje jest głęboko i nierozerwalnie wspólne. Doświadczam jedności.

Często nawiązujesz do ćwiczenia, które Grzegorz Kowalski realizował z kolejnymi rocznikami studentów „Obszar wspólny, obszar własny”. Kowalnia to ważne dla ciebie miejsce?
Grzegorz Kowalski to taki mój ojciec i akuszer, jeśli chodzi o sztukę. Kowalnia była dla mnie ważna, bo zostałem tam przekuty albo sam się przekułem, ale stworzono mi do tego warunki. Może nawet Kowalnia była bardziej takim gołębnikiem niż kuźnią, gdzie hodowca poświęca czas ptakom, szuka okazów i wykorzystuje ich potencjał. Musi czasami pomachać szmatą na patyku, żeby dodać im animuszu. 

Dosyć otwartym „ojcem”, bo jak zaproponowałeś mu udział w projekcie „LSD”, to się zgodził.
Zaproponowałem mu, żebyśmy rano pojechali do Leoncina i wspólnie odbyli spacer po lesie. To była akcja rekonstruktorska zdarzenia, które przytrafiło mi się podczas studiów. Szukałem partnera do spaceru, co było istotą naszych filmów z Arturem (Żmijewskim – red.), ponieważ założyliśmy, że muszą zebrać się dwie osoby. Zgodę Grzegorza Kowalskiego na udział w tym performansie odebrałem jako jego niesłabnącą afirmację życia. On nas, studentów, naprowadzał na postawę nieustraszonych i dzielnych. Sam też taki jest.

I co dało wam do doświadczenie?
To doświadczenie jest pięknie opisane w książce Karola. Nie wiem, czy jak ta babcia szydełkująca jestem w stanie zanurzyć się we wspomnienia, jak to chodziliśmy po lesie, zachwycając się tym cudownym dziełem. To był taki aneks do mojego dyplomu. („Las” to część pracy dyplomowej zrealizowanej w pracowni Grzegorza Kowalskiego. Wideo pokazuje, jak artysta jedzie do znajdującego się na przedmieściach lasu, rozbiera się i znika między drzewami. Integralną częścią pracy był autoportret wykonany z trawy, jelit zwierzęcych, konopi, wosku i włosów – red.).

Paweł Althamer, Kardynał, 1991 / dzieki uprzejmości Fundacji Galerii FoksalPaweł Althamer, „Kardynał”, 1991 / dzięki uprzejmości Fundacji Galerii Foksal

Sporo w twojej sztuce mistycznych poszukiwań, również tych związanych z Bogiem.
Może poszukuję, bo kończą mi się baterie w mojej latarce i czasami popadam w mrok. Jakoś nie wychodzi mi życie bez Boga. Co bym nie zrobił, to zastanawiam się, ile w tym jest mnie, a ile jego. Im więcej się rozglądam, tym więcej Boga jest w moim życiu.

Chodzisz do kościoła?
Chodzę, ale dużo częściej zdarza mi się przebywać w moim kościele, bo tam się odnajduję. On jest częścią tego publicznego.

Nie przeszkadza ci upolitycznienie Kościoła?
Czasami moje wewnętrzne głosy wdają się w dyskurs z Kościołem. Czuję się prowokowany do sparingu z Kościołem. Rozeszły nam się wizje Boga, jakiego znałem od dziecka. Zaczęły się kłócić jak w zepsutym kranie, kiedy nie można zsynchronizować czerwonego kurka z niebieskim i woda jest za gorąca albo za zimna. Nieustający dyskomfort.

Jak sobie z tym radzisz?
Widziałem dzieci, które bawią się kurkami. One są doskonałymi przewodnikami do świata duchowego, nieustającymi odkrywcami. I ja chcę pozostać takim dzieckiem, które ciągle szuka, odkrywa, dziwi się. Kościół jest miejscem symbolicznym, gdzie celebruje się obecność, komunię, miejscem przemiany. I chciałbym, żeby takim miejscem dla mnie pozostał.

Mimo to ciągle próbujesz przedefiniować swój stosunek do tej instytucji.
Bo jestem trochę takim niesfornym Koziołkiem Matołkiem, który wciąż szuka. 

Opracowałeś nawet własną wersję mszy.
Nadal nad nią pracuję. Może nawet zbliżam się do podniesienia. Stachura pisał Missę Pagana. Kiedy wychodzimy z kościoła, to gdzie jesteśmy? Bóg to przecież nie tylko kościół. Zanim dojdę do kościoła, to mam po drodze wiele rzeczy, np. instytucję małżeństwa, ojcostwa itd.

Fascynuje cię też szamanizm. Pojechałeś do Afryki, żeby poznać plemię Dogonów.
Szamani są to preartyści, lekarze, nauczyciele, duchowni. Szukałem prekorzeni. Byli częścią wszechświata, rozmawiali z żywiołami, ze zwierzętami. Utrzymywali więź między tym, co czują i wiedzą, a resztą społeczeństwa. To było bardzo ważne. Stąd może wywodzi się słowo duszpasterz, przewodnik.

Gdzie są ci przewodnicy?
Księża, politycy to następcy szamanów, tylko zdegenerowani. Zapomnieli o swojej misji, a skupili się na utrzymaniu funkcji.

Potrafisz połączyć katolicyzm z szamanizmem?
Myślę, że bogowie się bardzo lubią. W styczniu jest święto Dogonów. W Klubie Komediowym zrobiłem razem z Michałem Parnasem rytuał świąteczny poświęcony pierwszym ludziom na Ziemi, a tak naprawdę poświęcony wszystkim, koncepcji braterstwa. 

Znasz taki rytuał?
Nie znam. Wykorzystam elementy tradycji Dogonów, żeby stworzyć nowy rytuał. Jestem artystą, a nie szamanem.



Karol Sienkiewicz, „Patriota Wszechświata. O Pawle Althamerze”.  Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej, 488 str., w księgarniach od października 2017.Karol Sienkiewicz, „Patriota Wszechświata. O Pawle Althamerze”.  Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej, 488 str., w księgarniach od października 2017.Byłeś w wielu miejscach na świecie, ale „Bródno to twoja ojczyzna”, jak pisze Karol Sienkiewicz? Wiele lat miałeś do Bródna stosunek dość krytyczny.
Dzisiaj mogę powiedzieć, że to moje miejsce. Ale ta trudna miłość wykuwała się z konfliktu, dezaprobaty, dyskomfortu, strachu, uprzedzeń i oczekiwań. Rodzice dostali mieszkanie na piątym piętrze wielkiego bloku, którego nie zdążono nawet otynkować. Miałem 9 lat, opuściłem zaciszną Sadybę z jeziorkiem Czerniakowskim i uliczkami znanymi od dziecka. Dużo czasu z innymi dzieciakami spędzałem na ulicy Zdrojowej, nad rzeką. Może dlatego dzisiaj czuję się jak u siebie w każdej afrykańskiej wiosce, gdzie życie toczy się na ulicy. Miałem na Sadybie szczęśliwe, twórcze i inspirujące dzieciństwo. A potem zostałem wysłany na inną planetę.

Wszystko było złe na tej nowej planecie?
Nie wszystko było złe. Windami można było jeździć w te i z powrotem, wchodzić na dach, który był doskonałym obserwatorium. Doświadczałem fascynującego poczucia nowości, które powoduje, że dostajesz niesamowitego pobudzenia. Była przygoda, ale też sporo rozczarowań.

Co cię rozczarowało?
Na początku byłem tak uprzedzony do Bródna, jak niektórzy mieszkańcy Bródna do przemiany, do nowego, do zaproszenia sąsiadów zwanych obcymi. Byłem takim wyalienowanym, nowym – obcym. Okazało się, że społeczność na Bródnie jest dużo mniej zintegrowana w porównaniu ze społecznością na Sadybie. Tam mogłem odwiedzać swoich przyjaciół w domach, pogadać, zjeść z nimi obiad. A tutaj trafiam na garnizonowy system Le Corbusiera, który polega na umieszczeniu ludzi w termitierach, gdzie z założenia mają odczuwać więź. Le Corbusier nie wziął pod uwagę, że ludzie może by się dostroili do siebie, gdyby razem budowali te bloki i stopniowo się poznawali. Ale oni zostali zasiedleni tzw. sąsiadami w sposób gwałtowny. Jak trafiłem do pracowni Grzegorza Kowalskiego, to byłem już przygotowany na „Obszar wspólny i obszar własny”, bo zmagałem się na co dzień z tym, co to znaczy indywidualność i wspólnota. Dotarło do mnie, że żyję wokół istot nieobecnych, który nie przynależą ani do tego miejsca, ani do tej społeczności.

Akcja „Bródno 2000”, kiedy mieszkańcy wieżowca, gasząc lub włączając światło, stworzyli napis „2000”, spowodowała, że poczuli przynależność?
Niewiele można było zrobić na siłę. To nie byli aktorzy wynajęci do odgrywania sceny, w której robią coś wspólnie. Na planie filmowym wszystko jest pod kontrolą;  tutaj każdy miał wybór, czy ma ochotę wziąć w tym udział. Część odmówiła. Inni uwierzyli, że w tej poszatkowanej rzeczywistości pojawia się wizja doświadczenia wspólnoty.

Udało się?
Udało. Ale i tak zostało to potem skrzywione, bo wskazano mnie jako autora pracy, a nie wszystkich ludzi, którzy wzięli w tym udział. „Bródno 2000” było pierwszą taką wspólnotową akcją, którą została szerzej zauważona. Pamiętajmy, że wtedy byłem chybotliwym, młodym artystą po studiach.

A potem zainicjowałeś inne akcje w „swojej ojczyźnie”, w tym Park Rzeźby na Bródnie.
To jak z ogrodem: posadzenie pierwszej rośliny inspiruje, żeby zasadzić kolejne. Doświadczanie własnych możliwości w obszarze wspólnym daje wielką frajdę.