Jeszcze 2 minuty czytania

Maria Poprzęcka

NA OKO: Serce miłości

Maria Poprzęcka

Maria Poprzęcka

Dobry film o artystach jest rzadkością. Za to złych i bardzo złych znamy co niemiara. Zwykle grzęzną w melodramatach, mękach twórczych, hagiograficzno-martyrologicznej apoteozie. Zawsze jakiś mężczyzna miota się z pędzlem w ręku

Na Instagramie spotkanie dwóch fotosów: Cate Blanchett i Zuzanna Bartoszek. I wpis: „Kochani, do kin wchodzą dwa filmy na podstawie mojego życia – „Manifesto” Juliana Rosefeldta z Cate Blanchett w roli mnie oraz „Serce miłości” w reżyserii Łukasza Rondudy z Justyną Wasilewską w roli mnie. Zapraszam na seanse! #hehe #mindfuck #halftruth”.

Post ma 929 polubień i 31 komentarzy. Ktoś nie pojął „mindfucku” i mozolnie wyjaśnia, że „z całym szacunkiem, ale Manifesto nie jest filmem na podstawie Pani życia. To film o manifestach artystycznych różnych epok… itd”. Ktoś inny podważa podobieństwo Blanchett i Bartoszek, bo skąd te wygolone brwi, „ci cholerni Amerykanie muszą wszystko spieprzyć…”. Hehe, udało się kogoś nabrać.

Zestawione przez Bartoszek fotosy rzeczywiscie są podobne – oba prezentują blade twarze idealnie zamaskowane makeupem, w otoku czarnych, eleganckich turbanów. Nic nie szkodzi, że Blanchett jest starsza. Szkoda tylko, że Bartoszek nie jest – tak jak aktorka – hieratycznie ujęta en face. Wrażenie byłoby jeszcze lepsze. Z żartu, świetnie podbierającego styl kinowego promo, wyłania się jednak coś poważnego – oto mamy jednocześnie na ekranach (oczywiście nie multipleksów) dwa niezwykłe filmy o sztuce i artystach. Właśnie „Manifesto” i „Serce miłości”.

Dobry film o artystach jest rzadkością. Za to złych i bardzo złych znamy co niemiara. Zwykle grzęzną w melodramatach, mękach twórczych, hagiograficzno-martyrologicznej apoteozie. Zawsze jakiś mężczyzna miota się z pędzlem w ręku. Stare toposy biograficzne ciążą nawet na twórcach tej miary co Andrzej Wajda, który Strzemińskiego ukazał jako świętego męczennika oddającego życie za swoją wiarę/sztukę. Jeszcze trudniejszą materią są artystyczne pary, uruchamiające cały repertuar stereotypowych konfliktów męsko-damskich, nasilonych erotyczno-artystyczną eksploatacją i rywalizacją. Klasyczny przykład – „Picasso – twórca i niszczyciel”. Nawet pary tak twórczo partnerskie, jak Strzemiński i Katarzyna Kobro, jako temat filmowy są ryzykowne. Wspomniany Andrzej Wajda wyeliminował Kobro z „Powidoków” całkowicie świadom, że nabrzmiały małżeński konflikt rozsadziłby film, który miał mówić o czym innym – o heroicznej postawie niszczonego przez polityczny reżim artysty.

Bohaterowie filmu Łukasza Rondudy – Zuzanna Bartoszek i Wojciech Bąkowski – są artystyczną parą z długim stażem, ekscentryczną atrakcją warszawskiego art worldu. Oboje są artystami multimedialnymi – on jest muzykiem, wykonawcą, poetą, performerem, ona – pisze, performuje, rysuje, mnoży instagramowe wizerunki. Oboje są fizycznie podobni i starannie owo podobieństwo pielęgnują. On łysy, ona na skutek choroby bezwłosa. Obnoszący kształtne czaszki, bladzi, w czerni. Wszystko przemieniający w sztukę – własny wygląd, ruchy, ubrania, rytualizowane codzienne czynności. Są produktem wielkomiejskim. Ich naturalnym środowiskiem jest warszawski City Shopping – galeria handlowa z jej transparentnością, sztucznym światłem, lśnieniem, refleksami, anonimową ludzką masą, kakafonią odgłosów, przypadkowymi kadrami spojrzeń. Wszystko może stać się tworzywem sztuki. Równie dobrze mantra automatycznej sekretarki jak łomot własnego walenia głową o ścianę czy cudzy sen.

Film jest nieklasyfikowalny, urzekający wizualnie (operator Łukasz Gutt). Jest reżyserowany przez krytyka i kuratora sztuki, stąd jego nasycenie czerpanymi zewsząd obrazami. Łyse czaszki, pustka stylizowanych kadrów jest zapożyczeniem z futurystycznej dystopii Georga Lucasa „THX1138, uwodząca kocica – kostiumem z „Batmana” Tima Burtona (dziękuję Michałowi Oleszczykowi za te podpowiedzi). Ale obok science fiction mamy Warhola, Hoppera, fotorealizm szklanych odbić Estesa, czarno-biały minimalizm zderzany z pulsującymi barwnym chaosem scenami z crossdresingowych klubów.

„Serce miłości” nie tylko pokazuje osobliwy duet artystyczny. I nie tylko mówi o narcystycznej miłości, która jak wiadomo szczęścia nie daje. Niektórych irytuje i nudzi, recenzenci wszakże zgodnie podkreślają jego niekonwencjonalność. Jednoicześnie ten film, dziwny jak jego bohaterowie, odsłania wiele perspektyw, nie tylko opacznych wobec zużytych biograficznych konwencji. I pokazuje nie tylko „sceny z życia cyganerii”, zawsze intrygujące profanów.

Łukasz Ronduda ma już na swoim koncie film o artyście – „Performera” o Oskarze Dawickim. Ale tam Dawicki grał samego siebie. „Serce miłości” miało mieć bardziej „fabularny” charakter. Role artystów powierzono aktorom – Jackowi Poniedziałkowi i Justynie Wasilewskiej. Pokoleniowa różnica wieku między nimi (w rzeczywistości istniejąca, ale nie tak duża) uwypukliła pigamalionowy wątek historii. Młoda dziewczyna o artystycznych aspiracjach jest w dużej mierze kształtowana przez starszego partnera o ustalonej pozycji. On jest mistrzem, a ona nawet nie uczennicą, lecz jego artystycznym tworzywem, co zostaje wykrzyczane w jednej z kłótni. Bąkowski/Poniedziałek pozwala „seksiarsko” zrobionej partnerce wyszaleć się w nocnych klubach. Ile w tym obyczajowego liberalizmu, a ile tatusiowego pobłażania: „niech się dziecko bawi”? Może dziko zazdrosna Bartoszek wolałaby być przedmiotem zazdrości, a nie paternalistycznej tolerancji? Z domowych awantur, nawet krwawych, wyłania się dalszy ciąg mitu Pigmaliona – Galatea się emancypuje. Chce być sobą, a nie czyimś artefaktem. Nawet powstałym z miłości.

Toteż relacja między parą artystów jest niezamierzoną psychomachią. Jak wszystko tu przewrotną i niejednoznaczną. On pozwala jej na erotyczne eskapady, ale malując jej wyjściowy makijaż, kładzie na twarzy swój pieczętny znak własności. Z jego sygnaturą jej twarz staje się jego sztuką. Są parą Narcyzów, którzy przeglądają się w sobie nawzajem, w łudzącej grze odbić i iluzji. Ale mit, jak wiadomo, mówi nie tyle o samouwielbieniu, ile o niemożności zaspokojenia pożądania, gdyż powielający nas obiekt zawsze umyka. W „Sercu miłości” ona przegląda się i sprawdza w jego oczach, kiedy indziej jednak nie chce pozostać tylko odbiciem i wściekle broni swojej osobności. A już na pewno nie pozwoli kraść sobie snów, czegoś najbardziej własnego i intymnego. Ona też zrywa związek.

Kto w tej rywalizacji będzie górą jako artysta? W końcowej scenie filmu Bąkowski/Poniedziałek wykonuje swój (autentyczny, z 2009 roku) performans „Odkochiwanie się”. Perfidnemu unicestwieniu zostają poddane pospolite pamiątki po „byłych”: dezodorant Ani, magnetofon Karoliny, budzik Aldony, wreszcie też podarowana przez Zuzannę zabawka dla chłopca – zdalnie kierowane BMW. Ona, wmieszana w grupę widzów, roni łzę. Czyżbyśmy lądowali w sentymentalnym zakończeniu, w konwencji rzewnego końca niespełnionej, zmarnowanej miłości? A może to łza zawistnego żalu, że on nawet z ich rozstania zrobi sztukę?

Całkowicie współczesny film dotyka zatem bardzo dawnych wątków artystycznej biografiki – relacji mistrz-uczeń, rywalizacji, twórczej i niszczycielskiej siły miłości. Świadczy to o ponadczasowości tych toposów, bynajmniej niczego nie ujmując niezwykłości obrazu Rondudy czy sztuki duetu Bąkowski/Bartoszek. Dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, film jest perfekcyjnie „sztuczny”, zgodnie zresztą ze sztuką i życiem jego bohaterów. Kreacja i autokreacja splatają się tu nierozdzielnie, sztuczność nawarstwia się i spiętrza. Bąkowski i Bartoszek grają swoje życie, grają wobec samych siebie i wobec siebie nawzajem. W filmie grają ich aktorzy, tak doskonali w swoich wcieleniach, iż można podejrzewać, że Jacek Poniedziałek jest lepszym Bąkowskim niż sam Bąkowski, a Justyna Wasilewska lepszą Bartoszek niż sama Bartoszek. Są lepsi, nie dlatego, że bardziej przekonujący. Przeciwnie – jeszcze bardziej sztuczni, bardziej kunsztowni, nieprawdziwi. Negacja rzeczywistości, wyrafinowanie, opaczność, chore piękno, wyszukana kreacyjność zacierająca granice życie/sztuka – tyleż w tym filmie współczesności, futurologii, co dekadencji, nieodmiennie towarzyszącej epokom schyłku.