dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Luty 2012

76 2012

Marzec 2012

77 2012

78 2012

79 2012

Kwiecień 2012

80 2012

81 2012

Maj 2012

82 2012

W poszukiwaniu rosyjskiej duszy.
Notatki z Moskwy

Produkty uboczne Tomasz Kireńczuk

Rosyjscy towarzysze pilnują obyczajów spożywania alkoholu: przy każdym toaście domagają się dotykającego najgłębszych pokładów duszy spojrzenia

„W Rosji z założenia nie ma ani jednego człowieka uczciwego“ – pisał Wiktor Jerofiejew. I kontynuował: „Oto, na czym trzeba budować wspólne życie. To podstawa kołchozu. Rosja składa się z potulnych ludzi zdolnych do wszystkiego“. Przed dziewiczą podróżą na wschód, i to od razu do Moskwy, postanowiłem odświeżyć sobie „Encyklopedię duszy rosyjskiej”. Przy ponownej lekturze ta jedna z moich ulubionych rosyjskich powieści wydała mi się nazbyt radykalna, skrajnie krytyczna, i przede wszystkim zbyt mocno odnosząca się do okresu w dziejach współczesnej Rosji, w którym powstawała. I choć jej lektura ponownie wprawiła mnie w stan pomiędzy nieopanowanym rozbawieniem a przygnębiającym przerażeniem, widziałem w niej tylko (i aż) kawał znakomitej literatury. Na kilka dni przed wyjazdem do Moskwy nie spodziewałem się, że za chwilę sam doświadczę sytuacji żywcem wyjętych z prozy Jerofiejewa.

Moskwa I, fot. Dominik NowakLekcja obyczaju nr 1: z perspektywy oka
Na zasłanym białym obrusem stole pojawia się pięć butelek wódki Putinka (rosyjski przemysł alkoholowy lepiej odzwierciedla obowiązujący w kraju podział władzy, niż umowny charakter sprawowanych urzędów), śledzie w cebuli, ziemniaki w zalewie i grillowana baranina. Przy stole dwóch kelnerów w przypominających fraki uniformach. Ich czujna asysta uniemożliwia dotknięcie butelki, znacznie też ogranicza tempo spożywania wieczerzy. Z upływem czasu, polskie (w liczbie pięciu) i rosyjskie (w liczbie dwóch) dusze coraz łatwiej znajdują wspólny, przełamujący ograniczenia polskiej i rosyjskiej mowy, język. Wśród brzęków tłuczonego szkła, uderzeń noży, widelców, szklanek i – rzecz jasna – kieliszków dają się słyszeć biesiadne deklaracje o bardzo zróżnicowanym kalibrze: „Ty moj brat“, „Ja nie gawarju ruskim jezykom, no u mienia ruskaja dusza“, „Ja znaju oczim haraszo waszu literaturu“, „Ty znajesz Sorokina? Jerofiejewa? Ty nie ljubisz ich? Spakojno, eta tolka literatura“.

Rosyjscy towarzysze z godną pochwały konsekwencją pilnują obowiązujących obyczajów spożywania alkoholu. Przy każdym toaście domagają się spojrzenia w oczy; nie przelotnego, lekceważącego zerknięcia, ale przyjacielskiego, dotykającego najgłębszych pokładów duszy spojrzenia, które jest w stanie na chwilę zaburzyć rytm knajpianego spotkania. Po trzeciej butelce Putinki upływający czas odmierzają już tylko stawiane z coraz większym trudem kroki, a największe pokłady energii zdają się tkwić w wypływających z portfela rublach. Wieczorny spacer po Moskwie przemienia się w poranny przemarsz. Moskiewscy przewodnicy w każdym kolejnym miejscu pilnują wódczanego rytuału: „Ty nie smotrisz mnie w glaza, ja nie piju z taboj“. Ta konsekwencja wbrew okolicznościom budzi coraz większy szacunek. I chociaż toasty trwają coraz dłużej, a przyjacielskie spojrzenia rozmijają się, to próby doprowadzenia do ich spotkania w połowie drogi nadal są podejmowane. Rytuał pozostaje niezmienny: „Smatri w glaza“. „W glaza“. „Glaza“. Te trzy słowa brzmią głośniej niż muzyka, wśród której, obok zachodniego popu, od czasu do czasu rozpoznaję dyskotekowe remaki rosyjskich pieśni ludowych. „Smatri w glaza”. Zdanie to żyje już własnym życiem: powtarzane po wielokroć brzmi jak mantra, a dźwięczność budujących je sylab sprawia, że wyzwolone spod dominacji umysłu ciało, zaczyna się poruszać w rytm słów „s m a t r i – w – g l a z a”. Muzyki nie ma. Jest tylko to zdanie. „Smatri w glaza”.

Problem w tym, że oczy nie widzą już niczego; z utęsknieniem wpatrzone są w drzwi podjeżdżającej taksówki. Umęczone, ale szczęśliwe, wypatrują bramy Domu Aktora Weterana Kina, miejsca, w którym udadzą się na zasłużony odpoczynek. Przed snem słyszę jeszcze deklarację kolegi (którego nie widzę): „Wot my propili ruskich“. I choć to, co usta wypowiedziały, może i było prawdą, nijak nie wiadomo, jak skomentować to, czego nie ujrzały wpatrzone w głębokie pokłady rosyjskiej duszy oczy: w trakcie radosnego wieczoru z naszych portfeli zniknęły ruble, z toreb telefony, z marynarki kamera, z nadgarstków zegarki. Być może warto zapamiętać, że patrzenie w oczy nie wyklucza trzymania rąk na kieszeniach...

Moskwa II, fot. Dominik NowakLekcja obyczaju nr 2: z perspektywy innostranca
Poranek jest trudny. Dwie godziny snu to zbyt mało, aby przywrócić umysł do stanu trzeźwości. Dane zebrane przez pięciu uczestników zdarzeń wzajemnie się wykluczają, i to pomimo tego, że największy dystans, jaki (nie)pamiętnego wieczora nas od siebie dzielił, to dystans stołu, względnie baru, względnie parkietu (szybko zauważamy brak zgodności co do profilu oraz kubatury odwiedzanych miejsc). Jedno jest pewne: nie mamy pieniędzy, telefonów, kamery. Nie wiemy też, która jest godzina. I wbrew zapamiętanej przeze mnie deklaracji, wcale nie przepiliśmy Ruskich. Patrzymy sobie głęboko w oczy. Nie znajdujemy tam żadnych tropów. Intensywnie poszukiwana w spojrzeniach dusza, obecnie znajduje się w stanie fermentacji.

Wezwanie milicji, budzi w Domu Aktora Weterana Kina niepokój. Odwiedzają nas kolejno: ochroniarz, który nie ma pozwolenia na noszenie munduru, pracująca nielegalnie kucharka oraz właścicielka baru, która sprzedaje alkohol mimo braku koncesji. „Szto? Eta dom aktiora bez alkohola?“ – mówi porozumiewawczo, jakby próbując wybielić swoje ciemne interesy. „Dwie tysiacji dolarow? Możet dwiesti?“ – dopytuje się o wartość skradzionych rzeczy jeden z przybyłych milicjantów. Wobec prezentowanego przez nas przekonania o biegłej znajomości rosyjskich liczebników, poddaje się i dekretuje ze swoim kolegą konieczność wezwania brygady kryminalnej. „Dielo ocim sjeriezno“ – mówią, sprawiając nam tym niekłamaną radość. W Domu Aktora Weterana Kina panuje chaos. Na naszym stole ląduje talerz wędlin i kawa parzona (wcześniej wyłącznie mleczne kaszki i kawa rozpuszczalna). Tylko nigdzie nie można dostać zimnej wody; właścicielka hotelowego baru na wszelki wypadek zamknęła interes, aby nie pokazywać się na oczy milicji. Utargu i tak by nie miała. Na wieść o przyjeździe brygady kryminalnej wszyscy zaszyli się w swoich pokojach.

Moskwa IV, fot. Dominik NowakBrygada kryminalna składa się z pięciu funkcjonariuszy: kamienne twarze, karcące, pozbawione zrozumienia spojrzenia oraz kostyczność gestów pozwalają podejrzewać, że zajmująca się naszą sprawą ekipa, została wyselekcjonowana przez tę samą agencję, która produkuje seriale detektywistyczne dla jednej z polskich stacji telewizyjnych. Jedyna różnica polega na tym, że prawdziwi kryminalni dysponują gorszym sprzętem. Widok milicyjnych tajniaków wprowadza nas w stan podwyższonej ekscytacji, dzięki czemu stracone przedmioty znikają z obszaru zainteresowania. Liczy się tylko śledztwo! Chęć bycia przesłuchanym zdecydowanie przeważa nad przydatnością posiadanych informacji. „Gdie byl wasz mobilnyj tielefon?“ „Ja nie znaju!“ „Gdie byla wasza kamera?“ „Ja zabyl?“ „O katoryj czasu pa pasliednij raz wy platili waszymi diengami?“ „My nie znajem.“ „Kak zwalsja restaran, w katorom wy jeli?“ „My nie znajem. Eta byla 5 minut pieszkom iz teatra.“ „Kuda patom wy paszli?“ „Patancewać.“ „Kak zawietsja mesto?“ „My nie znajem.“ „W katorym rejonie?“ „My nie znajem.“

Zeznania, dotyczące potencjalnych złodziei, również nie grzeszą precyzją. Wynika z nich np., że jeden z nich ma 20 albo 40 lat, jest niskim albo wysokim, ale na pewno szczupłym brunetem, bądź blondynem pochodzącym z Moskwy lub z Gruzji. W efekcie nagłego i zaskakującego przypływu wiedzy, informujemy milicjanta, że miał on na imię Tiger, a wobec rysującego się na jego twarzy zdziwienia, tym niecodziennym rosyjskim imieniem, dopełniamy opis stwierdzeniem, że „Tiger znaczyt Lion“. Nie zmienia to naszego położenia.

Jeden z milicjantów podaje mi czystą kartkę, prosząc o jej podpisanie. „Idio ot ottiskiwaniah palcew snjatych iz twajewo bumażnika“ – tłumaczy. W przeciwieństwie do polskich kolegów stwierdzenie, że owej kartki nie podpiszę, bo „my w Polszy znajem waszi metody oczim haraszo“, zupełnie go nie bawi. Milicjant uśmiecha się po raz pierwszy, kiedy pytam go o wodę mineralną, deklarując od razu, że „jesli ty mnie dajesz stakan wady, to ja padpiszu wsio“. Przypominam sobie Jerofiejewa, który pisał o powszechnej w Rosji niechęci do „przechodzenia w niemoralny stan trzeźwości“. To wspólnie przez nas dzielone doświadczenie, pozwala na chwilę utkać nić wzajemnego zrozumienia. Dostaję butelkę wody. Podpisuję. Jedziemy na komisariat.

Moskwa V, fot. Dominik NowakW drzwiach Domu Aktora Weterana Kina zatrzymuje nas starsza kobieta, która przysłuchiwała się rodzącej się w bólach rekonstrukcji zdarzeń. Po chwili wahania pyta: „Paczemu wy poszli z Ruskimi? Innastraniec nikagda nie palżen pić z Ruskimi. Objeriet. Iznasilujet. Ubijut“. Na tłumaczenia, że „my nie znajem“, że „my dumali, szto oni druzja, Maskwe pakażyt“, „szto my paznajem lokalnyje obyczai“ spogląda na nas głęboko osadzonymi oczyma, w których skrywa się tajemna wiedza o Moskwie, poczym przytuliwszy nas do siebie mówi: „Lubimyje dieti. Nie imiejetsja szto pierienimać. Każdyj dielajet etu samuju aszybku kak jestie pierwyj raz w Rasiji. Wtarowo raza nie budzie“.

Naród
Większość prowadzonych przeze mnie w Moskwie rozmów towarzyskich prędzej czy później schodziła na temat wódki, której zdaniem moich rozmówców w Rosji się już nie pije. „Wadka eta alkohol praszlawa. Sjewodnia w Rasiji pijutsjka uże tolka utoncziennie alkoholi“ – poinformowała mnie pewna młoda rosyjska aktorka, dodając po chwili, że w Rosji „wódka wyszła z mody“. I chociaż z prowadzonych przeze mnie obserwacji uczestniczących jasno wynikało, że to raczej rosyjska moda wyszła z wódki, nie chciałem oponować. Wrogie spojrzenia, na jakie natrafiałem w trakcie podróży metrem, dały mi jasno do zrozumienia, że każdy powinien znać tutaj swoje miejsce (wiedzą o tym zresztą rosyjscy przestępcy, którzy, nie chcąc podszywać się pod zwykłych obywateli, poruszają się po mieście czarnymi limuzynami, łatwe do rozpoznania po braku tablic rejestracyjnych). Informacje na temat rosyjskiego (nie)picia wódki postanowiłem sprawdzić w osiedlowym supermarkecie, w którym półki uginały się od kryształowych butelek wypełnionych (nie)spożywanym przez Rosjan alkoholem. Skoro zatem cały, wypełniony flaszkami sklep służy zaspokajaniu potrzeb obcokrajowców, bez zbędnego zażenowania poprosiłem o butelkę dobrej rosyjskiej wódki. Widząc, że ekspedientka zmierza po drabinkę (wódczane półki uginały się nie tylko wzdłuż i wszerz, ale także wzwyż), doprecyzowałem moją prośbę mówiąc, że nie chodzi mi o najdroższą wódkę, ale o wódkę prawdziwie rosyjską, popularną, taką wódkę, po której zrozumiem Rosjan. Kobieta spojrzała na mnie podejrzliwie, po czym krzyknęła: „Tamara, ty znajesz szto naród bieri dla siebia?“. Dopiero w supermarkecie zrozumiałem, że Rosja i Naród to połówka i połówka, które niekoniecznie składają się w koherentną całość.

Lekcja obyczaju numer 3: perspektywa kraty
Na pierwszym planie komisariatu moskiewskiej milicji kryminalnej znajduje się niewielka metalowa klatka. W metalowej klatce zamknięta jest ubrana na czarno kobieta oraz odziany w ortalionowy dresik mężczyzna (klatka to element stałej ekspozycji, jej zawartość ma charakter tymczasowy). Ich niewyjściowe stroje sugerują, że zostali przewiezieni prosto z domowej libacji. W przekonaniu o słuszności tego skojarzenia, upewnia mnie wszechobecny na komisariacie słodki zapach taniego wina. Zamknięta w klatce kobieta ożywia się tylko wtedy, gdy ktoś obdarza ją zainteresowaniem. Podchodzi do krat, których się mocno chwyta. W ruchach jest precyzyjna, jej gesty wydają się być zaprogramowane, mają wywołać zaplanowane przez nią wrażenie. Po chwili człowiek zaczyna wierzyć, że kraty trzyma się nie dlatego, że ma problemy z utrzymaniem równowagi. Skąd ta precyzja ruchów? Jak dowiaduję się w rozmowie z milicjantem, pani Olga jest stałą bywalczynią moskiewskich komisariatów. Być może dlatego jej krzyki nie robią na nikim wrażenia. Na nikim poza polskimi gośćmi, wizytującymi komisariat w prywatnej sprawie. „Wałodia, Wałodia, wypustitie mienia, Wałodia“. Krzyk nie ustaje aż do momentu, w którym opuszczamy komisariat. Ta świecko-posterunkowa litania do niezidentyfikowanego Wałodii Wyzwoliciela wzbogacana bywa czasem prośbami o kubek wody. I znów pragnienie stać się mogło źródłem porozumienia; niestety, rosyjscy milicjanci, którzy obcokrajowców otoczyli opieką, na krzyki zamkniętej w celi rodaczki pozostają ostentacyjnie obojętni.

Skupiona na swoich okrzykach kobieta, wykazuje zainteresowanie grupą obcokrajowców. Porzuciwszy wiarę w to, że wzywany od dłuższego już czasu Wałodia kiedykolwiek przybędzie, Olga postanawia swoją walkę o wolność przerzucić na nas. Kiedy zgromadzeni na posterunku milicjanci po raz pierwszy słyszą okrzyk: „Poliaki. Oswaboditie mienia“, wydają się być zadowoleni z tego chwilowego przełamania Olgowej rutyny. Efekt nowości nie działa jednak długo. Po złożeniu zeznań, stworzeniu portretu pamięciowego „naszego“ złodzieja, podpisaniu protokołów i wykonaniu innych rozlicznych czynności śledczych, których ani sensu, ani znaczenia nie zdołaliśmy zrozumieć, opuszczamy komisariat. Schodząc po schodach słyszymy dobrze już poznany głos uwięzionej kobiety. Po komisariacie niesie się okrzyk: „Poliaki, wyzwolitie mienia“. Zważywszy na to, że pojawiliśmy się w Moskwie na kilka dni przed hucznie obchodzonym w Rosji świętem wypędzenia Polaków z Kremla, okrzyki Olgi brzmią jak protest-song. I choć po powrocie z Moskwy nie mogłem wyzbyć się z pamięci ciągle powracającego zdania „Smatri w glaza”, to coraz częściej ostatnio słyszę dochodzące zza krat zaproszenie Olgi, która krzyknęła na odchodnym: „Da swidania Poliaki, prijezżajtie w Maskwu“. Z zaproszenia zapewne skorzystam, bo cóż można powiedzieć o rosyjskiej duszy, jeśli się jej szukało po niewłaściwej stronie więziennej kraty.

Tomasz Kireńczuk, ur. 1983, krytyk teatralny, kierownik literacki w krakowskim Teatrze Nowym, wielbiciel Rzymu. Opublikował książkę „Od sztuki w działaniu do działania w sztuce. Filippo Tommaso Marinetti i teatr włoskich futurystów” (2008).

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu, prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

Produkty uboczne

Przejazdem

Inna Łapińska

Produkty uboczne

Gatrakeba. Obrazki z Gruzji

Anka Herbut

Rozmowy

PRZED EUROPEJSKIM KONGRESEM KULTURY:
XVII Debata Tischnerowska
„Rosja, Polska i wojna”

Film

ROSJA:
Przymarznięta kałuża błota

Jakub Socha

Rozmowy

ROSJA:
Historia jest ciekawsza niż bajki

Timothy Snyder

Literatura

Tokarczuk jak Agatha Christie

Eliza Szybowicz

Fikcje

NOWE LEGENDY MIEJSKIE (1):
Kraków i smoki

Literatura

LITERATURA OD KUCHNI: Kuchnia świąteczna i literacka

Rozmowa z Marią Iwaszkiewicz

Figle

POLSKO-NIDERLANDZKA MARTWA NATURA Z PIEROGIEM!!!!*

PUDELIT

Produkty uboczne

Żądza końca

Adam Kruk

Film

„Avatar”
– reelekcja króla Camerona?

Michał Walkiewicz

Literatura

Rozbić bajkę

Rozmowa z Anną Marchewką

Felietony

NA OKO: Śnieg

Maria Poprzęcka

Teatr

Panopticum Blanche DuBois

Tomasz Kireńczuk

Teatr

Chłodne panny

Tomasz Kireńczuk

Teatr

Sztuka zadawania pytań

Tomasz Kireńczuk

Teatr

Przycinanie paznokci

Tomasz Kireńczuk

Teatr

„Disneyland”. reż. Jarosław Tumidajski

Tomasz Kireńczuk

Produkty uboczne

Jedzenie jako przedstawienie.
Notatki z Rzymu

Tomasz Kireńczuk

Teatr

Zobaczyć Neapol,
zrozumieć Neapol

Tomasz Kireńczuk

Teatr

Sceniczne pisanie ciałem

Tomasz Kireńczuk

Produkty uboczne

Futuryzm. Możliwości

Tomasz Kireńczuk