Swędzenie

5 minut czytania

/ Film

Swędzenie

Klara Cykorz

„Atak paniki” jest pełen slapsticku. Jest to slapstick emocjonalny

Jeszcze 1 minuta czytania

Na początku mamy mózg na ścianieczołówka filmu leci sobie na tle zakrwawionej ściany, upstrzonej grudkami i strzępkami ludzkiej tkanki. Nie da się tego spacyfikować czarnym humorem spod znaku fruwającej ręki czy nogi, bo mózg nie jest anonimowy, akt rozbryzgania poprzedziła scena parodii (tak wiernej, że bliskiej pastiszu) pewnej bardzo słynnej audycji radiowej, której prowadzącego nie wymienię z nazwiska, ponieważ mnie to jednak odrobinę krępuje. (Tak, prowadzący ten nie żyje; tak, popełnił samobójstwo). Przysłowiowym trzęsieniem ziemi jest więc w „Ataku paniki” konsternacja. To przestroga: uwaga, „Atak paniki” będzie filmem humoru nieodpowiedniego. Nieodpowiedni nie oznacza tu oczywiście wyśmiewania słabszych (z wyjątkiem bardzo otyłego i bardzo gadatliwego wiedeńczyka o bardzo słabym sercu) czy pełnego samozadowolenia rechotania z PiS-u (tu wyjątków, na szczęście, nie odnotowano). Nie ma też zbyt dużo żartów fizjologicznych, nie licząc trawy, dilda pod łóżkiem i spermy z jogurtu; nie jest to film ludyczny. Śmieszność ciał klasy średniej – a jest film Maślony filmem o klasie średniej tak bardzo, że bardziej się nie da – to czoło opalone w Hurghadzie na kolor pomidora malinowego. Nie jest to zesztą zarzut. „Atak paniki” jest pełen slapsticku. Po prostu jest to slapstick emocjonalny.

„Atak paniki”, reż. Paweł Maślona, Polska 2017, w kinach d 19 stycznia 2018„Atak paniki”, reż. Paweł Maślona, Polska 2017, w kinach d 19 stycznia 2018Bohaterów pozornie niezwiązanych ze sobą epizodów podglądamy w chwilach najgorszych. Nie tragicznych ani jakkolwiek wzniośle „istotnych” – cała trudność, będąca zarazem źródłem humoru, bierze się z ich upokarzającej śmieszności. „Atak paniki” przyłapuje swoich bohaterów w małości i zażenowaniu. Akcję i gagi nakręca a to wstyd, a to nieprzystawalność rzeczywistości do odczuwanej frustracji; jest częściej o tym, że coś kogoś potwornie swędzi, aniżeli po prostu boli. Jest tu mnóstwo głupiego strachu, który nie pozwala na przyzwoitość ani (jakkolwiek ją definiować) – normalność.

Wszyscy są tu przez kogoś, coś, groteskowo zdominowani. Pracownik przez szefa. Matka przez dorosłego syna. Syn przez anonimowy głos w telefonie. Była dziewczyna samobójcy przez troskliwe przyjaciółki. Panna młoda przez altmedowy kontent. Upalone nastolatki przez ciekawostki z internetu. Tak różne relacje – od rodzinnych ciężarów po, być może pierwszego w życiu, bad tripa – przyjmują podobnie komediową formę, co oznacza mniej więcej, że nie ma z tego koła upokorzeń wyjścia, żaden poważny dyskurs się nimi nie zajmie. Zamiast relacji władzy – smutek, niezręczność i zażenowanie. Część bohaterów ma zresztą świadomość tej nieadekwatności, i w niczym im to nie pomaga, jedynie nakręca spiralę winy i wstydu. Bohaterowie „Ataku paniki” są mali. Mali w swojej bezbronności lub mali po prostu w swoich głowach i czynach. Ale jakimś cudem sadomasochistycznemu trio Kotschedoff – Pisula – Maślona (dwoje scenarzystów plus reżyser scenarzysta) udaje się trzymać stronę swoich bohaterów. Jest tu empatia wobec żałości. I prawo do uczuć niewłaściwych: jak w przypadku kobiety, od której zatroskane przyjaciółki oczekują żałoby po chłopaku z liceum, chłopaku, którego ona prawie nie pamięta i opłakiwać wcale nie ma zamiaru.

Ulubienicą jury gdyńskiego została Magdalena Popławska, nagrodzona na festiwalu za najlepszą rolę drugoplanową; mój nos twierdzi, że zostanie faworytką także szerszej publiczności. Popławska gra tu pisarkę powieści kryminalnych albo sensacyjnych, która kompulsywnie zagaduje swój pozwiązkowy smutek. To jedyny ciężar, jaki czułam, wychodząc z kina w, pora to wyznać, lekkim rozczarowaniu filmem. Napięcie rosło w dość śmiesznej sprawie, tak sobie myślałam. Rozumiałam i nie czułam; popis debiutanckiej sprawności nie udźwignął ciężaru (tragizmu?) opowiadanej katastrofy komunikacyjnej. Tylko nerwica (po)miłosna gadatliwej pisarki wznosiła się nad te wszystkie świetnie głupie żarty ukłuciami czystego bólu. Z czasem jednak i to wrażenie zanikło, jakby filmowe puzzle zrosły mi się w głowie, układając w bardzo logiczną i stopniowalną gamę nastrojów, na które finałowy splot nie miał już wpływu.

Oczywiście „Atak paniki” poradzi sobie i bez mojego zachwytu. To doskonała robota – film o świecie, który się idiotycznie wykoleja, troszeczkę nie zazębia, nie skleja, ale w którym narracyjnie, technicznie nic się nie zacina. Montaż ma tu grację i płynność rodem z „Nie lubię poniedziałku”. Wszystkie głupie żarty są tu na swoim miejscu i będzie się nimi mówić. Za czas jakiś, oczywiście; kiedy już „Atak paniki” odnajdzie swoje prawdziwe przeznaczenie, to znaczy stanie się filmem świątecznym, rodzinnym i po prostu zadomowi się pod polskimi strzechami.

Cykl tekstów współfinansowany przez:

PISF