Naturalne predyspozycje do smażenia kotletów
fot. Katarzyna Kalinowska

17 minut czytania

/ Sztuka

Naturalne predyspozycje do smażenia kotletów

Maciej Piasecki

Chociaż obrona Eufemii zakończyła się fiaskiem, a projekt powołania specjalistki ds. równego traktowania nie rokuje, to studentki i studenci nie poddają się. Pracują właśnie nad nową edycją przewodnika, który przedstawi dzieje warszawskiej ASP w formie herstory

Jeszcze 4 minuty czytania

„Żądamy specjalistki ds. równouprawnienia na ASP” – brzmiało hasło na transparencie, z którym 3 października ub. roku studenci i studentki warszawskiej Akademii wyszli przed bramę uczelni, dołączając do obchodów pierwszej rocznicy Czarnego Protestu. Chcieli pokazać, jak niewiele się zmieniło od czasu, gdy dwa lata temu Fundacja Katarzyny Kozyry opublikowała raport z badań „Marne szanse na awanse”, wskazujący na szowinizm, dysproporcje w zatrudnieniu czy wręcz przypadki molestowania w murach szkoły.

Badanie pokazało, że na państwowych uczelniach plastycznych kobiety stanowią większość studiujących (77% w 2015 r.), jednak wśród kadry te proporcje są odwrócone – 65% pracowników naukowych to mężczyźni. Warszawska ASP, obok poznańskiej, stanowiła najmniej chlubny przykład tej dysproporcji. Z anonimowych wywiadów ze studentkami, które przeprowadziły autorki badania, wyłaniał się przerażający obraz, w którym profesorowie twierdzą, że „kobieta nigdy nie będzie prawdziwym artystą, bo jej biologia na to nie pozwoli”, a „kobiety po ASP są do garów i rodzenia dzieci”. Jedna z kobiet stwierdziła, że „parę koleżanek miało taką sytuację, że pouciekały z pracowni” ze względu na molestowanie.

„Nie sądziliśmy, że to przyniesie efekt, to miał być symboliczny gest” – mówi uczestniczka protestu, Adelina Cimochowicz, słuchaczka na wydziale sztuki mediów i laureatka nagrody „Młode Wilki”  dla najzdolniejszych studentów uczelni artystycznych. Po zakończeniu protestu studenci złożyli list adresowany do rektora uczelni, prof. Adama Myjaka, w którym przedstawili oczekiwania wobec nowego urzędu, wzorowane na podobnym działającym już na Uniwersytecie Warszawskim. Czytamy w nim, że ASP „nie może być miejscem dyskryminacji ze względu na płeć oraz nierówności w dostępie do zawodu nauczyciela akademickiego”. „Plan był taki, że będziemy pod nim zbierać podpisy do skutku, aż rektor nas wysłucha” – tłumaczy Adelina.

Szanse zdawały się niewielkie, szczególnie że rektor ignorował wcześniej apele w obronie klubu Eufemia, zajmującego podziemia budynku rektoratu. Eufemia, patronując przez kilka lat niekomercyjnym wydarzeniom muzycznym, zapewniając przestrzeń do nieformalnych dyskusji o sztuce oraz oferując tanie obiady ze słynnym kotletem z sera na czele, zbudowała wokół siebie całe środowisko. Nic dziwnego, że petycję w obronie miejsca podpisało prawie dwa tysiące osób. Z odzewem nie spotkał się również osobny list wskazujący Eufemię jako „miejsce jedyne w swoim rodzaju w Warszawie”, podpisany przez kilkudziesięciu polskich artystów i przedstawicieli instytucji kultury.

Anna Okrasko, „Malarki – żony dla malarzy”, 2003, wystawa na korytarzu warszawskiej ASP

Jednak w sprawie specjalistki prof. Adam Myjak, wieloletni rektor ASP, niespodziewanie przychylił się do postulatów studenckiego protestu i przekazał wniosek do dalszych konsultacji w senacie, drugim najważniejszym ośrodku decyzyjnym uczelni. Wyglądało to na demokratyczną zmianę w relacjach władze–studenci. Bo choć postulat powołania nowego urzędu może wydawać się mało istotnym, wewnętrznym detalem, to stanowi ważny przełom w trwającej od lat walce z mizoginizmem na krajowych uczelniach artystycznych.  Za jej symboliczny początek możemy uznać wystawę Anny Okrasko „Malarki – żony dla malarzy” (2003), która w murach Akademii ułożyła z czerwonych liter cytaty zasłyszane od wykładowców, m.in.: „Sztuka kobiet jest delikatniejsza, bardziej dekoracyjna”, „Kobieta posiada naturalne predyspozycje do smażenia kotletów. Można powiedzieć że ten kotlet jest w niej zakodowany”, „Biust to taki samograj w sztuce”.

Fragment statutu opublikowany na stronie uczelni jako jej misja głosi, że „do podstawowych zadań ASP należy wychowywanie studentów w poczuciu odpowiedzialności za umacnianie zasad demokracji” oraz przygotowanie ich „do samodzielnego, odpowiedzialnego i kreatywnego zaangażowania w przemiany współczesnej kultury”. Jak jednak mówią studenci, praktyka wygląda inaczej. Według Adeliny zajęcia teoretyczne traktowane są przez profesorów praktyków protekcjonalnie, a w postawach krytycznych studenci muszą się kształcić na własną rękę. „Nasza szkoła jest przesiąknięta neoliberalną myślą, nastawienie jest na produkcję konsumpcyjnej sztuki. To jeden z powodów, dla których studenci się nie organizują” – mówi.

Jak twierdzi Dorota Budacz, która dekadę temu przewodziła samorządowi studentów, a obecnie działa w zarządzie krajowym partii Razem, sposób podejmowania decyzji na uczelni pozostawia wiele do życzenia. „Stawianie problemów wprost nie budzi chęci konfrontacji z nimi, a nerwowe uśmieszki” – mówi o sesjach uczelnianego senatu. Ustawa o szkolnictwie wyższym wymusza obecność studentów w jego składzie, jednak uczelnia nie zabiega o to, żeby przekazać im więcej odpowiedzialności, niż wynosi obowiązkowe minimum. „Skład senatu odpowiada temu, jak wygląda kadra – to przede wszystkim mężczyźni w średnim lub starszym wieku, którzy nie chcą rezygnować ze swojej pozycji”.

Jako była uczestniczka tego systemu Dorota opowiada, że decyzje na ASP zapadały w ramach nietransparentnych, gabinetowych procedur. Doskonale obrazuje to przypadek Eufemii, gdzie nowy najemca lokalu został wybrany w formie bezkonkursowej, na podstawie osobistej opinii rektora. Obrońcy dawnego klubu domagali się arbitrażu studentów nad całym procesem decyzyjnym, o co miał się starać obecny przewodniczący samorządu Jan Garstka. Wszystko odbyło się jednak po cichu (choć z pełnym poszanowaniem prawa), a o trwającym remoncie poinformowała na Facebooku Ania Rozwadowska, jedna z obrończyń klubu, która zauważyła robotników wychodzących z piwnic.

Eufemia, fot. P. Starzec

Obrona Eufemii nie przyniosła skutku, choć miała swoje spektakularne momenty. Najważniejszy z nich to wystawa na zakończenie zajęć „Podstawy wystawiennictwa” prowadzonych przez Dawida Radziszewskiego. Niepozorna, trwająca zaledwie dwa dni i zajmująca kilka metrów kwadratowych prezentacja przewijała się przez podsumowania najważniejszych wydarzeń artystycznych minionego roku. Początkujące kuratorki Agata Grabowska i Ola Rusinek w jednej z sal klubu zaprezentowały serię miniaturowych rzeźb nawiązujących do cyklu „Figury” Myjaka, stworzonego na potrzeby sieci centrów handlowych Dekada. Po drugiej stronie pomieszczenia zawisły wydruki artykułów prasowych oraz wspomnianych wyżej listu i petycji, które otrzymał rektor. Tytuł wystawy, „Dekadencja / Sklepik z pamiątkami”, nawiązywał do publicznych wypowiedzi kanclerza ASP, który w miejscu klubu widział raczej „showroom” bądź właśnie sklep z pamiątkami.

 Jak podkreślały kuratorki, wystawa nie była wymierzona w rektora Myjaka, lecz miała krytykować biznesowe myślenie o uczelni, a także zwrócić uwagę na problem braku komunikacji między studentami a władzami uczelni. Mimo to, jak twierdzą, na dzień przed wernisażem otrzymały nieoficjalnymi drogami sugestię, iż pokazując prace nawiazujące do „Figur” Myjaka, będą się musiały liczyć z konsekwencjami naruszenia praw autorskich. Ostatecznie zdecydowały się więc pokazać je opakowane w paczki po czipsach. Miesiąc później, podczas końcoworocznej prezentacji Wydziału Zarządzania Kulturą Wizualną, rektor wymusił na dziekanie usunięcie dokumentacji tej konkretnej wystawy – reszta uczestników zajęć u Dawida Radziszewskiego, w geście solidarności zdjęła fotograficzne prezentacje własnych wystaw, pozostawiając pustą ścianę. Z Radziszewskim uczelnia nie przedłużyła umowy.

„Dekadencja / Sklepik z pamiątkami”, Eufemia, fot. K. Sienkiewicz

Profesor Myjak broni swojej decyzji, twierdząc, że to sami studenci chcieli w miejscu klubu „zwyczajnej stołówki”, takiej, jaka według niego znajduje się na kampusie ASP przy ulicy Spokojnej. Najemcą piwnic został zresztą twórca znajdującej się tam restauracji. W telefonicznej rozmowie rektor przyznaje, że nie uważał Eufemii za ośrodek wydarzeń artystycznych, ale miejsce „spotkań przy piwie i wódeczce”. Obronę klubu odbiera jako działania osób z zewnątrz, z których część „nigdy w życiu w niej nie była” i jego zdaniem dopiero teraz Eufemia będzie pod kontrolą studentów. Obraz sprawy jest według niego zafałszowany.

Po kilku dniach funkcjonowania Eufemii z nowym najemcą na jej facebookowej stronie widzimy głównie zdjęcia jedzenia i wydarzeń takich, jak „Dni pastrami”. To wyraźny kontrast ze stroną starej Eufemii, która promowała przede wszystkim występy talentów niezależnej sceny muzycznej, tych wschodzących (w samym maju, ostatnim miesiącu działalności: Teo Olter, Gazawat, Światło, Anatol…) i tych uznanych (Macio Moretti, Kristen).

Filip Madejski, jeden z inicjatorów stworzenia urzędu specjalistki ds. równouprawnienia, chce wyciągnąć wnioski z nieudanej obrony klubu. Choć docenia zapał wszystkich zaangażowanych, to zauważa, że w żadnym momencie nie pojawił się postulat rozmów w formie dostosowanej do wymagań władz uczelni. „Mogliśmy zorganizować debatę z rektorem, prowadzącym Eufemię, studentami, absolwentami. To było zadanie dla studentów, które pewnie spotkałoby się z przychylnością administracji” – mówi. Według kuratorek „Dekadencji”  ze strony obrońców klubu wychodziły propozycje spotkania z rektorem, jednak ten zdecydował się rozmawiać tylko z przewodniczącym samorządu.  

W rozmowach z obecnymi i byłymi studentami, którzy dostrzegają bolączki swojej uczelni, przewija się problem braku krytycznego zaplecza i umiejętności współdziałania. „Studentów sztuki bardzo rzadko uczy się wspólnego decydowania o rzeczach” – mówi Dorota Budacz. „Proponuje im się model indywidualnego podejmowania decyzji – we własnym imieniu, na podstawie własnych intuicji, opinii, zainteresowań” – diagnozuje. Według niej zaangażowana społeczno-politycznie sztuka krytyczna ma na Akademii miejsce podrzędne względem wartości uniwersalnych czy estetycznych. „Tylko niektórzy nauczyciele traktują je równoprawnie”.

Fot. Katarzyna Kalinowska

Umiejętności współpracy czy reagowania na społeczne problemy (niewątpliwie wchodzące w skład demokratycznego wychowania) studenci muszą się więc uczyć na własną rękę, często w ramach działań prowadzonych poza zajęciami. Do takich należała z pewnością akcja malowania transparentów podczas demonstracji przeciw zmianom w sądownictwie latem tego roku, kiedy do pracujących na dziedzińcu studentów (w tym Adeliny i Filipa) dołączył m.in. Paweł Althamer. Chociaż część kadry miała wtedy wątpliwości co do wykorzystania terenu Akademii w doraźnym politycznym sporze (Filip podkreśla jednak, że chodziło o obronę państwa, a nie chęć krytyki konkretnej partii), to dzięki interwencji rektora studenci mogli działać bez przeszkód.

Wydawało się, że sprawa specjalistki ds. równouprawnienia będzie kolejnym punktem, w którym prof. Myjak wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom studentów. Sprawa skomplikowała się podczas grudniowego spotkania senatu, na którym postanowiono, że urząd o kompetencjach zaproponowanych przez studentów jednak nie powstanie, a w jego miejsce należy stworzyć specjalną komisję ds. etyki, która zajmować się będzie nie tylko problemami studentów, ale też np. relacjami między profesorami. „Nasza propozycja została rozwałkowana na placek” – mówi mi zaraz po zamknięciu obrad Bogna Tęczynopol, która przemawiała tam w imieniu studentów. „Czekaliśmy na poparcie naszego pomysłu, spełnienie obietnic powołania pełnomocniczki, a dostajemy nagle propozycję powołania komisji i nie mamy żadnej informacji, jak niby to coś ma działać i czym się zajmować”.

W rozmowie telefonicznej rektor zapewnił mnie, że jest przychylny uregulowaniu problemów na uczelni. Twierdzi jednak, że nie chce wywoływać emocji tworzeniem urzędu samodzielnie, a nowe ciało powinno brać pod uwagę również problemy kadry – i właśnie dlatego przekazał temat pod obrady senatu. Bogna obawia się jednak, że komisja będzie martwym ciałem, które nie odpowie na studenckie potrzeby. „Większość profesorów i profesorek nie chce powołania żadnej pełnomocniczki. Nie wierzą, że takie stanowisko jest potrzebne. Do tej pory zgłaszalność problemów była na bardzo niskim poziomie, a dla profesorów to znaczy, że nie ma żadnych problemów do rozwiązania” – mówi.

Studenci, z którymi rozmawiam, unikają krytyki działań rektora, wierząc w jego dobrą wolę. On sam – gdy spotykamy się w jego gabinecie – mówi, że zaprasza swoich wychowanków, by przychodzili do niego rozmawiać o problemach. Dziwi się, że głosy o sytuacjach związanych z dyskryminacją do niego nie docierały i podkreśla, że na ASP studenci mogą liczyć na indywidualne traktowanie i bliski kontakt ze strony profesorów. „Traktuję ich jak własne dzieci” – twierdzi w pewnym momencie z troską w głosie. Ale może właśnie w tym leży problem? Może w przypadku dyskryminacji i molestowania zamiast rodzinnego klimatu studenci woleliby profesjonalną, przeszkoloną i świadomą wrażliwości tematu osobę kontaktową? Taką, co do której wiedzą, że zapewni im anonimowość i nie zmarginalizuje sprawy w imię dobrej atmosfery i przyjacielskich stosunków między kadrą a studentami? Nie jesli chodzi o inną kwestię, którą podnosili studenci, czyli dysproporcje w zatrudnieniu – tu rodzinna atmosfera nie ma nic do rzeczy.

Rocznica Czarnego Protestu, październik 2017. Fot. Katarzyna Kalinowska

Niewykluczone, że stworzona przez senat komisja etyki rozwiąże część problemów, z którymi mierzy się uczelnia. Jednak przekreślenie pomysłu studentów wydaje się kolejnym przykładem braku zaufania do ich samodzielności i umiejętności wskazywania punktów zapalnych. Jeśli warszawska Akademia rzeczywiście ma kształcić zgodnie ze swoją misją i konkurować z innymi, bardziej progresywnymi uczelniami w Polsce (urząd pełnomocniczki ds. równego traktowania istnieje już na Akademii Sztuki w Szczecinie), będzie musiała zmierzyć się z wewnętrzną krytyką, a nawet tę krytykę inspirować w programie kształcenia. „Chcielibyśmy, żeby ASP w Warszawie równało w górę, do pewnej obowiązującej w Polsce i w Europie normy. W tej chwili działania podejmowane w sprawie (nie)powołania pełnomocniczki to ciągnięcie tej uczelni w dół” – mówi Bogna Tęczynopol.

Chociaż obrona Eufemii zakończyła się fiaskiem, a projekt powołania specjalistki ds. równego traktowania w tej chwili nie rokuje, to studentki i studenci odpowiedzialni za te inicjatywy się nie poddają. Obecnie dążą do sformalizowania swojej grupy, pracując jednocześnie nad nową edycją studenckiego przewodnika, który tym razem przedstawi dzieje Akademii w formie herstory (narracji opartej na kobiecej perspektywie), a oprócz rad, gdzie tanio zjeść i na jakich wystawach bywać, pomoże też osobom padającym ofiarom molestowania czy dyskryminacji ze względu na płeć czy orientację. Po raz pierwszy odniesie się też do faktu, że kobiety stanowią znakomitą większość studiujących – domyślnym sposobem zwracania się do czytelnika będzie forma żeńska. Mimo dużych obaw autorów, na razie władze uczelni nie wyraziły sprzeciwu.

Mizoginia, patriarchalne stosunki, brak komunikacji i niechęć do przemian na warszawskiej ASP to nie tylko przyszłe problemy polskiego życia artystycznego. Dorota Budacz zwraca uwagę, że wykształcenie jednego artysty kosztuje publiczną kasę tyle, co edukacja lekarza. Te pieniądze mogą zostać wydane na formowanie przyszłych wizjonerów, umiejących współpracować i dbających o kolektywne dobro – albo skupionych na estetycznych problemach indywidualistów, przyzwyczajonych do klik i koterii. To, jak będzie w istocie, zależy od władz uczelni, ale też studentów i ich niezłomności w domaganiu się reform. „Marzę o sytuacji, w której krytyka ASP może być prowadzona od wewnątrz, a nie z zewnątrz” – mówi Adelina.