Mrok
fot. Bartek Sadowski

7 minut czytania

/ Teatr

Mrok

Piotr Morawski

Kieleckie „Ciemności” Strzępki to świat bez żadnej językowej poprawności, gdzie panuje zgoda na artykułowanie pogardy i nienawiści, gdzie bez ryzyka poniesienia konsekwencji można powiedzieć i zrobić wszystko

Jeszcze 2 minuty czytania

Scena jest praktycznie pusta. W scenografii Arka Ślesińskiego jest tylko fotel dentystyczny i instrument muzyczny – kocioł. Szereg ułożonych świetlówek z tyłu sceny wyznacza przestrzeń gry. Ze sceny wieje chłodem – światła są zimne, a nawet gdy na scenę wejdą już aktorzy, nie będzie tu buzujących emocji. Raczej dystans.

Tę Obcą (Magda Grąziowska) poznajemy jeszcze przed wejściem: sprawdza bilety, krąży wśród widzów, a gdy spektakl się już zacznie, uwija się wśród leżących na scenie kabli. Wyróżnia się kostiumem: w krótkich spodenkach, czarnej czapce i czerwonej, dresowej bluzie odcina się od stonowanych strojów całej reszty – dwóch Marlowe’ów (Joanna Kasperek i Tomasz Schimscheiner) i Ciotki (Anna Kłos-Kleszczewska), a także od dochodzących później dwóch Kurtzów (Andrzej Konopka i Jacek Mąka). Trochę Kaliban z dzikiej wyspy, a trochę pracownica sektora usług, siedząca w kucki na tyłach sklepu i w pośpiechu (bo koniec przerwy) zaciągająca się papierosem.

Łączy rozdzielone na scenie porządki: współczesny korporacyjny i dziewiętnastowieczny – kolonialny. Stąd zdublowanie postaci z Conradowskiego „Jądra ciemności”: głównego bohatera i narratora Marlowe’a i oszalałego właściciela faktorii Kurtza. Z noweli Conrada Paweł Demirski zostawia tylko ich dwóch, a podróż do Konga czasów Leopolda II jest w jego tekście podróżą w mroki człowieczeństwa.

Zaczyna się zanim jeszcze zadzwoni budzik. Ostatnie minuty snu, o których na wstępie opowiada Kłos-Kleszczewska jako Ciotka, wydłużane funkcją drzemki poprzedzają koszmar nadchodzącego kolejnego dnia. Chwile paniki i frustracji. Mniej lub bardziej drastycznych doświadczeń, które w innych okolicznościach moglibyśmy sobie pewnie darować. Ale tak się zdarzyło, że żyjemy w czasach korporacyjnego kapitalizmu.

Tak, spektakl Moniki Strzępki jest właśnie o tym. O tym, że dominujący system ekonomiczny produkuje nierówności i frustratów; że nie będzie żadnej emerytury i nikt się nawet nad tym nie zastanawia w drodze do pracy, bo są poważniejsze sprawy. Wracają tematy obecne w całej twórczości Strzępki i Demirskiego, co najmniej od opolskiej „Opery gospodarczej dla ładnych pań i zamożnych panów” sprzed dekady, gdzie też było o dobroczynności i o hipokryzji. Jak również o klasie średniej, która – mówił Demirski w „Dialogu” – ciągle nie chce się zmienić. Która z sobie tylko właściwą obłudą stawia specjalne kontenery na żywność, by udawać, że nie wyrzuca jedzenia. Klasa średnia w kolejnych spektaklach obsesyjnie powraca; nie chce się zmienić, fakt, ale też coraz trudniej wyjść poza diagnozy stawiane już wcześniej.

Paweł Demirski, Ciemność, reż. Monika Strzępka. Teatr Żeromskiego w Kielcach, premiera 13 stycznia 2017Paweł Demirski, „Ciemności”, reż. Monika Strzępka. Teatr Żeromskiego w Kielcach, premiera 13 stycznia 2018Choćby we „W imię Jakuba S.”, spektaklu przywracającym pamięć o Szeli i o rabacji, w dodatku stawiającym mocną tezę, że w dalszym ciągu żyjemy w systemie pańszczyźnianym, w którym dziedzicem jest „gruby wielki pan” – bank. Precyzyjnie pociągnięta analogia prekariatu, którego marzeniem jest, by wreszcie zostać tą klasą średnią, jakakolwiek by ona była, i zamieszkać w Miasteczku Wilanów. Kondycja chłopska – z całym chłopskim rodowodem Polaków – stała się tu celną metaforą nie czego innego jak, w gruncie rzeczy, mechanizmu wewnętrznego skolonizowania.

W „Ciemnościach” najbardziej oczywistym kluczem jest właśnie kolonizacja. Przedmiotem kolonizacji – inny. Czarny, Żyd, bezrobotny, dziecko… Kolonizacja to przede wszystkim relacja władzy, zachodząca już na etapie wychowania. W stosunkach pracy. Słuszna teza, choć akurat temat kolonizacji w polskim teatrze był dość mocno eksploatowany (sam Demirski pytał w „nie-boskiej…”, po co dziś robić spektakle o Afryce), więc by skutecznie używać tego języka, trzeba go nieustannie niuansować, a być może fabuła noweli Conrada takiej możliwości nie daje, wpychając szczegółowe rozpoznania w dość prosty i nazbyt oczywisty schemat.

Ale może trzeba na ten spektakl spojrzeć inaczej. Choć bowiem w dialogach przewija się mnóstwo kwestii o stosunkach pracy, kapitalizmie i wyzysku – tym wszystkim, co dobrze znamy i czego zawsze dobrze się słucha – to nie tam jest mrok. Nie tam są prawdziwe ciemności.

W kieleckim spektaklu wszyscy mówią, jak jest. Nikt nie owija w bawełnę. Postaci mówią szczerze to, co myślą. Kurtz wyprawiając Marlowe’a do swojego miasta w głębi dżungli, zapowiada mu zresztą, że będzie tam musiał mówić rzeczy naprawdę straszne, to znaczy takie, jakie ma w głowie. Mówić to, co naprawdę myśli i w głębi duszy chciałby wyrzucić innym. Bo tak jest pewnie uczciwiej. Po co się okłamywać?

fot. Bartek Sadowski

No dobrze, tylko co, jeśli piekłem, jakie ludzie są w stanie zgotować sobie samym, jest właśnie mówienie tego, co naprawdę myślą? Ale tak naprawdę. Zawieszając szacunek dla innych, dobre wychowanie czy wreszcie poprawność polityczną. Na przykład, że zły kolonializm złym kolonializmem, ale zazdrość bierze, gdy się idzie londyńską ulicą, jak mówi w spektaklu Ciotka, a Marlowe patrząc na Tę Obcą, na głos zastanawia się, czy by jej nie wyruchał. I dlaczego właściwie nie można mówić „czarnuchy”? Kieleckie „Ciemności” to świat bez żadnej językowej poprawności, gdzie panuje zgoda na artykułowanie pogardy i nienawiści, gdzie bez ryzyka poniesienia konsekwencji można powiedzieć i zrobić wszystko. I może to jest najistotniejszy temat w tym przedstawieniu. W życiu społecznym chodzi o zachowanie tego minimum, kiedy nie da się łatwo zmienić wyuczonych przez setki lat postaw, by przynajmniej ich nie wyrażać. Podobno mózg jest właśnie po to, by nie mówić wszystkiego, co przychodzi na myśl. Przemoc zaczyna się właśnie tam, gdzie ciemności przestają być tylko myślami, a stają się słowami i gestami.

Poprawność językowa nigdy się w Polsce na dobre nie zadomowiła, choć przez jakiś czas wydawało się, że pewnych rzeczy nie można już powiedzieć bez poniesienia jakichkolwiek konsekwencji. Teraz okazuje się, że można mówić rzeczy najstraszniejsze. W tramwaju i w domu; wobec obcych ludzi i do bliskich. Granice tolerowanego języka znów się poszerzają, a zwalczanie mowy nienawiści jest lewackim wymysłem. Tu jest prawdziwe Kongo Leopolda II, nie gdzie indziej.

„Ciemności” to rewers „Triumfu woli”. Tam – wysilona nawet – życzliwość budowała utopię; tu jest już tylko mrok.