Jesteśmy totalnie niedogadani
valeriy osipov CC BY 2.0

21 minut czytania

/ Obyczaje

Jesteśmy totalnie niedogadani

Rozmowa z Ewą Kaletą

Ostatnio napisałam tekst o wyzyskiwanych pracownikach warszawskich barów. W pewnym momencie zorientowałam się, że zarabiam niewiele więcej niż niektórzy moi bohaterowie – mówi nagradzana reporterka

Jeszcze 5 minut czytania

ADRIAN STACHOWSKI: Pamiętasz, jak to było, kiedy pierwsza poważna redakcja kupiła twój reportaż?
EWA KALETA: Byłam z siebie bezgranicznie dumna. To był tekst o muzułmankach w Polsce, który kupił „Tygodnik Powszechny”. Byłam szczęśliwa. Uczucie, że to, co napisałeś, jest na tyle istotne, że ludzie będą to czytać, ta adrenalina publikowania jest narkotycznym stanem, od którego trudno później się uwolnić. Miałam poczucie, że coś udowodniłam. Że cokolwiek się stanie, ta publikacja czyni mnie kimś, kto już nie musi nic nikomu udowadniać.

Jak zostałaś reporterką?
Przez przypadek. Chciałam być reżyserką teatralną. Byłam w zespole Krystiana Lupy w Teatrze Dramatycznym. Teatr był moim marzeniem do momentu, w którym się zorientowałam, że nie mam nawet najmniejszego talentu. Kochałam go, ale nie miałam pomysłu, nie miałam wyobraźni, byłam absolutnie nietwórcza. To mnie zraniło. Budziłam się rano z myślą: „Ja nie mogę tego robić”… Byłam teatralnym impotentem.

Kiedy byłam nastolatką, zanim marzyłam o teatrze, chciałam być dziennikarką. Mój pierwszy tekst poszedł w „Dziewczynie”, to był reportaż o dostępności prezerwatyw na wsi, w moim Ćmielowie. Miałam wtedy 15 lat. Pomyślałam więc: skoro nie teatr, to może będę pisać?

Dzisiaj wielu młodych ludzi marzy o reportażu. Już nawet nie chcą być „zwykłymi” dziennikarzami, chcą być od razu reporterami, pisać książki, publikować w „Dużym Formacie”. Ty nie byłaś jedną z nich?
Po historii z teatrem musiałam zagłaskać czymś swoje ego. Że coś mi się w życiu musi udać albo umrę, po prostu nie wytrzymam tego. Nie zniosę życia, jeśli nic mi się nie uda. Chciałam być kimś. Byłam bardzo zawzięta, pisałam masę tekstów. W „Dużym Formacie” przez dwa lata odbijałam się od ściany. Mówili mi, że wszystkie moje teksty są do niczego. Ale odpisywali na każdą propozycję. Uczyłam się, co ich interesuje i jak konstruować tematy. W końcu nauczyłam się do nich pisać. Te dwa lata to moja „szkoła reportażu”, najlepsza, w jakiej mogłam być.

Myślałaś o tym, w co się pakujesz? Czy będziesz mogła się utrzymać, jakie życie cię czeka w tym zawodzie?
Bardzo wcześnie zdałam sobie sprawę, że nie umiem zarabiać pieniędzy. Przyjęłam założenie, że czeka mnie skromne życie. Jestem z tym pogodzona. Kręci mnie romantyczna wizja, że spełniam swoje ambicje i że daje mi to wielką wolność.

Ewa Kaleta

Reporterka, freelancerka. Najsilniej związana z „Dużym Formatem”. Pisze o sprawach społecznych i prawach pracowniczych. Autorka głośnych tekstów wcieleniowych i prowokacyjnych. Za tekst o sprzątaczkach pt. „Test gołębia” była nominowana do nagrody im. Teresy Torańskiej i Mediatorów. Publikowała m.in. w „Wirtualnej Polsce”, „Przekroju”, „Polityce”, „Zwierciadle” i „Tygodniku Powszechnym”.

Ile dostałaś za ten pierwszy tekst o muzułmankach?
Jakieś 900 złotych.

I co pomyślałaś?
Byłam dumna, że ktoś zapłacił za to, co myślę. Schlebiło mi, że to, co jest w mojej głowie, jest coś warte.

A teraz? Dalej to czujesz?
Nic nie daje mi takiego kopa, poczucia, że racja jest po mojej stronie, niż to, że mój tekst idzie. To najważniejsza rzecz na świecie. Przeżywam tego kopa za każdym razem. Mogę się tym cieszyć przez cały miesiąc. Jak wiem, że mój tekst idzie na przykład dwudziestego, to zaczynam przeżywać to kilka tygodni wcześniej. To jest dla mnie warte o wiele więcej niż pieniądze. Wybrałam zawód, w którym nie będę bogata, nie będę posiadać, ale kiedy ktoś opowiada mi o wakacjach, na których był, to ja mówię o satysfakcji, jaką mam z tego, że idę do kogoś i rozmawiam z nim tak totalnie prawdziwie. Oni mają tamto, ja mam to.

Z iloma redakcjami jednocześnie współpracowałaś w szczytowym momencie?
Z „Gazetą Wyborczą”, „Wirtualną Polską”, dorywczo pisałam do „Polityki”, nawet do „Wprost”, aż zaczęli płacić mi takie pieniądze, że urągało to mojej godności.

I co doprowadziło cię do tekstu, który opublikowałaś w internecie? Bo trochę mi się to nie łączy. Mówisz o radości z publikowania, o tym, że pieniądze nie są dla ciebie ważne, ale jednak napisałaś tych kilka akapitów.
W pewnym momencie sprawy przekroczyły nawet moje granice. Mogę zarabiać mało, ale coś muszę. Wiem, że pracuję w niszy, ale nie może być tak, że nie stać mnie, żeby pojechać do bohatera mojego tekstu.

Post Ewy Kalety

Napisałam w życiu kilka reportaży o wyzysku pracowniczym. O sprzątaczkach, o paniach obierających cebulę, o pracy w gastronomii. Czytałam wiele tekstów o różnych zawodach, w których ludzie oddają całe swoje serce, a nie mają za co żyć. Dziś mogłabym napisać tekst wcieleniowy o nas, o reporterach.
Kiedy napiszę reportaż, nie wiem, ile mi za niego zapłacą i często nawet kiedy dokładnie – żyję w poczuciu, że na moje miejsce jest kilkanaście osób i jestem wymienialna jak suwak w spodniach. Mogę dostać za tekst 2 tys. zł – czyli super, ale może być też równie dobrze 500 zł i 200 zł. Mogę się umawiać na stawkę minimalną, ale nikt tego nie przestrzega. Za każdym razem, kiedy dostaję rachunek z różnych redakcji, boję się go otworzyć, bo zastanawiam się, czy mi starczy na opłatę mieszkania, telefonu, jedzenia. Czy uzbieram na przeżycie miesiąca.
Wszyscy siedzimy cicho, bo boimy się, że nikt nie kupi naszych tekstów. Boimy się, że będzie jeszcze gorzej. Staramy się doceniać to, co mamy, i robić swoje, uprawiać ten piękny zawód, bo przecież nikt nie wybierał tej pracy dla pieniędzy. Nic nie daje mi w życiu takiej satysfakcji i poczucia sensu, co bycie reporterką. My wszyscy na wspólnych kawach mówimy między sobą, że nie mamy za co żyć, nie wiemy, co dalej.
Piszę to, bo nie mam wiele do stracenia. Słyszę co jakiś czas, jak ceniona jest moja praca, jak ważne były teksty, które napisałam, jaka jestem zdolna. I bardzo tęsknię za pisaniem. Ale nie piszę, bo mnie na to nie stać. Kilka moich tekstów – w różnych redakcjach – dostało w tym roku tak słabą wycenę, że otwierając rachunek, czułam się, jakby mi ktoś dał w twarz.
Budzę się rano i nie mam już pomysłów na to, co mogłabym napisać do jednej, drugiej czy trzeciej redakcji, bo nie mam pewności, że mi się zwróci za bilet na pociąg.
Nawet tym, którzy mnie cenią i płacą godnie, od których dostaję w jednej z redakcji czułe uściski, kiedy tylko przychodzę – im też nie mam nic do zaoferowania. Bo jestem pusta.
Tekst ukazał się 12 grudnia 2017 roku

Nie dostajesz delegacji? W żadnym tytule?
Nie.

W tym wszystkim nie chodzi o kilkaset złotych więcej, ale o szacunek. Żeby ktoś w redakcji powiedział, że zapłacą ci wcześniej, bo tekst leży, że dostaniesz wycenę przed pracą, że będziesz mógł przyjść na kolegium. To coś, czego brakuje mi najbardziej. To atakuje moje ego. Nie chodzi o to, że chcemy więcej. Przeciwnie, to my chcemy dawać więcej od siebie. Chcemy uczestniczyć, a nie być wirtualnym bytem, który tylko coś dosyła i którego w związku z tym można wyruchać, bo nikt nie zna jego twarzy.

Myślę, że mogą nas oszukiwać, bo jesteśmy od siebie oddzieleni, pokawałkowani, bardzo często poniżani, utrzymywaniu w poczuciu, że jesteśmy średni, że nasze teksty nie nadają się do publikacji. Pieniądze są najbardziej jaskrawym elementem, ale chodzi o szacunek, który zaczyna się wcześniej.

Mówisz o utrzymywaniu w poczuciu, że tekst jest słaby. Myślisz, że to gra psychologiczna, której celem jest oszczędność?
Przez pewien czas tak myślałam. Teraz mam poczucie, że rządzi chaos, a to, jaką stawkę dostaniesz, zależy od przypadku. Zaczęliśmy otwarcie rozmawiać o naszych zarobkach i próbujemy wspólnie dojść do tego, dlaczego ktoś dostaje dużo, a ktoś mało. Prześledzić ścieżki, zrozumieć, o co tu chodzi. Okazuje się, że nie ma żadnego planu. Najpierw ja dostawałam za tekst 900 złotych, a moja koleżanka 400. Potem ona zaczęła dostawać 700, a ja 300.

Próbowałaś pytać? Przecież to normalna sprawa: zapytać, dlaczego tyle.
Nigdy się nie kłóciłam, chciałam tylko zrozumieć. Zawsze jest ta sama odpowiedź: kryzys. Nie wiem, na ile prawdziwy, a na ile wymyślony, bo dzięki kryzysowi łatwiej zarządzać ludźmi.

Pytasz swoich bohaterów o konkrety, więc ja też chcę. Jak w dobrym okresie wyglądały twoje zarobki?
Miałam dobre dwa lata. Co miesiąc zarabiałam około 3,5 tysiąca złotych, 4 – to był high life.

Założyłaś rodzinę?
Nie. Jestem dobrą ciocią dla dzieci moich znajomych, ale nie kupuję nic więcej niż Kinder Niespodziankę. To był mój świadomy wybór. Wiedziałam, że nie dam rady połączyć dwóch światów.

Średnio 3,5 tysiąca złotych miesięcznie. I co się stało?
W marcu będzie rok, jak pracuje mi się dużo gorzej. Redakcje biorą mniej tekstów, słabiej płacą. Mam poczucie wypalenia. Przez ten rok zarabiałam o połowę mniej. Pewnego dnia zobaczyłam umowę za tekst, na której miałam sześćdziesiąt procent mniej pieniędzy niż zwykle. Pierdolnęło mnie to. W ogóle wtedy zaczął być taki klimat. Moi znajomi też byli podenerwowani, szefowie tak samo. Pomyślałam, że to problem nas wszystkich, więc wzięłam to na klatę. Ale siłą rzeczy pisałam mniej. Nie stać było mnie ani na pisanie, ani na życie. Zarabiałam niecałe 2 tysiące miesięcznie. Nie wiedziałam, czy to tylko moja sytuacja, czy wszystkich.

Pytałaś znajomych?
Nie. Wtedy jeszcze byliśmy porozsuwani. Trudno mi było zapytać kogoś wprost, ile zarabia.

Naprawdę? Z zewnątrz wyglądacie na zgrane towarzystwo.
Może ludzie, którzy kończą Polską Szkołę Reportażu, są ze sobą bliżej. Trochę starsi reporterzy, po trzydziestce jak ja, już nie. My już jesteśmy dalej, mamy więcej do stracenia, może o pewnych rzeczach nie należy mówić, może nie ma co się narażać.

W jednej z redakcji w ostatnim czasie stawki spadły z 900 zł do 200 zł. Zaczęłam wymyślać tematy, które nie będą kosztować. Zaczęłam robić teksty przez telefon. Szukałam bohaterów w Warszawie, bo przecież nie pojadę nigdzie za 200 zł. Pisałam nie więcej niż kilka godzin.

Pytasz, skąd ten tekst w internecie. Zaniepokoił mnie chaos. Może jestem idealistką, ale myślę, że powinno być tak, że wiesz, ile zarobisz, przed pracą, nie powinieneś o to skamleć. Albo myśleć: „A może lepiej nie pytać? Może tekst nie pójdzie, jak zapytam? Może lepiej się nie wychylać? Może nie jest tak źle? Może będzie okładka? Może inni nie pytają?”. W końcu usiadłam z koleżanką, która też publikuje w „Dużym Formacie”. Powiedziała mi, że ona od początku wie, ile zarobi na tekście. A może ja powinnam o to zawalczyć? Ale chyba to nie powinno być tak, że jak o coś nie zapytam, to dostanę gorsze warunki niż ktoś, kto zapyta.

W takiej sytuacji patrzysz w tył i czujesz się jak frajer. I dostrzegasz konflikt: przecież ludzie, z którymi pracujesz, redaktorzy, nie są twoimi wrogami. To nie działa w ten sposób, że zabierają z twojej kieszeni i wkładają do swojej. Ale coś jest nie tak. Żyjemy w neoliberalnych warunkach, które rozwalają nas moralnie, ale jak powiesz to na głos, to coś się zmienia, bo większość ludzi chce zachować się dobrze. Jak podniesiesz kołdrę i powiesz „Oszukujecie mnie”, to efekt będzie taki, że to się skończy. Bo nikt nie chce oszukiwać. Dlatego to napisałam. Chciałam pokazać, że ja to widzę.

Z tego, co mówisz, wyziera jakiś plan. Ale w tym tekście widziałem głównie bezsilność.
Kiedy go publikowałam, miałam świadomość, że już nigdzie nic nie wydrukuję. Że wszyscy mnie skreślą. Byłam bardzo wystraszona. To było donośne złożenie broni. Czułam, że muszę, ale się bałam.

Po wszystkim dostałam nieprawdopodobne wsparcie. Ludzie, których nie znałam, stanęli za mną murem. Kiedy coś takiego robisz, ryzykujesz i nie przegrywasz, to dostajesz wielkiego kopa. Mam nowych znajomych. Rozmawiamy o pomysłach, o naszych tekstach. Czujemy, że jesteśmy razem. Zrzeszamy się. Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie, ale musimy trzymać się razem. To dla mnie najważniejsze.

Nie chciałabyś etatu?
Nawet o nim nie marzę. Nigdy nie byłam w sytuacji, w której ktoś by mnie wziął na etat. Ja nie wiem, co to znaczy. Wiem, że gdzieś tam w gazetach są ludzie na etacie, ale nie znam nikogo takiego. Spotykamy się, koleżanka mówi mi: „Ja myślałam, że ty masz etat, tak dużo piszesz. Twoje teksty są ważne, świetne”. Ja jej na to: „No coś ty, nie mam żadnego etatu, moje teksty są niedopracowane, jeszcze nie są takie, jak bym chciała. Myślałam, że ty masz etat!”. „Ja? Przecież ja prawie w ogóle nie publikuję”. Jak ktoś dostanie etat, to po mieście od razu idą telefony: „Słyszałaś? Ten i ta dostali etat! A ja publikuję tyle lat i nie dostałam”. Ludzi to denerwuje. Fajnie by było, gdybyśmy mieli ubezpieczenie… (śmiejemy się)

Dlaczego się śmiejemy?
To dobre pytanie. Marzyć o ubezpieczeniu? Przecież to zatrważające. Że wyzysk idzie tak daleko…

Pierwszy raz w naszej rozmowie pojawia się to słowo. Myślisz, że system pracy redakcji miewa znamiona wyzysku?
(cisza)

Tak. Wykonujesz pracę, ale nie masz środków, żeby się utrzymać. Unikanie tematu, że pracownicy intelektualni bywają wyzyskiwani, to wielkie tchórzostwo. Nic łatwiejszego niż wstawić się za sprzątaczką, za pracownikiem fizycznym. A o wiele trudniej powiedzieć, że sam jesteś w tej sytuacji.

Wyzysk pracowniczy to ważny temat twoich tekstów z „Dużego Formatu”.
Najciekawsze są teksty wcieleniowe. To tak, jakbyśmy przekroczyli pewną granicę. Już nie wystarczy stanąć z boku, trzeba wejść i opowiedzieć ludziom, jak tam było.

Jeden z tych reportaży napisałaś po tym, jak zatrudniłaś się jako sprzątaczka, inny – jak pracowałaś przy obieraniu cebuli. Jak robisz te teksty? Normalnie zatrudniasz się w tych miejscach? Pracujesz miesiąc, dostajesz wynagrodzenie, a potem – bum, i jest tekst? Ujawniasz się i znikasz?
Tak. To jest jak heroina. No i czasami można dorobić.

Pisałaś też o niewolniczej pracy w kebabowniach – reportaż w internecie zajawiano zbitką „wyzysk na ostro” – o bezrobotnych aktorach, producentkach telewizyjnych. Jak wyobrażałabyś sobie reportaż o reporterach?
Zapytałabym reporterów w różnym wieku o problemy pokoleniowe. Zebrałabym powody, dla których ludzie uprawiają ten zawód. Pogrzebałabym w lęku, że nie jesteśmy już potrzebni. Na pewno chciałabym napisać o braku kasy, o nagłych zwolnieniach, o tym, jak po latach pracy człowiek spada z niewiadomych powodów na poziom gorszy niż początkujący reporter. Znam takie historie. Napisałabym o zastojach, kiedy nie ma za co żyć. One się zdarzają bez względu na to, czy masz 25 lat, 35 czy 55. I o blokadach, kiedy nie możesz niczego wymyślić, żadnego tematu – i wypadasz.

Myślałam o tym, ale nikt by tego nie wziął.

A co, jakby wyszło z tego tekstu, że nie warto być reporterem?
No co ty! Wyszedłby może kryzys reportera. Nie wiadomo, czy jesteśmy komukolwiek potrzebni.

Punktem kulminacyjnym twoich reportaży jest scena, w której wchodzisz do gabinetu szefa i wywalasz kawę na ławę. Byłaby taka scena w tym tekście?
Nie. Chciałabym zobaczyć twarz człowieka, który zarabia na tym, że mniej mi płaci, ale ja nie wiem, kto to jest. To nie są moi redaktorzy, to nie są redaktorzy naczelni. Oni też są zależni, nie mają wpływu na to, ile płacą. Oni nie są okrutni, może po prostu nie o wszystkim myślą, na przykład o tym, że chciałabym czuć większy związek z gazetą, którą współtworzę. Ale po rozmowach z nimi spojrzałam na to trochę inaczej, zobaczyłam siebie jako element większego obrazka. Teraz myślę, że to działa jak jakiś system, wszystko się przenika, nikt nie jest za nic odpowiedzialny. Na ten system składają się też różne niewypowiedziane rzeczy, które są między nami, na przykład to, że głupio nam rozmawiać o swoich zarobkach. To nie jest przemoc bezpośrednia, nikt nam przecież nie zabrania rozmawiać, ale jakoś tak jest, że się tego wstydzimy. Boimy się, że dostajemy mniej niż ktoś inny, bo wtedy jesteśmy gorsi. Albo że zarabiamy więcej, bo wtedy wyjdziemy na beneficjentów niesprawiedliwości.

„Ewa Kaleta sprząta i walczy o godność” – tak „Duży Format” zajawiał twój tekst o sprzątaczkach, które pracują za 1200 zł na rękę.
Wtedy byłam w innej sytuacji. Zarabiałam dużo więcej, nie byłam w sytuacji kryzysowej. Czułam, że jestem w dobrym miejscu i jest OK. Wiedziałam, że dawniej za takie teksty dostawało się więcej, ale nie miałam do nikogo pretensji.

A teraz jak na to patrzysz?
Zastanawiałam się, co powiedziałaby mi jedna z bohaterek tego tekstu. Myślę, że powiedziałaby, że mi współczuje. Chciałam nawet się z nią spotkać i powiedzieć jej, że teraz jestem w tej samej dupie, co ona. To śmieszne, prawda?

Inny bohater tego reportażu, Marek, powiedział ci, kiedy sprzątałaś: „Dziewczyno, weź ty poszukaj lepszej roboty”. Musisz być reporterką?
Muszę. Budzę się i czuję zastrzyk dopaminy. Robię najważniejszą rzecz na świecie. Jestem podłączona pod rzeczy, które są większe ode mnie. Ale nie chcę funkcjonować w świecie, w którym muszę gonić z pięcioma tekstami w miesiącu. Chcę realizować ideę tego zawodu w inny sposób.

Bartek, jeden z bohaterów twojego reportażu o bezrobotnych aktorach, mówi, że jak dzwoni do agencji pytać o pracę, to mówią mu, że takich jak on jest trzystu. Ty napisałaś, że czujesz się wymienialna jak suwak u spodni.
Nie wiem, czy ceni się moją pracę. Czuję się niepewnie. Boję się, że robię coś nie tak. Jestem w systemie, w którym moja rola nie jest mi do końca znana. Wiem, że nie jest to wina nikogo konkretnego. To cały splot małych okoliczności, których nikt nie kontroluje. Wierzę, że po prostu jesteśmy totalnie niedogadani. Nie mamy wykształconego języka do mówienia o naszej pracy. Nie dostajemy zbyt wielu pozytywnych słów na temat tego, co napisaliśmy. Negatywnych też nie. Boimy się wszyscy, że piszemy źle.

A nie czujesz konkurencji? Jest cała masa młodych reporterów.
Wiesz, że nie? Zgadza się, piszących robi się niepokojąco dużo, ale nie jest tak, że czuję ich oddech za plecami. Reportaż to bardzo sprawiedliwy sędzia. Nieważne, czy skończyłeś szkołę reportażu, czy mechatroniki. Jak napiszesz dobry tekst, to on pójdzie. Jak masz ucho do ludzi, to napiszesz świetny tekst, bo umiesz słuchać. Wszystko inne jest nieważne. Pod tym względem to bardzo sprawiedliwy świat. Ktoś napisał dobry tekst – szacunek i uznanie dla niego, nieważne, czy pisze od miesiąca, czy od pięciu lat.

Jak odbierasz to, że gazety drukują reportaże o ludziach, którzy pracują za głodowe pensje i nie czują się bezpiecznie, a same fundują podobny los freelancerom, z którymi współpracują? Hipokryzja?
Okazuje się, że wszyscy jesteśmy na tym samym rynku, na którym obowiązują te same praktyki. Ostatnio napisałam tekst o wyzyskiwanych pracownikach warszawskich barów. W pewnym momencie zorientowałam się, że zarabiam niewiele więcej niż niektórzy moi bohaterowie. To godzi w godność. Poczułam się wyruchana do cna. Nie przestanę pisać o wyzysku pracowniczym, który dotyczy innych ludzi. Ale nie przestanę też mówić o wyzysku, który dotyczy też mojego środowiska.

Myślę, że wielu reporterów może zazdrościć ci publikowania w „Dużym Formacie”. Dla ciebie to przecież też był sukces. Widziałem, że wrzucałaś do internetu swoje zdjęcia z wejściówką do siedziby „Gazety Wyborczej”. Jakbyś chciała się tym pochwalić.
Byłam dumna. Wiesz, że ja boję się tam wchodzić? Ogarnia mnie rodzaj zawstydzenia. To „Duży Format”, przecież tam nie można tak po prostu wejść. Ale wiem, że ktoś może mi tego zazdrościć. Do dziś jestem pod wrażeniem, że mi się to udało. Jak jadę windą do redakcji, to patrzę w lustro i myślę sobie: „Jezu, «Duży Format». Czy ja na to zasłużyłam?”.

Wyobrażam sobie, że ktoś może pomyśleć, że to źle wygląda, że reporter się żali. Reporter nie jest tematem. Autotematyczność reporterowi nie przystoi.
Też widzę tę tendencję. Nie rozumiem jej. Skoro ktoś się żali, to sam jest sobie winien, tak? Powinnam się wstydzić? Zupełnie nie zgadzam się z takim spojrzeniem. Czy chodzi o to, że jestem uprzywilejowana? W jaki sposób? Myślę, że jak robisz to, co lubisz, to wzbudzasz rodzaj agresji. Wielu musi wykonywać pracę, której nienawidzi. Ty spełniasz marzenia, więc teraz masz, cierp. Może i jest to rodzaj uprzywilejowania, jeśli twoja codzienność nie jest udręką? Pracowałam przez chwilę w telewizji i prawie oszalałam, więc wiem, jak to jest zmuszać się codziennie do robienia czegoś, w czym nie widzi się sensu.

Dlaczego mi to wszystko mówisz? Inni odmawiali.
Nie rozumiem tego. Nie mam poczucia, bym robiła coś niezwykłego. Opowiadam ci o sobie, ale też o innych ludziach, którzy są w tej samej sytuacji. I jeszcze jedno: nie chcę stawiać się naprzeciwko jakiegoś wroga. Czy moim wrogiem jest redaktor, z którym pracuję? Nie, bo gdy z nim porozmawiam, to słyszę historię podobną do mojej. Najważniejszym odkryciem, które przyszło z tego wszystkiego, jest takie, że możemy się zrzeszyć i spróbować coś zmienić, aby lepiej pracowało się i redaktorowi, i mnie. Niedługo mamy nasze pierwsze spotkanie. Są wśród nas osoby, które mają doświadczenie w tego typu sprawach. Spróbujemy sobie pomóc. Jestem przekonana, że to możliwe. Nie boję się, że moje mówienie o tym spowoduje, że redakcje przestaną zamawiać moje teksty. Niby dlaczego? Jest inaczej. Wiesz, że niedawno pierwszy raz ktoś zaproponował mi wycenę przed publikacją?