Efekt „aha!”
Od lewej: Olga Czech, Natalia Pikuła, Ola Rzepka

7 minut czytania

/ Muzyka

Efekt „aha!”

Piotr Kowalczyk

Powrót Drekotów po ponad pięciu latach jest równie nielogiczny jak tytuł nowej płyty, „lub maszyna dzika trawa”. Ale w muzyce tria prowadzonego przez Olę Rzepkę pełno jest ekscentryzmów, działania na bazie intuicji i ryzyka

Jeszcze 2 minuty czytania

Co tu się odbywa? Już sama nazwa zespołu zdaje się sugerować. Drekoty. Trzy sylaby, brzmiące jakby po schodach spadały drewniane zabawki. Jest w muzyce tego żeńskiego tria skłonność do awanturki, kanciasta rytmiczność, piski i zgrzyty. Samo określenie „drzeć z kimś koty” powoduje, że dostaję gęsiej skórki.

Założycielką i jedyną członkinią oryginalnego składu jest grająca na perkusji Ola Rzepka, z wykształcenia pianistka, absolwentka Wydziału Kompozycji w Katowicach. W jednym z wywiadów przyznała, że jej postrzeganie muzyki zmieniła pewna kompozycja Helmuta Lachenmanna, mistrza wydobywania z orkiestrowego instrumentarium wszelkiego rodzaju szmerów, szumów, pisków i puknięć. Niemiecki kompozytor tworzy muzykę z nut-duchów i ignoruje tradycyjne techniki gry. Również Rzepka traktuje perkusję zupełnie inaczej niż większość bębniarzy. Jej partie są zagrane trochę na zasadzie wprawek, prościej, wolniej i słabiej, niż by wypadało. Nieprzypadkowo do współpracy zaprosili ją swego czasu Raphael Rogiński, Candelaria Saenz Valiente (Paristetris), Antoni Gralak czy Budyń z Pogodno. Najwyraźniej nie szukali nienagannej techniki, tylko osobowości.

Gdy Drekoty debiutowały pięć lat temu albumem „Persentyna” (wcześniej jeszcze ukazała się EP-ka „Trafostacja”), ich piosenki pełne były niespodziewanych zgrzytów i małych stłuczek. Nawet instrumenty klawiszowe i skrzypce odgrywały perkusyjną rolę. Gdy jednak trio urozmaicało kawałki harmoniami wokalnymi, jak w utworze „Powrót”, efekt był porywający.

Członkinie zespołu rekrutowały się z trzech zakątków Polski. Rzepka – ze Śląska. Magda „Karotka” Turłaj (ex-Kawałek Kulki) z Gorzowa Wielkopolskiego, a Zofia Chabiera z Warszawy. Utwory powstawały na weekendowych sesjach twórczych, a trochę korespondencyjnie. Być może to było przyczyną nieoszlifowania muzyki. Nie ułatwiało też funkcjonowania zespołu. Niedługo po wydaniu płyty nastąpiły zmiany w składzie, przerwa i, poza krótką płytą z coverami Grzegorza Ciechowskiego, Drekoty wygasiły aktywność.

Powrót z nowym albumem po ponad pięciu latach jest równie nielogiczny jak jego tytuł, „lub maszyna dzika trawa” (i wydaje się, że równie pozbawiony komercyjnego potencjału). Wpisuje się jednak w poetykę tytułów piosenek Drekotów, zabarwionych sztucznością i opartych na zabawie językiem: „Persentyna”, „Parestezja”, „Trafostacja”, „Spadam masłem w dół”, „Ruptura” (według Słownika Języka Polskiego PWN to ostatnie oznacza „przemieszczenie się narządów wewnętrznych, zwykle jelit, do nieprawidłowego uchyłka jamy ciała”).

Oprócz Rzepki zespół tworzą obecnie Natalia Pikuła (znana również m.in. z popowej supergrupy New People i z występów w jednym z talent shows) oraz Olga Czech, absolwentka katowickiej Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego. To jednak Rzepka jest autorką niemal całego materiału. Paradoksalnie – mimo wyraźnej liderki – w państwie Drekotów obowiązuje demokracja. Nawet materiały, zdjęcia czy krótkie filmiki, które zamieszczają w social mediach sprawiają wrażenie wyjątkowego zgrania i poczucia humoru. Tak jakby dziewczyny robiły zespół bez patosu i misji – jednocześnie jakby elementem dzieła było nie tylko samo granie, ale też bycie w zespole.

Zespołowej chemii nie zaburzają liczne gościnne (i gwiazdorskie) występy: od Antoniego Gralaka (urodzonego w latach 50.) i Mikołaja Trzaski, przez Raphaela Rogińskiego, Pawła Szpurę i harfistkę Kasię Kolbowską, po Huberta Woźniakowskiego, basistę indie-rockowego Eric Shoves Them In His Pockets (milenialsa). Album, na którym pojawiają się gitara sopranowa, harfa, głos małego dziecka, trąbka, siłą rzeczy jest brzmieniowo bogatszy niż debiut zespołu. Być może to obecność Natalii Pikuły wprowadziła do grupy więcej popowego pierwiastka. W otwierającym płytę „AAA 2” występuje gościnnie Raphael Rogiński. Jego udział w tej piosence można rozpoznać nawet bez zaglądania do kredytów. Samo brzmienie gitary, mięsiste, wypełniające miks, jest jego wyrazistą wizytówką. Zresztą partię wokalną Natalii Pikuły mogłaby wykonywać jej imienniczka, Natalia Przybysz, z którą również Rogiński współpracuje, choćby w Shy Albatross.

Muzyka Drekotów wciąż jest bardzo perkusyjna. Wybrany na singla utwór „Troskliwy” może więc wprowadzać w błąd co do charakteru całego materiału. Z delikatną klawiszową powłoką tej piosence wyjątkowo bliżej do alternatywnego popu z Kayax Records, w rodzaju Basi Wrońskiej czy Króla. Takiej dawki melancholii w muzyce Drekotów jeszcze nie było. To też jedyna w zestawie piosenka Natalii Pikuły. Pokazuje jej duży talent kompozytorski. Niewysilona melodyjna mgiełka podparta jest intrygującymi linijkami tekstu: „troskliwa jak sowa / spragniona jak kleszcz / skłonna do wylewów / jeśli tylko chcesz”. To jedno z ładniejszych ostatnio w polskiej piosence wyznań uczucia.

Na płycie dominuje klimat groteski. W większości utworów partie klawiszy brzmią trupio-cyrkowo, jakby celem był dysonans, a nie melodyjny motyw. Słychać, że kompozycje raczej nie są cyzelowane w nieskończoność. Drekoty ufają intuicji, jakby uznawały, że pierwszy pomysł jest zazwyczaj najlepszy. Utwór „Nigdy” z zapętlonym motywem klawiszy i szczyptą bajkowości (uruchamianą przez Drekoty „lub maszyna dzika trawa”, Thin Man Records 2018Drekoty, „lub maszyna dzika trawa”,
Thin Man Records 2018
harfę Kasi Kolbowskiej) mógłby być ścieżką dźwiękową do oldskulowej polskiej animacji. Słuchając „Jogi strachu” z jej nerwowym, walczykowatym groove’em, można sobie niemal wyobrazić jakiś wymyślony naprędce układ taneczny. Czy to utwór „Liście” z kilkoma osobnymi schematami rytmicznymi, czy jednostajny „Wulkan” – w  tej muzyce wciąż coś jest obtłukiwane. Partie klawiszy często są całkowicie podporządkowane bębnom, tak jakby były kolejnym instrumentem perkusyjnym.

To pomysł na granie, które być może nie wywołuje reakcji „wow!”, ale niewątpliwie daje efekt „aha!”. Należy docenić artystów i artystki, którzy robią wszystko po swojemu, są bezczelni, zadziorni jak stereotypowy lewoskrzydłowy w piłce nożnej – waleczny i nieprzewidywalny, ulubieniec trybun. Niewątpliwie Drekoty czerpią ze swojego grania mnóstwo frajdy i nie idą na kompromisy (nie jest to slogan reklamowy jakiegoś „rockowego radia”, tylko realna ocena ich postawy). Czasem chciałoby się jednak u nich więcej popu lub wręcz przeciwnie – więcej eksperymentów naprawdę olśniewających. Takich, które porywają, a nie takich, które się jedynie docenia.