Dzika wschodnio- europejska bestia

15 minut czytania

/ Film

Dzika wschodnio-
europejska bestia

Rozmowa z Kornélem Mundruczó

Żyjemy w brutalnych czasach i mój film stara się oddać ich nerw. Pokazuję Budapeszt jako miasto chaotyczne, nieprzewidywalne, niebezpieczne – mówi reżyser „Księżyca Jowisza”

Jeszcze 4 minuty czytania

ADAM KRUK: Akcja twojego najnowszego filmu wbrew tytułowi nie dzieje w kosmosie, a w bardzo konkretnym miejscu na Ziemi. Skąd tytuł „Księżyc Jowisza”?
KORNÉL MUNDRUCZÓ: Dowiedziałem się, że czwarty księżyc Jowisza, odkryty przez Galileusza i nazwany przez niego Europą, to księżyc pokryty lodową kopułą. Szczególnie zainspirowało mnie przypuszczenie, że pod lodem może kryć się życie. Poprzez ten tytuł chciałem zadać pytanie, czym jest to życie, jakiego oczekują ludzie szukający schronienia w Europie. Postanowiłem przyjąć perspektywę przybysza, dla którego okazuje się ona zimnym, nieprzyjaznym miejscem. Aby się do niej dostać, trzeba pokonać morze, jednak tylko po to, by następnie trafić do obozu. Chciałem pokazać, jak marzenia przybywających tu uchodźców rozbijają się o lodowatą taflę biurokracji, niechęci, przemocy. Metafora, którą stworzyłem przecież nie ja, a Galileusz, dobrze oddaje sytuację współczesnej, coraz mniej gościnnej Europy. Czasem jednak udaje się tę taflę przebić, spotkanie z radykalną innością czy też nieskończoną dobrocią potrafi odmienić oblicza nawet najbardziej zmarzniętych dusz. Takich jak dr Stern, cyniczny Węgier z mojego filmu, który czerpie korzyści z ludzkich dramatów.

Na ile portretowany przez ciebie współczesny Budapeszt odbija problemy ogólnoeuropejskie?
Całkiem dobrze odbija i nie przemawia przeze mnie wcale węgierska megalomania. Przez naszą granicę biegnie jeden ze szlaków przemytu ludzi – to, jak radzimy sobie z „problemem uchodźczym”, wpływa na całą Europę i dlatego też Europa tak wiele naszym władzom wybacza. Wybory polityczne Węgrów także dość dobrze oddają populistyczny kierunek, w jakim podąża współczesny świat – nie tylko nasz kontynent. Żyjemy w brutalnych czasach i mój film stara się oddać ich nerw. Pokazuję Budapeszt jako miasto chaotyczne, nieprzewidywalne, niebezpieczne. Kamera wciąż jest w ruchu, penetruje różne obszary, zatacza kolejne piekielne kręgi. Od szczytów wieżowców po podziemne tunele metra.

Kornél Mundruczó

Urodzony w 1975 roku na Węgrzech reżyser filmowy, laureat Srebrnego Lamparta w Locarno za „Kilka pogodnych dni” (2002), nagrody FIPRESCI w Cannes za „Deltę” (2008) i Un Certain Regard za „Białego Boga” (2014). Zrealizował także głośną „Joannę” (2005) oraz „Łagodny potwór – projekt Frankenstein” (2010). Pracuje też w teatrze – w 2012 r. na deskach TR Warszawa wystawił „Nietoperza”, uznanego za najlepszy spektakl festiwalu „Boska komedia” oraz Kaliskich Spotkań Teatralnych.

Perspektywę wertykalną wprowadza tu przybywający z syryjskiego Hims Aryan, który potrafi latać. Niektórzy uważają go za anioła, mi przypomina nieco wirującego derwisza.
Nie ma wielkiego znaczenia, jak go nazwiemy, do której tradycji – chrześcijańskiej czy sufickiej – przyporządkujemy. Chodziło mi bardziej o zaszczepienie w nim czegoś cudownego, abstrakcyjnego, wymykającego się zdroworozsądkowemu rozpoznaniu. To był gest prowokacji i wielu faktycznie rozsierdził, zostałem nazwany nawet ikonoklastą. A przecież o Aryanie wiemy zaledwie trzy rzeczy: że jest uchodźcą, że jest muzułmaninem i że potrafi latać. Wszystko to jednak mocno kontrastuje ze społeczeństwem, w obręb którego się dostał, konfliktuje go z nim, wzbudza agresję, strach, ale też ciekawość. Bo wymyka się myślowym przyzwyczajeniom, stwarza przestrzeń do budowania własnych interpretacji, prowokuje. Zależało mi właśnie na tym, by postać ta była enigmą, a nie wyłącznie figurą Chrystusa – choć oczywiście pełni i taką funkcję. Ale to czy jest aniołem, derwiszem, czy może superbohaterem, dopowiadamy sobie sami.


Potrafi wzbić się w przestworza, ale jest także – jak Spiderman – niewinnym nastolatkiem uzbrojonym w supermoce, o które sam nie prosił. W spektakularny sposób łączysz europejski arthouse z amerykańskim kinem superbohaterskim.
Robię to bardzo świadomie. „Białym Bogiem” postanowiłem otworzyć swą karierę filmową na nowo, a przynajmniej zainicjować nowy jej etap. Wynikało to w dużej mierze z obserwacji, jak bardzo kino hollywoodzkie oddziałuje na nasze społeczeństwo, jak wchodzi pod skórę, jak wpływa na nasze myślenie. Zrozumiałem, że jako filmowiec wcale nie muszę z tym walczyć, że mogę z tego skorzystać. Kiedyś denerwowało mnie mieszanie kodów kulturowych: w naturalny sposób pewne symbole czy chwyty co innego znaczą w Ameryce, co innego w Azji, a jeszcze co innego tutaj. Z czasem jednak myśl, że będąc w Hollywood, musisz robić filmy hollywoodzkie, a mieszkając w Europie Wschodniej – wschodnioeuropejskie, zaczęła mnie uwierać i dusić. Zawsze miałem w sobie ducha rewolucjonisty, więc kiedy chciałem zbuntować się przeciw coraz bardziej przewidywalnemu i męczącemu kinu europejskiemu, które nieustannie poucza i przynudza, postanowiłem wejść w sojusz z inną tradycją. Okazało się jednak, że to tak samo nasz język – wcale nie tylko konwencja gatunkowa, ale po prostu część naszej wyobrażeniowości, wrażliwości, rzeczywistości. To wszystko tutaj jest.

W jakim sensie?
Żyjemy w manipulatorskim, populistycznym świecie, pełnym ostrych konfliktów i prostych rozwiązań. To nie przypadek, że Trump stanął na czele obozu „zachodniego świata” – tego rodzaju brutalność znajdziesz nie tylko w polityce, ale i na ulicy, w mediach społecznościowych, wszędzie. Musiałem po to sięgnąć i zmienić język, nie mogłem dłużej zamykać się na to, co napiera na nas ze wszystkich stron. Wzorem była dla mnie literatura Władimira Sorokina, którą uwielbiam. Łączy ona w sobie formy postsowieckie i hollywoodzkie, artystyczne i bulwarowe – tylko razem wszystko to tworzy przerażający realizm jego książek, pełnych znaczeń, tak profetycznych... Kiedy czytam napisany przez niego piętnaście lat temu „Lód”, który zresztą bardzo chcę zekranizować, albo „Dzień oprycznika”, to widzę, że on to wszystko, z czym mierzymy się dziś, przewidział. To imponujące i przerażające. To właśnie jego dzieła sprawiły, że postanowiłem włączyć do moich filmów więcej rzeczywistości i mówić do szerszego grona, a nie tylko elitarnej garstki. 

„Księżyc Jowisza”

Aryan zostaje postrzelony podczas nielegalnego przekraczania granicy. Trafia do obozu o zaostrzonym rygorze, gdzie odkrywa w sobie nadprzyrodzone moce. Kiedy opiekujący się nim cyniczny lekarz dowiaduje się, że chłopak potrafi lewitować, pomaga mu w ucieczce. Jest przekonany, że na cudownych zdolnościach przybysza znikąd, którego wiele osób bierze za anioła, można zbić fortunę.

To była także metoda Fassbindera – aby zyskać wpływ na społeczeństwo, postanowił mówić językiem, który ono rozumie. Językiem amerykańskich gatunków filmowych, które napełniał subwersywnym ładunkiem.
Myślę, że to najskuteczniejsza metoda. Rainer Werner Fassbinder to mój bohater – jeżeli miałbym wymienić jednego reżysera, który kompletnie odmienił moje myślenie o kinie, to byłby to właśnie on. Kiedy zaproszono mnie, bym wykładał w szkole filmowej, musiałem zadać sobie pytanie, czego właściwie mógłbym nauczyć studentów? I jedyne, co przychodziło mi do głowy, to wziąć na warsztat jego filmy i pokazać, jak w ich strukturze funkcjonowały hollywoodzkie klisze. To trochę wariackie, ale przez pewien czas właśnie to robiłem – pokazywałem studentom filmy Fassbindera. Moją metodą było zaczynanie zajęć od jego ostatnich dzieł – bardzo już hollywoodzkich melodramatów – i cofanie się do eksperymentalnych początków, aby pokazać, że najbardziej autorskie elementy były tam zawsze, w każdym okresie. Ale z dzisiejszej perspektywy widać, że europejskie kino – bardzo naiwne, czasem wręcz dziecinne – zajęć z Fassbindera nigdy nie odrobiło. Nie wytworzył się wspólny język, a w szkołach filmowych nie uczy się, jak ciekawie opowiadać ani jak manipulować obrazem.

Czy to „drugie otwarcie” pomogło ci się skomunikować z nową widownią?
Chciałbym, żeby tak było, i dostaję sygnały, że publiczność faktycznie zbliżyła się do moich filmów. Jestem jednak świadom, że sposób oglądania zmienił się całkowicie. Nie można już liczyć na tradycyjne metody dystrybucji kinowej, w ogóle sądzę, że kina pociągną może jeszcze jakieś dziesięć lat, czego oczywiście będzie mi szkoda, ale zmiany są częścią życia społecznego. Wierzę jednak, że nowe platformy dystrybucji w rodzaju Netflixa, Amazona czy Google’a mogą dać autorom filmowym sporo swobody twórczej, zmniejszając presję ekonomiczną, wywieraną na nich przez kosztowną dystrybucję kinową. Bez niej można poczynać sobie odważniej, co widać choćby w coraz bardziej radykalnych tematycznie serialach telewizyjnych. Wynika to rzecz jasna z ogromnej konkurencji między nimi – każdy chce przykuć uwagę czymś, czego jeszcze na ekranie nie było. Dlatego właśnie telewizja – przynajmniej do pewnego stopnia – staje się obecnie przyjaźniejszym miejscem dla eksperymentów formalnych i podejmowania ważnych tematów.

„Księżyc Jowisza”

Ty w „Księżycu Jowisza” bierzesz na warsztat temat uchodźczy, podejście do niego uwypukliło różnice między Europą Wschodnią a Zachodnią. W którym miejscu debaty sytuuje się twój film?
W każdym i w żadnym. Wiem, że lewica i liberałowie mają problem z moim filmem, dokładnie tak jak konserwatyści. Jeśli nie określasz z góry, z jakiej perspektywy patrzysz na rzeczy i czego widz powinien się spodziewać, zawsze będziesz miał problem z politycznym czy ideologicznym odbiorem dzieła. Z obu stron spotkałem się z zachwytami i atakami, bo to film prowokacyjny, nieoczywisty. Film na czasy kryzysu, kiedy na pewne kwestie nie ma łatwych odpowiedzi, choć niektórzy starają się do takich przekonywać. Bardzo schizofreniczny odbiór „Księżyca Jowisza”, który na Węgrzech zaskarbił sobie nieoczekiwanych fanów i równie zaskakujących oponentów, wiele mówi o naszych czasach i strasznie pogubionym społeczeństwie. Ale może to dobry znak, że coś jeszcze potrafi nas poruszyć?

Muszę przyznać, że i mnie sprowokowałeś. Straszenie zamachem terrorystycznym w Budapeszcie wydało mi się populistyczne.
Wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, co mogę, a czego nie mogę pokazać. Uznałem, że to część większego obrazu, na który składają się także społeczne lęki. Uznałem, że nie mogę cenzurować własnej wyobraźni, nie mogę uważać, aby mój film nie był nazbyt widowiskowy. Ale nie zawahałem się użyć też muzułmanina jako figury mesjasza, za co zostałem z kolei zaatakowany przez środowiska katolickie. Innym zaś nie podobał się w moim filmie obraz obozu dla uchodźców, nazbyt przypominający obóz koncentracyjny, choć akurat te ujęcia były quasi-dokumentalne. Walka o obrazy trwa, żywa jest kwestia wolności do tworzenia reprezentacji, prawa do prowokowania. Rozumiem twoje wątpliwości, ale nigdy nie zgodzę się na ugrzecznianie moich obrazów, a takie pokusy mają zarówno konserwatyści, jak i środowiska liberalne. W Europie Zachodniej, gdzie sporo pracuję, moje pomysły bywają odbierane jako dzikie, a ja sam jak jakaś wschodnioeuropejska bestia. Ale podejrzewam, że piszący o homoseksualnych przestępcach Genet też nie miałby dziś łatwo, coś na temat współczesnych tabu mówiły reakcje na fantastyczną, choć dla wielu obrazoburczą, książkę Jonathana Littella. Wolę być po ich stronie niż w kręgu uświęconej wieczną słusznością średniości.


Pod szarżą obrazów wyczuwa się w „Księżycu Jowisza” głód sacrum. Czy wołasz o przywrócenie Europie świata wartości?
Zastanawiam się po prostu, gdzie – także duchowo – jesteśmy. Polacy są bardziej ufni w kwestiach religijnych, czasem w sposób dość naiwny, ale chyba szczery, Węgrzy to cynicy. Straciliśmy poczucie transcendencji, zabiliśmy Boga i szukamy czegoś, czym dałoby się go zastąpić. Zresztą nie tylko my – to nie przypadek, że właśnie teraz pojawia się tyle superbohaterskich filmów, a i w kinie artystycznym coraz częściej napełnia się realizm elementami cudownymi, irracjonalnymi. Zawsze interesowało mnie, czym zastępujemy utraconą wiarę, w jaki sposób tworzymy nowych bohaterów i kim oni w istocie są. Moje wcześniejsze filmy i spektakle teatralne także krążyły wokół tych pytań i poszukiwań, bo dla mnie to również kwestia utrwalania czegoś, co wisi w powietrzu, nawet jeśli byłoby to wielkie nic. Ogromnie podziwiam twórców, którym to się udaje, takich jak Aleksiej German. „Mój przyjaciel Iwan Łapszyn”, „Chrustaliow, samochód!” czy „Trudno być Bogiem” stanowią dla mnie niedościgniony wzór uchwycenia ducha czasu historycznego. Również kiedy oglądasz filmy Kieślowskiego z lat 80., nie tylko widzisz to, jakie ludzie nosili fryzury czy stroje, ale zaczynasz rozumieć aurę tych czasów, emocjonalność, coś niemal metafizycznego. Filmy to nasza pamięć społeczna.

„Księżyca Jowisza”„Księżyca Jowisza”, reż. Kornél Mundruczó. Węgry 2017, w kinach od 26 stycznia 2018   Jak jest z tą pamięcią na Węgrzech? Często słychać narzekania twórców, że mimo sukcesów „Syna Szawła” czy „Duszy i ciała” sytuacja węgierskiej kinematografii jest fatalna.
Nie nazwałbym jej fatalną. Nasze filmy są mile widziane na rynkach zagranicznych, a sam Budapeszt zrobił się miastem prawdziwie filmowym. Tutaj każdy chce być dziś filmowcem, każdy ma opinię na temat kina (co czasami jest bardzo męczące), mamy fantastycznych fachowców. Ludzie tacy, jak Mátyás Erdély, który odpowiadał za zdjęcia do „Syna Szawła” czy pracujący ze mną przy „Księżycu Jowisza” i „Białym Bogu” Marcell Rév to absolutna formuła 1 światowej operatorki. Ale oni potrzebują sprzętu i ekipy na najwyższym poziomie, a te znajdują coraz częściej na rynkach międzynarodowych. Na Węgrzech pojawiło się sporo pieniędzy na produkcję, problem w tym, że nie każdy ma do nich dostęp. Powstaje dużo produkcji amerykańskich, francuskich czy niemieckich, bo te pieniądze są do wzięcia, ale łatwiej po nie sięgnąć zagranicznym twórcom niż węgierskim. László Nemes musiał stawać na głowie, by skończyć „Syna Szawła”, a Ildikó Enyedi starała się zrealizować „Duszę i ciało” przez piętnaście lat.

Dlaczego?
Ponieważ w myśleniu o kinie na Węgrzech wciąż dominuje optyka stricte kapitalistyczna, a przecież pod tym względem nigdy nie będziemy mogli konkurować z kinematografią amerykańską czy nawet skandynawską. Ale staram się nie przesadzać z pesymizmem. Czuję się czasem, jakbym uczestniczył na Węgrzech w bardzo dziwnym seansie spirytystycznym, z którego można się tylko śmiać, w komunistycznych czasach też zresztą była to strategia przetrwania. Po przyjęciu pewnej dozy absurdu nie da się już dłużej irytować, trzeba odszukać własny sposób na szczęście i robić swoje. Może jedno dzieło nie zmieni świata, ale wierzę w strategię kropel drążących skałę. Co zresztą innego nam pozostaje?