Obraz w kawałkach
„Amerykański sen”

7 minut czytania

/ Film

Obraz w kawałkach

Jakub Socha

Trzy etiudy – „Amerykański sen”, „60 kilo niczego” i „Najpiękniejsze fajerwerki ever” – ułożone w jeden blok, który można od piątku ogądać w kinach, mówią o Polsce i polskim kinie więcej niż niejeden długi metraż

Jeszcze 2 minuty czytania

Co łączy chłopaka z Głuchołazów, kierownika odkrywkowej kopalni, której nie widać z żadnej krajowej drogi, i trójkę warszawiaków, żyjących w alternatywnej lub bliżej nieokreślonej przyszłości? Prawdopodobnie nic. Trzy etiudy – „Amerykański sen” Marka Skrzecza, „60 kilo niczego” Pawła Domalewskiego, „Najpiękniejsze fajerwerki ever” Aleksandry Terpińskiej – wyprodukowane przez Studio Munka, a teraz ułożone w jeden półtoragodzinny blok, tworzą jednak ciekawy obraz Polski i młodego polskiego kina – wyłączając dokumentalistów i animatorów, krótkie filmy robią raczej młodzi. Ciekawy właśnie dlatego, że pokawałkowany, a nawet niekoherentny. W taki „Atak paniki”, który też jest składakiem kilku historii, wkrada się pewna monotonia – nieprzystające do siebie historie opowiadane za każdym razem przez tego samego reżysera siłą rzeczy stają się do siebie odrobinę zbyt podobne. Poza tym, jeśli powiedziało się „a”, to pewnie trzeba powiedzieć i „b”, dlatego też reżyserzy filmów nowelowych zaplatają je ze sobą tak, żeby utworzyły coś na kształt naciąganego wzoru świata. Filmów Skrzecza, Terpińskiej i Domalewskiego nikt o takie ambicje nie posądzi. Ale równocześnie powstały one w Polsce gdzieś w tym samym czasie. To chyba wystarczy, żeby pokazywać je, a potem mówić o nich równocześnie.

Skrzecz zaprasza nas do świata Opry Winfrey. Jego bohater Szymon, mimo tego, że pewnie nawet nie wie, kim jest Ophra, stara się wcielać w życie jej ulubioną maksymę życiową, która brzmi: „Wiem, że jeśli mój umysł jest w stanie coś wymyślić, a moje serce w to uwierzyć, uda mi się to zrealizować”. Same Głuchołazy, miasteczko w opolskim, wydaje się scenerią, która podpowiada raczej inne mądrości. Jakiś czas temu zniszczyła je powódź, teraz wymiera, powoli zarasta je trawa – przegrywa z naturą po raz drugi. Budynki się sypią. Banery z hasłem „codziennie niskie ceny” to jedyne, co urozmaica krajobraz. Są oczywiście jeszcze potłuczone lampy, psy na łańcuchach, zapuszczone boisko do kosza, mały warsztat, gdzie produkuje się meble. Chłopcy piją ciepłe piwo na torach kolejowych, to jedyna rozrywka, na którą mogą sobie codziennie pozwolić. I nagle na festyn w Głuchołazach przyjeżdżają kosmici – amerykańscy wrestlerzy z Polski, wśród których prym wiedzie wojownik w podhalańskich spodniach, tzw. portkach. Okazuje się, że w okolicach Wrocławia prowadzi on wrestlerską szkółkę. Szymon – chłopak słusznej postawy, zdecydowanie przy kości – postanawia się do niej zapisać i zostać jednym z nich.

Mógł Skrzecz zrobić z tej historii prawdziwą, klasyczną polską „porażkę” – materiał był. Miasto bez perspektyw, otyły chłopak ubrany w kresz z lumpeksu, podejrzany biznes. „Amerykański sen” – jak to sen – jest jednak innym filmem. To uparte przeciąganie widza na słoneczną stronę drogi. Skrzecz przeciąga widza, swojego bohatera nie musi nigdzie przeciągać. On już ma kochających rodziców, kolegów, którzy są za nim, trenera, który potrafi i chce go wrestlingu nauczyć. Wszystko, co później – co jest wymogiem pewnej narracji – czyli zmaganie się ze swoimi słabościami, przemiana, pierwszy upadek na deski, a potem zwycięstwo – jak w amerykańskim wrestlingu, jest czymś umownym, częścią konwencji. Szymon wygrał już wcześniej.

„Najpiękniejsze fajerwerki ever”, „Amerykański sen” i „60 kilo niczego”


O ile „Amerykański sen” oferuje rzadko spotykaną w naszym kinie optykę, o tyle „60 kilo niczego” jest przejażdżką po dobrze znanej polskiej krainie. Nowo mianowany kierownik kopalni po raz pierwszy pojawia się w pracy. Jeszcze nie zdąży się dobrze rozpakować, a już wnoszą mu do służbówki poszkodowanego pracownika, na którego osunęła się ściana. Dzwoni więc szybko po pogotowie, ale zanim zdąży sanitariuszom wyjaśnić, co zaszło, dostaje strzała w zęby od właściciela kopalni, który nie chce żadnej oficjalnej interwencji, bo pracownik jest Ukraińcem i pracuje nielegalnie. Domalewski, nagrodzony niedawno w Gdyni za „Cichą noc”, pokazuje, że i w krótkim metrażu czuje się całkiem dobrze – „60 kilo niczego” to dramat społeczny opowiedziany w ekspresowym tempie, sprasowany do niecałych dwóch kwadransów. Dotykający problemów dzisiejszej imigracji zarobkowej, a więc zakotwiczony w rzeczywistości, ale w jakiejś mierze pokazujący, że niektóre polskie tematy są co najmniej tak stare jak kino moralnego niepokoju. „To jest cywilizowany kraj”, mówi wyczerpany główny bohater etiudy Domalewskiego, jakby nie wiedział, na czym świat i na czym Polska stoi. Ten, który to słyszy, uśmiecha się tylko i odpowiada, że cywilizowany to on będzie, jak my go zbudujemy. A że do budowy potrzebne są ofiary? Cóż, chyba tylko warszawskim pięknoduchom wydaje się, że nie – Warszawa, jak w dawnych filmach Falka czy Holland, wydaje się bardzo daleko. Domalewski wystawia swojego bohatera na próbę i nie daje mu wiele czasu na podjęcie właściwej decyzji. A potem jeszcze każe mu spektakularnie upaść, jakby moralna porażka musiała mieć w sobie coś definitywnego. Finalny upadek kierownika ma jednak w sobie coś równie sztucznego, jak amerykański wrestling. Domalewski odbiera bohaterowi prawo do samostanowienia, jakby chciał  powiedzieć, że przed Polską każdy musi uklęknąć.

Aleksandra Terpińska dochodzi w zasadzie do tych samych wniosków, tyle że wcześniej odbiera swoim bohaterom prawo do szarpaniny i upadku. W etiudzie trawestuje „Przypadek” Kieślowskiego. „Najpiękniejsze fajerwerki ever” to jednak nie trzy warianty jednego życia opowiedziane jeden po drugim, tylko historia trójki bohaterów, którzy żyją obok siebie i ze sobą. Mamy więc rewolucjonistkę, wojaka i studentkę medycyny, która nie chce opowiadać się ani po stronie rządowej, ani po stronie opozycji. Jesteśmy albo w równoległym świecie, albo w niedalekiej przeszłości, która przypomina obrazki ze stanu wojennego. Po stolicy jeżdżą wozy opancerzone, ludzie rozrabiają koktajle Mołotowa, w szpitalach lekarze przemywają oczy tym, których dopadł gaz łzawiący i opatrują rany – kto zaczął i dlaczego, o co tak naprawdę toczy się walka, to Terpińskiej nie interesuje. Trójka bohaterów, która tworzy równocześnie trójkąt miłosny, ląduje w samym ogniu wydarzeń, ale szybko się z niego wymiksowuje. Żadna z opcji nie wydaje się na tyle istotna, żeby się w nią zaangażować. Kieślowski zanurzał swojego bohatera w rzeczywistość polityczną, a potem zanurzał go w rzeczywistość – Witek Długosz osiąga spokój nie jako opozycjonista, nie jako działacz partyjny, tylko jako lekarz. Leczenie ludzi daje mu sens. U Terpińskiej dla bohaterki, która studiuje medycynę, liczy się tak naprawdę wyjazd na zagraniczne stypendium. A gdy ten się oddala, zostają już tylko kolorowe dropsy, po których będzie można wreszcie zobaczyć tytułowe fajerwerki. Jest w tym geście katastrofizm prawie jak z Witkacego, poczucie, że świat się kończy i że w zasadzie trzeba na ten koniec poczekać w jak najbardziej sprzyjających okolicznościach. Jest w nim też pewna irytująca wielkomiejska mizantropia, poczucie, że tak naprawdę nic od nas nie zależy, tak więc nie ma co się rzucać, ważne, żeby po prostu choć przez chwilę było przyjemnie. Reżyserka ich za to ukarze. Jest w tej karze coś równie bezsensownego, co bezsilnego. Jakby Terpińska sama nie wiedziała, czego chce.

Cykl tekstów współfinansowany przez:

PISF