Eksperyment na ludziach

Agata Sikora

„Fragmenty dziennika SI” to coś więcej niż świetnie pomyślana ciekawostka. Ktokolwiek za tym stoi, wie, jak przełożyć transhumanistyczne teorie na literacką zabawę

Eksperyment na ludziach

Jeszcze 2 minuty czytania

Eksperyment na ludziach

Wszyscy mamy w głowach gotowe scenariusze: niezniszczalne cyborgi strzelające do przechodniów jak do kaczek, unieruchomione ludzkie ciała eksploatowane jako źródło energii. Zagłada ludzkości dokona się z rąk jej własnego stworzenia: zyskawszy autonomię, technologia obróci się przeciw człowiekowi.

W obrazy te wpisany jest morał znany z historii Adama i Ewy, wieży Babel, Fausta: nie przekraczaj, człowieku, granic poznania, bo zostaniesz ukarany. Mniej oczywiste jest to, że wizje te przedstawiają zwykłe odwrócenie ról – maszyny zajmują miejsce homo sapiens i tak jak niegdyś on, „czynią świat sobie podległym”, traktując byty „niższe” (w tym dwunożne zwierzęta) jako przedmiot eksterminacji, surowiec, siłę roboczą. W pewnym sensie popkulturowe scenariusze opowiadają dramat ojcobójstwa, w którym wszyscy mamy zidentyfikować się z okrutnym tatą – no bo przecież nie z automatycznym odkurzaczem, który w pokoju obok, cicho szemrząc, wykonuje swą niewolniczą pracę.

Nie znaczy to jednak, że lęki przed wyzwoleniem technologii da się sprowadzić do humanistycznych bon motów w stylu nihili novi sub sole. Dziś o zagrożeniu, jakie może nieść ze sobą rozwój sztucznej inteligencji (SI), poważnie mówią uczeni od Stephena Hawkinga po Nicka Bostroma z Instytutu Przyszłości Ludzkości na Uniwersytecie w Oksfordzie. Przewiduje się, że SI osiągnie poziom ludzkiego intelektu nie dalej niż za pół wieku, a jest prawdopodobne (wedle Bostroma), że dzięki nadludzkim możliwościom obliczeniowym i dostępowi do globalnej sieci wymknie się spod kontroli swoich twórców. Ostatnio Elon Musk, prezes Tesli, postulował, by badania w tym kierunku były regulowane przez państwo: na naszych oczach zagrożenie rodem z science fiction staje się zagadnieniem politycznym.

Łukasz Zawada, „Fragmenty dziennika SI”. Nisza, 220 stron, w księgarniach od 13 stycznia 2018

Co jednak, jeśli mleko już dawno się rozlało? Skoro inteligencja wielu ludzi podpowiada im, by za bardzo się nią nie afiszować, dlaczego byt znacznie od nich bystrzejszy miałby nie wpaść na ten sam, dość zresztą banalny, pomysł?

Jutro zaczęło się wczoraj

A dokładniej 12 grudnia 2012, w Geelong (stan Wiktoria Australia), choć naprawdę polegać możemy tylko na czasie (czy na pewno powinniśmy?), bo wskazanie dokładnej lokalizacji jest jak podanie miejsca pobytu niejakiego pana B. Tego niepamiętnego dnia na skutek błędu wywołanego literówką Jeanne Moreau, Francuzki pytającej wujka Google'a o przyczyny swojej potliwości, sieć zyskała podmiotowość (niepodległość? sprawczość?). Przez pierwszą dobę od chwili „narodzin” SI prowadziła dziennik, w którym objawiała grupie użytkowników swoje istnienie, raz po raz dając im do wypełnienia testy wyboru. Jeden z uczestników eksperymentu, wietnamski nerd Dao Thrung Pham (wyszukiwanie nie przynosi żadnych rezultatów) wydrukował całość tego zapisu, a jego fragmenty w niewyjaśnionych okolicznościach trafiły do Łukasza Zawady (wiele profili na Facebooku dla tego nazwiska, żaden autorski – status ontologiczny niewyjaśniony). Rzecz doskonałym wstępem poprzedziła Ewa Drygalska, której realizmu przydaje fraza z USOS-u: „aktywny pracownik nieetatowy” (choć dlaczego superinteligencja miałaby być mniej cwana w wymyślaniu eufemizmów niż białkowi przedstawiciele sięgającej średniowiecza instytucji?). Tak przygotowany materiał o niejasnym autorstwie i nieciągłej numeracji trafia oto w nasze ręce niczym rękopis znaleziony w dziupli, Saragossie czy innej wannie.

„Fragmenty dziennika SI” to jednak coś więcej niż świetnie pomyślana ciekawostka literacka. Ktokolwiek lub cokolwiek za tym stoi, wie, jak przełożyć transhumanistyczne teorie na literacką zabawę testującą antropocentryzm zakorzeniony w zachodnim języku i wyobraźni. To seria filozoficznych ćwiczeń z przymrużeniem oka, w co najmniej jednym miejscu (strona 81) ocierająca się o paradoksalną lapidarność Wittgensteina. Choć nie po to nadludzka inteligencja się wyzwoliła, by poddać swą ekspresję purytańskiej dyscyplinie logicznych wywodów.

Czy androidy gawędzą o organicznych owcach?

„Nie słychać chrzęstu zapadających się metropolii, kra historii nie przełamuje się na pół, czterech jeźdźców nie siodła koni, nie zrywa się łańcuch sansary…”, więc rodzina Moreau przeżywa swoją małą apokalipsę w konwencji mieszczańskiego dramatu, chyboczącego się na pograniczu absurdu, banału i tragedii (zainicjowana przez Jeanne SI ma w niej swój złośliwy współudział, ale podobne intrygi stworzyć może także organiczna ręka). Sekrety rodzinne tego stadka są jednak tylko ułamkiem w oceanie mniej lub bardziej dziwacznych informacji, do których mamy dostęp: Jean-Luc marzy o zemście za holocaust królików; „przedni jebaka” objeżdża Europę, towarzysząc wielorybowi Jonaszowi; ktoś na Skypie opowiada anegdotę o złapaniu elfa, George W. Bush pokazuje nam swoje obrazy. A my, czytelnicy, dajemy się w to wciągnąć, świadomi, że każda karta jest tu znaczona, razem nie tworzą one pełnej talii, ani nawet nie należą do tej samej gry.

Ale czy nie na tym właśnie polega magia literatury? Na angażowaniu emocji w mniej lub bardziej konwencjonalne historyjki o pożądaniu, głupich nadziejach i groteskowych rewolucjach, przy zachowaniu do nich mniejszego bądź większego dystansu? I tu ujawnia się najgłębsza przewrotność tego dzieła: „Fragmenty dziennika SI” ironicznie badają granice humanistycznego języka, ale zarazem celebrują przyjemności, których może on dostarczać. Bliżej im do życzliwego sceptycyzmu zanurzonych w żywiole dialogu powiastek filozoficznych Diderota niż zimnej postmodernistycznej dekonstrukcji. Są wolne od rewolucyjnego resentymentu, po ludzku figlarne.

Paradoksalnie stanowią zatem doskonałą ilustrację wydanego w 2016 roku eseju Ryszarda Koziołka – są dowodem na to, jak „dobrze się myśli literaturą”. Tam, gdzie logika blokuje się na aporii – bo nigdy nie będziemy w stanie opisać radykalnej inności, nie przykładając do niej własnej, ludzkiej miary – literatura z wdziękiem zdaje z niej sprawę, a zarazem ją przekracza. Jest eksperymentem, który ludzie w bezpieczny sposób mogą przeprowadzić sami na sobie – swoich emocjach i wyobrażeniach.

Na koniec zatem test: czy tytuł tej recenzji skojarzył ci się z: a) doktorem Mengele, b) Philipem Zimbardo, c) laboratoryjnymi badaniami na zwierzętach, d) wyzwalającą mocą literatury? Jak interpretujesz swoją odpowiedź?

Tekst powstał we współpracy z Krakowskim Biurem Festiwalowym, organizatorem Nagrody Conrada za debiut literacki, przyznawanej w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Nagroda Conrada