Do zobaczenia nocą

5 minut czytania

/ Film

Do zobaczenia nocą

Jakub Socha

Nagrodzoną Złotym Niedźwiedziem „Ciało i duszę” można nazwać romansem, film przypomina slalom przez różne przeszkody, którego metą jest miłość. Jest to jednak romans inny niż wszystkie, zaczyna się w rzeźni

Jeszcze 1 minuta czytania

„Zabijanie było rzeczą dobrą i gorącą, taką, jak pocałunek. Jakie to dziwne: w języku węgierskim współbrzmią i wynikają z siebie dwa słowa: oles (zabijanie) i oleles (obejmowanie)... Otóż to” – mówi stary generał w „Żarze” Sándora Máraia; z żalem, że to odeszło. Chwilę wcześniej wspomina swojego arabskiego przyjaciela, który pewnego wieczora, pośrodku podwórza, ubrany w biały burnus, wyjął nóż i własnoręcznie zarżnął przyprowadzone przez służbę jagnię. Generał widzi w tym geście powtórzenie gestu Abrahama, a nawet więcej – powtórzenie gestu pierwszego człowieka, który zaczął się właśnie wtedy, gdy zacisnął palec wskazujący na broni i zabił. W zabijaniu jest według niego coś z ofiary, coś symbolicznego i namiętnego. Religijnego i zmysłowego. W rozgrywającym się współcześnie węgierskim filmie „Dusza i ciało” w reżyserii Ildikó Enyedi, Edre, dyrektor rzeźni, pyta w trakcie rozmowy rekrutacyjnej zadowolonego z życia byczka: smutno ci na widok tych zwierząt? Ten przez chwilę przewraca oczami, a potem z uśmiechem odpowiada: nie, no skąd. Powinieneś, synku, poszukać sobie innej pracy, słyszy na odchodnym od szefa, choć i tak zostaje przyjęty. Chętnych pewnie nie ma zbyt wielu, żeby przez cały boży dzień przykładać rękę do zabijania na przemysłową skalę.

Nie, nie ma w tym nic wzniosłego. Są zimne ściany, cichy szum maszyn, szlauch spłukujący krew do studzienki osłoniętej metalową kratą, rząd haków, na które nadziewa się tusze mięsa i przerzuca do dalszej obróbki. Ale mimo wszystko właśnie tu, gdzie do jedynej interakcji między ludźmi dochodzi w stołówce pracowniczej, Edre (Géza Morcsányi), dyrektor rzeźni, i Mária (Alexandra Borbély), nowo przyjęta pracownica kontroli mięsa, wpadają sobie w oczy. A potem jeszcze dowiadują się, że śnią te same sny. Jeden z amerykańskich motywatorów biznesu pisał kiedyś, że najlepszym sposobem na osiągnięcie sukcesu jest powtarzanie sobie przed snem, czego się chce, a potem spokojne czekanie pod kołderką aż podświadomość podpowie najlepszy sposób realizacji. Edre i Mária nic nie deklamują przed zaśnięciem, zamiast tego miewają rozmaite odruchy warunkowe, które kojarzone są z samotnością w dużym mieście. Ale i oni liczą na to, że gdy zamkną oczy, znajdą odpowiedź, choćby na pytanie, jak zbliżyć się do drugiego człowieka na jawie.

„Dusza i ciało”, reż. Ildikó Enyedi



Enyedi, która za „Ciało i duszę” otrzymała w zeszłym roku Złotego Niedźwiedzia w Berlinie, bada napięcie między olesoleles na większym luzie niż Márai. A równocześnie jedno przechodzi w drugie przy dużo większym oporze. Rzeźnia na pewno nie jest miejscem dla wzniosłych rytuałów; sen, czyli moment bliski śmierci, kiedy człowiek wypisuje się na kilka godzin ze świata, inaczej niżby chcieli spece od biznesu, też nie przynosi gotowych rozwiązań – Mária i Edre śnią, że są hasającymi wspólnie po lesie dzikimi zwierzakami. Jeśli zaś chodzi o obejmowanie – Endre jest częściowo sparaliżowany, ma niedowład jednej ręki, nikogo już nie obejmie, poza tym mówi, że dawno dał sobie spokój z kobietami; w Márii z powodzeniem „Dusza i ciało” Ildikó Enyedi„Dusza i ciało”, reż. Ildikó Enyedi. Węgry 2017, w kinach od 26 stycznia 2018można rozpoznać zespół Aspargera: niczego nie potrafi zapomnieć, nie posiada komórki, bez przerwy walczy z nieporządkiem, i przede wszystkim boi się jakiegokolwiek dotyku. Enyedi tasuje z wdziękiem oniryzm z realizmem, komedię z romansem, absurd i sentymenty. Sceny z tętniącej życiem i śmiercią rzeźni z nocnymi scenami z lasu, gdzie wszystko wydaje się odrobinę nierzeczywiste. Lunch, w trakcie którego kierujący działem HR radzi Endre, żeby trzymał swoją kobietę krótko na smyczy, by chwilę później położyć uszy po sobie przed żoną, również pracującą w tym samym zakładzie; z uroczystą kolacją, na którą Endre zabiera Márię, ale oboje nie wiedzą, jak podczas niej ze sobą rozmawiać. Słowa jakby poodklejały się od znaczeń, utarte zwroty przestają być zrozumiałe, każda aluzja jest traktowana opacznie, a gra językowa – całkiem dosłownie.

Jeśli nawet Ildikó Enyedi wpuszcza swoich bohaterów w labirynt pełen absurdalnie zapętlających się ścieżek, to szuka z nimi z niego wyjścia. Momentu, gdy człowiek budzi się do życia – uwolniony od ciała umysł powraca do nieposłusznego mu ciała, a obolała głowa wreszcie się cieszy. Jedno i drugie nie może się doczekać spotkania z drugą osobą – z kimś, kogo chce się objąć.