Technologie dla spokoju
Gerd Leonhard CC BY-SA 2.0

12 minut czytania

/ Media

Technologie dla spokoju

Magda Bocheńska

Czy na pewno potrzebujemy, żeby komputer informował nas o tym, że w lodówce spleśniał pomidor? Pleśń sama w sobie jest przecież bardzo skuteczną informacją, której nie trzeba elektronicznie powielać

Jeszcze 3 minuty czytania

Media straszą nas badaniami dowodzącymi fatalnego wpływu, jaki na funkcjonowanie naszych mózgów ma uleganie chaotycznym bodźcom. Podłączeni do sieci składającej się z 8 miliardów urządzeń (jak wyliczyli analitycy amerykańskiego Gartnera), narzekamy na ciągłe powiadomienia, uzależnienie od mediów społecznościowych i drżymy na myśl o domu, w którym nawet lodówka ma nam coś do powiedzenia. Internet to już nie tylko zbiór stron internetowych i aplikacji, które przeglądamy w telefonie, ale też połączone z globalną siecią inteligentne zegarki czy termostaty, które za plecami właściciela dogadują się z samochodem i podkręcają temperaturę w salonie, kiedy ten zbliża się do domu. Łatwo sobie wyobrazić, że dzięki internetowi rzeczy niedługo będziemy od wspomnianej lodówki dostawać sygnał, że zepsuło się stojące w niej mleko  takie powiadomienie mogłoby się przydać, gdy akurat jesteśmy w supermarkcie, ale w trakcie randki nie jest to najpilniejsza wiadomość.
 
Internet rzeczy jest jednocześnie zbawieniem i przekleństwem, a argumenty o wygodzie płynącej z podłączenia skrzynki mailowej do smartwatcha siłą rzeczy muszą być zderzane z pytaniem, czy naprawdę nie możemy mieć nawet chwili spokoju od wszechobecnej sieci. O potrzebie tego spokoju mówi choćby rosnący trend technologicznych detoksów – zorganizowanych kolonii dla dorosłych bez dostępu do internetu, laptopów i smartfonów, gdzie zabronione są nawet rozmowy o Facebooku. A gdyby tak technologie były projektowane w taki sposób, by zamiast irytować – uspokajać i wyciszać?
 
Koncepcjaspokojnej technologii” nie jest nowa – pojawiła się w branży IT na długo przed lawiną konsumenckich rozwiązań ze świata internetu rzeczy. Z inicjatywą zbudowania zdrowych relacji z otaczającymi nas technologiami wyszli już w 1995 roku Mark Weiser i John Seely Brown, inżynierowie z Xerox-PARC. Dominujące wówczas potężne i nieporęczne komputery stacjonarne wymagały skupienia na nich całej uwagi – żeby wydobyć z komputera choćby najprostszą informację, użytkownik musiał wykonać cały szereg skomplikowanych czynności. W tekście Designing Calm TechnologyWeiser i Brown sformułowali wówczas, jak sami je określili,najważniejsze wyzwanie stojące przed projektantami technologii XXI wieku” – jak tworzyć technologię w taki sposób, by urządzenia i systemy, z których na co dzień korzystamy, zamiast irytować nas i wyrywać ze stanu skupienia, w dyskretny sposób wyposażały nas w informacje, których w danym momencie potrzebujemy. W 95 roku Weiser i Brown przewidzieli istnienie masowego internetu rzeczy i skupili się na konsekwencjach, jakie może nieść za sobą umieszczenie w otoczeniu człowieka dziesiątek niewielkich (w opisanej przez nich rzeczywistości – niezauważalnych) urządzeń elektronicznych. Ponad 20 lat po tej publikacji to wyzwanie wydaje się nie tylko aktualne, ale coraz bardziej domagające się skutecznego rozwiązania.
Mark Weiser był wizjonerem, który w 1988 r. ukuł pojęcie ubiquitous computing, na polski tłumaczone jakoprzetwarzanie bez granic”. Wyodrębnił trzy ery w technologii – w pierwszej do obsługi jednego komputera potrzebnych było kilka osób, w drugiej, erze komputerów osobistych, do jednego użytkownika należał jeden komputer, a w trzeciej (która w momencie, gdy Weiser formował swoją teorię, miała dopiero nadejść), na jedną osobę będzie przypadało wiele podłączonych do wspólnej sieci urządzeń. W czasach, gdy mało komu śniły się takie rewolucje, Weiser zastanawiał się, jak taką sieć należałoby zaprojektować, żeby komputery nie tylko współdziałały z ludźmi w sposób fizycznie niewidzialny, ale żeby świat naszpikowany elektroniką pozostał dalej jak najbardziejludzki”. W odróżnieniu od wchodzących wówczas na rynek palmtopów, komputery przyszłości miały nie być wyłącznie osobistymi asystentami, przypisanymi do swoich właścicieli, ale w sposób niemal niezauważalny rozmieszczać niezbędne informacje w otoczeniu ludzi. Podstawą projektowanych systemów miała być ich niewidzialność oraz założenie, że nie będziemy musieli już nosić ze sobą urządzeńinformacja byłaby automatycznie dostępna wszędzie tam, gdzie jej potrzebujemy.Podczas gdy prywatny komputer robi daną rzecz za ciebie, komputer bez granic pozostawia cię z wrażeniem, że zrobiłeś to samodzielnie” – pisał Weiser. Przetwarzanie bez granic” było więc określone nie tylko jako problem stricte techniczny, ale jako wyzwanie z pogranicza informatyki, inżynierii i nauk społecznych. 
 
Wygląda na to, że obecny problem z ilością powiadomień (smartfon, smartwatch, projekty mądrych lodówek, a nawet luster, które chcą serwować nam codzienną porcję wiadomości) nawet by nie istniał, gdyby projektanci od początku trzymali się wytycznych Weisera. W publikacjiThe Computer for the 21st Century” pisał:próbujmy wobec tego stworzyć nowy sposób myślenia o komputerach w świecie – sposób, który uwzględni naturalne środowisko człowieka i pozwoli samym komputerom rozpłynąć się w tle”.
Weiser zmarł na nowotwór żołądka w 1999 roku, a jego teorie zostały na kilkanaście lat właściwie porzucone przez globalne środowisko IT. W świecie biznesu, eksplozji internetu i równie szybko rosnącej chęci zysku dużo bardziej praktyczne wydało się podążanie za radami Daniela Kahnemana, psychologa i autora bestselleruPułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym” czy Steve’a Kruga, specjalisty od użyteczności interfejsów, który swoją książkę o projektowaniu zatytułował po prostuNie każ mi myśleć” („Don’t make me think”). Projektanci technologii zachwycili się prostymi objaśnieniami działania ludzkiego umysłu i czym prędzej zaczęli wprowadzać je w życie. Nie sposób odmówić Krugowi i Kahnemanowi racji, a opisywanym przez nich teoriom słuszności. Jednak globalny trend opierający się na szukaniu drogi na skróty stworzył otoczenie technologiczne, od którego chcemy jak najdalej uciec. Ekonomia i w ślad za nią dizajn zachwyciły się psychologią behawioralną i odkryciami, które autorom przyniosły Nobla, a nam życie w świecie, w którym nieświadome potrzeby i pragnienia są rozszyfrowywane w celu skutecznej monetyzacji.
 
 
O tym, jaki wpływ miały odkrycia Kahnemana na współczesny świat technologii, mogą świadczyć dwa przeprowadzone przez niego kursy, w których wzięli udział m.in. Jeff Bezos (twórca i właściciel Amazona), Larry Page (Google), Sergey Brin (Google), Nathan Myhrvold (Microsoft), Sean Parker (Facebook), Elon Musk (SpaceX, Tesla), Evan Williams (Twitter) i Jimmy Wales (Wikipedia). Nie jest żadnym zaskoczeniem, że priorytetem dla najpotężniejszych person współczesnego świata nie jest sprawienie, żeby technologie w zrównoważony sposób służyły ich użytkownikom, ale taki projekt interfejsu, który przyniesie maksymalny zysk jego twórcy. Znajomość mechanizmów, którymi nieświadomie kierujemy się przy podejmowaniu decyzji, pozwala wpływać na te procesy nie tylko w polityce, ekonomii czy reklamie, ale też wtedy, gdy trzonem biznesu jest konkretna technologia lub elektroniczne urządzenie. Wykonawcami woli prezesów stali się więc między innymi projektanci, którzy, aby sprostać biznesowym wyzwaniom, opierali swoje zasady pracy na lekturze Kahnemana, a nie esejach Weisera.
 
Pojęcie Calm Technology przywróciła do technologicznego mainstreamu Amber Case, antropolożka i projektantka doświadczeń. Jak pisze we wstępie do swojej książkiCalm Technology: Principles and Patterns for Non-Intrusive Design” (2015), głos Weisera i Browna jest obecnie potrzebny bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Technologie wdzierają się w nasze życie często w momentach, kiedy wcale ich nie potrzebujemy albo nawet nie życzymy sobie ich obecności, jednocześnie uzależniając nas od siebie i swojej nieprzywidywalności. Jesteśmy na granicy epoki smartfonów, które nosimy ze sobą, i eksplozji internetu rzeczy, których nie będziemy musieli ze sobą zabierać, a które – połączone w jedną, globalną sieć – będą dbać o to, żeby serwować nam informacje w sposób, który będzie w interesie zleceniodawcy (reklamodawcy lub właściciela danego systemu informacji). 
 
 
Amber Case rozwija tezy Weisera i Browna, odnosząc je do istniejących już rozwiązań i urządzeń. W pierwotnych tekstach opisujących Calm Technology  kluczowym pojęciem była peryferyjność – rozumiana jako nazwa dla tych interakcji, które zachodzą w naszym otoczeniu, mimo że nie podejmujemy w tym celu żadnych świadomych akcji. Spokojne technologie miałyby więc płynnie przełączać się pomiędzy centrum uwagi a jej peryferiami, jak w przypadku aplikacji, która w ciągu nocy analizuje sen użytkownika i rytm głębokości snu, żeby nad ranem uruchomić budzik w najbardziej korzystnym dla niego momencie. 
 
Case sformułowała osiem zasad współczesnych spokojnych technologii:
  1. Technologie powinny wymagać od nas jak najmniej uwagi.
  2. Technologie powinny sprzyjać wytwarzaniu spokoju.
  3. Technologie powinny wykorzystywać to, co peryferyjne.
  4. Technologie powinny wzmacniać to, co najlepsze w technologii i najlepsze w ludzkości.
  5. Technologie powinny się komunikować, ale nie muszą mówić.
  6. Technologie powinny działać nawet wtedy, gdy zawodzą.
  7. Odpowiednia ilość technologii to dokładnie tyle, żeby rozwiązać dany problem.
  8. Technologie powinny szanować normy społeczne.
„Głównym zadaniem człowieka nie jest korzystanie z technologii, ale bycie człowiekiem. Oferujmy więc ludziom dokładnie tyle, ile potrzeba, żeby mogli rozwiązać dany problem – nie więcej” – napisała w manifeście na swojej stronie, calmtech.com. Opisując sposoby na wprowadzenie w życie tych zasad, Case przywołuje przykład inteligentnych lodówek, które mogłyby informować nas, kiedy schowane w niej produkty zaczną pleśnieć – zastanawia się jednak, czy na pewno potrzebujemy, żeby informował nas o tym komputer? Pleśń sama w sobie jest przecież bardzo skuteczną informacją, której nie trzeba elektronicznie powielać.
„Uspokajanie” technologii jest według Case raczej procesem polegającym na podążaniu za określonym systemem wartości niż algorytmem, który wystarczyłoby raz uruchomić i cieszyć się natychmiastowym efektem. Twórcy technologii zawsze mogą zmniejszyć liczbę powiadomień, ograniczyć liczbę funkcjonalności, stonować projekt graficzny – można jednak wątpić, czy zatrudnieni do stworzenia nowego systemu bądź urządzenia zdecydują się na ten kierunek. W przypadku prostego sklepu internetowego najprawdopodobniej każdy uległby pokusie ustawienia krzykliwych przycisków w miejscu, w którym należy nakłonić użytkownika do dokonania dodatkowego zakupu, w imię społecznego dowodu słuszności sugerując mu, że takiego właśnie wyboru dokonaliby jego przyjaciele. Nie są tu winni jednak sami projektanci, którzy potrafią tak zbudować interfejs, żeby zrealizować wyznaczony cel, ale ci, którzy te cele wyznaczają – spokoju użytkownika nie da się tak łatwo zmonetyzować.
 
Czy Calm Technology ma więc szanse zdominować technologiczne trendy i zyskać popularność, której życzą sobie chyba wszyscy, którzy dzielą codzienność z nowymi technologiami? Odpowiedź na to pytanie związana jest nierozerwalnie z dylematem (żeby nie powiedzieć: konfliktem) pomiędzy etyką a biznesem: czy opłaca się inwestować w rozwój produktów, których główną funkcją nie będzie zarabianie pieniędzy, lecz realne służenie użytkownikowi? Intuicja podpowiada, że tego rodzaju produkty miałyby szansę na prawdziwą popularność, a więc przyniosłyby odpowiedni zysk twórcom. Jak na razie przeważa jednak ryzyko, że nie docenimy komputerów, które wtopią się w tło naszych codziennych interakcji. Przyjęcie niewidzialności urządzeń jako nadrzędnej zasady ich projektowania mogłoby pozbawić ich twórców możliwości nachalnej sprzedaży poprzez te niewidzialne kanały. Spokojne technologie pozostaną więc najprawdopodobniej jedynie marzeniem, niezrealizowaną wizją, próbą alternatywnego podejścia i hasłem wygłaszanym na konferencjach. Chwilą oddechu w świecie, w którym zarabia się na kradzieży uwagi użytkowników.