Lesbijka w cudzysłowie
Bob May CC BY-NC-SA 2.0

25 minut czytania

/ Obyczaje

Lesbijka w cudzysłowie

Renata Lis

Nie jestem tym słowem, a ono mnie nie wyraża: co najwyżej przecina się ze mną w jednym punkcie. Mogę go czasem użyć w celach, które sama wybiorę, i w określonych sytuacjach (zwłaszcza politycznych), ale nie chcę, żeby ono automatycznie używało mnie

Jeszcze 6 minut czytania

Gdyby zestawić ranking zabobonów współczesności, nienormatywna tożsamość seksualna musiałaby uplasować się w nim wysoko. W kręgach postępowej wielkomiejskiej inteligencji fajnie taką mieć, a najfajniej taką być. Na przykład – być lesbijką. Ileż to osób na świecie co roku z entuzjazmem wygłasza to proste w konstrukcji zdanie, które stało się rytualną formułą coming outu: „Jestem lesbijką”. Ile osób właśnie w tej chwili plotkuje o znajomych: „Wiesz? Ona jest lesbą!”.

A przecież L to dopiero pierwsza litera skrótowca LGBT, który w wersji polskiej (elgiebete) lub angielskiej (eldżibiti) słychać zawsze wtedy, kiedy mowa jest o tak zwanych mniejszościach seksualnych. Litery G, B i T to kolejne atrakcyjne możliwości samookreślenia, kolejne seksualne tożsamości: gay, bisexual, transgender. Z czasem doszły nowe: queer (questionning), intersexual, asexual (androgynous), pansexual (polyamorous) i kinky, sam skrótowiec zaś osiągnął niemożliwą do zapamiętania, a mimo to wciąż niekompletną postać LGBTQIAPK.

Uczciwie przyznaję, że rozwinięcia pięciu ostatnich liter sprawdziłam w sieci i nie mam pojęcia, co to jest tożsamość kinky, jednak istnieją ludzie, którzy traktują te alfabetyczne oznaczenia ze śmiertelną powagą, jaka należy się podstawom bytu. Szukają wśród nich substancji własnej tożsamości, aż wreszcie znajdują to jedno jedyne słowo, którym mogą być. Swoją tożsamość traktują odtąd jako totalną i trwałą formułę własnej osoby, jako jej wyczerpujący i niezmienny wyraz, tak jak pewien mój kolega z dawnych lat, który przedstawiał się, mówiąc: „Dzień dobry, jestem pedałem”. Tożsamości takiej towarzyszą określone dodatki, sprzedawane (w przenośni i dosłownie) w pakiecie jak akcesoria dla lalki Barbie: znajomi dobierani na podstawie kryterium tego samego erotycznego wyznania, sprofilowane zainteresowania (literatura i film wyłącznie z odpowiednim tożsamościowym wątkiem), branżowa fryzura i strój, a nawet dieta (koniecznie wegetariańska, choć najlepiej jednak wegańska). Jeżeli takie silnie utożsamione osoby tworzą sztukę, zawsze będzie to sztuka pod auspicjami właściwej litery: lesbijska, gejowska, biseksualna i tak dalej, a tematem będzie własna seksualna tożsamość, jej inkarnacje i przygody. Tożsamość seksualna zawsze jest źródłem i celem takiej sztuki, która podkreśla swój separatyzm w stosunku do kultury uniwersalnej i innych kultur tożsamościowych, a każde wykroczenie poza ten zaklęty krąg uznawane jest za zdradę własnego plemienia, co zresztą nie wyklucza  roszczeń pod adresem zewnętrznego świata, żeby zauważył, docenił i zaakceptował.

Nie ma w tym oczywiście nic złego, bo nikt tu nikomu (poza sobą ewentualnie) nie szkodzi, choć wynikają z tego czasem zabawne historie. Wielokrotnie obserwowałam na przykład sytuację, kiedy na forum LGBT ktoś się awanturował, że w książce, filmie albo w programie mniejszościowej imprezy nie uwzględniono tożsamości spod znaku B czy P, o której ta osoba sądziła, że nią jest, a to z kolei miało czynić dany artefakt bądź akcję kompletnie dla tej osoby nieinteresującą, w praktyce ją wykluczając. Bo przecież ludzie nieheteronormatywni nie mają po co czytać „Anny Kareniny”, ponieważ z definicji nie mogą mieć dostępu do heteronormatywnych uczuć, lesbijki nie mają po co oglądać filmów o nielesbijkach, osoby trans praktycznie nigdy nie mają co oglądać, i tak dalej według tego samego nużącego algorytmu.

Obserwowałam też niedawno środowiskową wojenkę lesbijsko-gejowską o równy dostęp do łamów pewnego zasłużonego periodyku: lesbijki zarzucały gejom, którzy wydają pismo, że za dużo w nim gejów, a za mało lesbijek, i domagały się tożsamościowego parytetu: szpalta za szpaltę, za każde G jedno L. Wtedy odezwały się literki B, T i A, że też istnieją i żeby o nich nie zapominać, ale nikt nie zwrócił na nie uwagi. Geje napomknęli coś o atrakcyjności kierowanych do druku materiałów, a jeden z nich wyznał, że z braku odpowiednich tekstów sam pisze czasem lesbijskie opowiadania pod pseudonimem, ale nikt nie odważył się powiedzieć, że król jest (najdosłowniej) nagi: bo przecież, skoro pismo z konieczności łączy w sobie cechy gazety opiniotwórczej, kulturalnej, poradniczej oraz last but not least erotycznej, a zainteresowani i zainteresowane uprawiają w podgrupach wyłącznie twórczość skupioną na własnej seksualności, to konflikt staje się nieunikniony. Niezajmujący się profesjonalnie sztuką gej raczej nie spojrzy z zainteresowaniem na tożsamościowe dzieła lesbijek, ponieważ częste w nich motywy waginalne wywołują w nim w najlepszym razie poczucie obcości, a niezajmująca się profesjonalnie formami tożsamościowej ekspresji lesbijka z analogicznych powodów nie będzie się interesować eksplodującymi męskimi rozporkami szczodrze prezentowanymi w piśmie. Seksualnie zdefiniowane tożsamości oznaczają seksualną segregację i nie ma od tego ucieczki.

Tak, wiem: na razie osiągnęłam tyle, że klaszcze mi Marian Piłka – on też uważa, że na świecie, odkąd go Pan Bóg stworzył, istnieją tylko chłop i baba. Miecz i kądziel. Głowa i szyja. Czy tak? Nie!

Ruch LGBT ma mocną rację bytu oraz wielkie zasługi. Osoby wyodrębnione z całości społeczeństwa na podstawie tak zwanej orientacji seksualnej lub seksualnej tożsamości podlegały i w wielu krajach nadal podlegają dyskryminacji, są prześladowane, torturowane i zabijane – wystarczy wspomnieć bezkarne bestialstwa popełniane w Czeczenii, ale też samobójstwa zaszczutych chłopców, do jakich dochodziło w ostatnich latach w Polsce. Korzyści płynące z samoorganizacji i konsekwentnej walki o prawa są więc bezsprzeczne i pozostaje tylko życzyć sobie, żeby przestrzeń wolności dzięki tym wysiłkom nadal się rozszerzała. Popierałam postulaty ruchu LGBT już dwadzieścia lat temu jako jedna z pierwszych w Polsce i nic się w tej kwestii nie zmieniło: jestem za równością małżeńską z prawem do adopcji dzieci włącznie, a za rzecz najgorszą uznałabym namiastkę równouprawnienia w postaci związków partnerskich obejmujących kadłubową, łzawą agendę z prawem do informacji medycznej i do pochówku na czele. Czyli to, o czym przebąkują po kątach nasze „liberalne” partie, którym wydaje się, że są szaleńczo odważne, a tymczasem są jak ten dżokej-anemik ze starego dowcipu, który osiąga linię mety ostatni i woła do zajeżdżonej chabety: „Gdzie pędzisz, szalona!”. O nie – chcemy całego życia, żadnych kompromisów, bo skończy się jak z „kompromisem aborcyjnym”: zabetonowaniem sprawy na lata, może nawet na zawsze. Dlatego chodzę na paradę równości.
(Marian Piłka ucieka z krzykiem).

Zgadzam się, że z punktu widzenia walki o równe prawa niezwykle ważne są dobrowolne upublicznienia zdrowych nienormatywnych preferencji psychoseksualnych i/lub pozostawania w takich właśnie związkach, najczęściej nazywane coming outem, wyjściem z szafy albo ujawnieniem się, czasem określane też bezmyślnie jako „przyznanie się do bycia” gejem lub lesbijką. Nie ma skuteczniejszego narzędzia do walki z uprzedzeniami i stereotypami, z empiryczną próżnią zaludnianą bez ładu i składu przez chorobliwe płody wyobraźni, niż solidna dawka rzeczywistości. Człowiek, który będzie osobiście znał odmienne pod pewnymi względami, ale pod innymi bardzo do niego podobne osoby z grupy wykluczonych, jeśli będzie regularnie wchodził z nimi w interakcje na gruncie codzienności, nie sformułuje już tak łatwo i tak ochoczo nie wyrazi krzywdzącego sądu. Najpierw zawaha się, a jeśli będzie wewnętrznie uczciwy i homofobiczna propaganda nie wypierze mu przez ten czas mózgu, może diametralnie zmienić zdanie. Upublicznienia celebryckie również bywają pomocne, choć z nimi trzeba uważać, bo czasem okazują się tylko marketingową grą obliczoną na przyciągnięcie uwagi, zgodnie z zasadą sex sells – zwłaszcza kiedy opierają się na podgrzewanych latami aluzjach i niedopowiedzeniach, jak w przypadku Catherine Deneuve czy popularnej rosyjskiej aktorki Renaty Litwinowej, o której jednego dnia można usłyszeć, że wzięła w Anglii ślub z piosenkarką Zemfirą, a drugiego, że wreszcie poznała mężczyznę swojego życia. Upublicznienia celebryckie mogą także utrwalać błędne przekonanie, że „takie rzeczy” są dobre w show-biznesie, tradycyjnie postrzeganym jako środowisko wyjątkowo lekkich obyczajów, i umacniać fałszywe skojarzenie nienormatywnej seksualności z „rozwiązłością”. Z drugiej strony jednak, dla osób o mentalności ukształtowanej na plotkarskich pisemkach, łączącej snobizm z podglądactwem, takie deklaracje „sławnych ludzi” mogą sporo znaczyć, na zasadzie: no, skoro nawet ona... Mogą też, przynajmniej teoretycznie, ośmielić osoby szerzej nieznane, które dzięki temu być może „ujawnią się” we własnym środowisku.
(Piłka wyje z oddali).

Wbrew pozorom nie jestem wrogiem kultury (w tym literatury) tożsamościowej, ani też poszukiwania w najszerzej adresowanej, niedefiniującej się seksualnie sztuce tworzonej dla sztuki takich ujęć tematycznych czy fabularnych, które zdają się odzwierciedlać naszą własną sytuację i uczucia. Nawet jeśli kultura tożsamościowa jako forma sztuki użytkowej ma przede wszystkim wymiar terapeutyczny (przypomina w tym Sienkiewiczowską formułę pisania „ku pokrzepieniu serc”), nie czyni jej to ani mniej ważną, ani tym bardziej zbędną, zwłaszcza że większość ludzi korzysta z kultury albo w ten sposób, albo dla rozrywki.

Pragnienie konfrontacji z symbolicznym przedstawieniem życia z grubsza przypominającym nasze w czyimś utworze artystycznym, określane czasem jako poszukiwanie w sztuce własnego odbicia, jest w pełni zrozumiałą potrzebą każdego człowieka, pozwalającą mu czy jej konstruować siebie. Możliwość przeglądania się w takim symbolicznym lustrze, niezależnie od tego, czy ów akt będzie ostatecznie oznaczał identyfikację, identyfikację niepełną czy jej brak, wzmacnia psychicznie i wyprowadza ze społecznej próżni.

Osoby, których życie toczy się w ramach heteronormy, a więc na bezkresnym morzu symbolicznych odzwierciedleń własnych uczuć i relacji, tak licznych i wyrazistych, że czasem aż przytłaczających, raczej nie zrozumieją, czym jest niedostatek lub brak analogicznych przedstawień dla ich psychoseksualnie nienormatywnych przyjaciół – czym jest przekleństwo symbolicznej próżni. Raczej nie znają tego uczucia wzruszenia i wyzwolenia, kiedy gej lub lesbijka pierwszy raz oglądają film o miłości dwóch mężczyzn czy dwóch kobiet, kiedy pierwszy raz czytają taką książkę. Raczej nie wiedzą, jakie to uczucie, kiedy ważna część życia jest wyłączona z pełnej wymiany społecznej i z kultury, kiedy jest w pewien sposób niewidzialna nie tylko dla innych, ale też dla osoby, której to bezpośrednio dotyczy. Warunkiem widzialności jest bowiem odbicie. Człowiek jest zwierzęciem symbolicznym.

Już słyszę to pytanie: no dobrze, ale o co tu właściwie chodzi? Istnieją w końcu te lesbijki czy nie?
Istnieją. I jednocześnie nie istnieją. Problem tkwi w słowie „być”.

W mojej książce „Lesbos” mówię o tym za pomocą cudzysłowu, w który ujęłam słowa „lesbijka” i „lesbijski” tam, gdzie pojawiają się one nie w cytacie, a w narracji odautorskiej – jako część mojego języka. Takich miejsc w książce nie ma zresztą wiele, ponieważ od początku wyszłam z założenia, że w gruncie rzeczy są to nic niemówiące uproszczenia, pojęciowe protezy, które całe bogactwo i złożoność świata sprowadzają do tej samej uogólniającej metki.

Są ludzie, którzy, nazywając kogoś „lesbijką”, mają poczucie, że odkryli prawdę i wiedzą już wszystko: ach, więc to tak, sprawa wyjaśniona, można się rozejść. Przyłożenie do kogoś stereotypu uspokaja ich, a niektórym daje też widoczną satysfakcję – ometkowanie kogoś najwyraźniej bywa przyjemne (rzecz warta skądinąd głębszego namysłu). 

Nie należę do takich osób – dla mnie słowo „lesbijka” jeszcze nic nie znaczy; jest punktem wyjścia, a nie dojścia. Raczej przesłania to, co interesujące, niż cokolwiek odsłania. Unieruchamia proces i przez to go zafałszowuje. Udaje, że coś ujawnia, podczas gdy w rzeczywistości zamyka i odgradza: neutralizuje.

Postawiłam przed sobą zadanie opowiedzenia o miłościach „lesbijskich” bez wyręczania się pojęciowymi gotowcami, chciałam od początku, sama nazwać wszystko, z czym zetknęłam się w biografiach moich bohaterek, skonfrontować się z pewną społeczną i psychiczną rzeczywistością, odsuwając daleko w tył głowy pchające się drzwiami i oknami obiegowe wyrażenia i struktury rodem z teorii feministycznych  i dyskursu ruchu LGBT. Wybrałam dłuższą, krętą drogę, zamiast iść na skróty: wolałam czasowniki niż rzeczowniki; wolałam rozwijającą się w czasie opowieść niż krótkie zdania z osobową formą czasownika „być”, w których stwierdza się jedynie, że ktoś jest jakąś tożsamością, że jakaś osoba jest jakimś słowem.

Nie widziałam powodu, by o Sofii Parnok napisać, że „była lesbijką” – zdanie tej treści jest dla mnie puste. O Marii Dąbrowskiej i Annie Kowalskiej nie napisałam ani razu, że „były biseksualistkami” – po co miałabym to robić, jeśli w książce nie interesuje mnie seksuologia? Co to właściwie miałoby o nich mówić i czym by je czyniło? Preparatem do badań? Egzemplifikacją jakiejś reguły czy teorii? Napisałam o ich życiu uczuciowym w sposób maksymalnie pełny i otwarty, bez pruderii, hipokryzji i tej blokady emocjonalnej, która u wielu autorów wyłącza empatię tak jak zwarcie sieci elektrycznej wywala korki, a także bez leksykalnej dyskryminacji, która uczucia osób tej samej płci zakazuje nazywać miłością i każe wstawiać w to miejsce różne wynalazki: a to „miłosną fascynację”, a to „przyjaźń”, cokolwiek, byle tylko pomniejszyć niepokojące doświadczenie i wypchnąć je z powrotem na margines, w obszar strukturalnej opresji, skąd niedaleko do świata różowych trójkątów.

Na ile mogę sądzić, moja strategia narracyjna na ogół przyniosła pożądane efekty (wnioskuję z dostępnych mi reakcji czytelników), jednak wywołała też interesujący sprzeciw.

W jednej z rozmów radiowych lewicowo nastrojony dziennikarz wyraził niepokój, że korzystając z cudzysłowu, próbuję coś ukryć (także o sobie) i odcinam się od politycznego aktywizmu, a nawet czynię go z gruntu niemożliwym. Lesbijka w cudzysłowie była dla niego równoznaczna z zaprzeczeniem lesbijki; sądził, że skoro biorę to słowo w cudzysłów, na pewno nie chodzę na parady równości, a cele ruchu LGBT są mi obojętne. Napisałam już, że chodzę i że nie są, dodam więc tylko w tym miejscu oczywistą oczywistość: lesbijka w cudzysłowie nadal istnieje w tekście, tyle że... w cudzysłowie, a więc jako cudze słowo. Tym, co tu zakwestionowane, nie jest istnienie życia poza ramą heteronormy, lecz oznakowana słowem „lesbijka” substancjalność lesbijskiej tożsamości. Wydaje się, że między innymi dzięki pracom Judith Butler  (takim jak „Uwikłani w płeć”) zostało to dobrze zrozumiane w odniesieniu do kulturowej kobiecości, ale w odniesieniu do kulturowej lesbijskości – już nie. A przecież seksualność tak samo jak płeć nie wyznacza jednolitej pod każdym względem tożsamości i nie nadaje się na podstawę jednolitej grupy interesów, ponieważ w każdym przypadku krzyżuje się z innymi tożsamościami (społecznymi, politycznymi, narodowymi), co w obrębie fantazmatycznej grupy tożsamościowej generuje konflikty interesów na wielu różnych płaszczyznach.

Tak jak wszystkie mocne tożsamości, arbitralnie zdefiniowana tożsamość „lesbijska” bywa przypisywana konkretnym osobom w celu poniżenia, dyskryminacji lub eksterminacji, którą umożliwia właśnie naznaczenie tożsamością, bez tego stempla eksterminacja jest nie do pomyślenia. Bywa też przyjmowana za własną w pełni dobrowolnie i z dobrodziejstwem inwentarza: jako z góry dana, ze wszystkimi składającymi się na nią elementami i na serio. Bywa noszona jak ironiczny kostium w celach przerysowania i subwersji, ze świadomością jej teatralnego charakteru – jest wtedy bardziej performatywnym unikiem niż afirmacją, choć i tak wiadomo, że skuteczne uchylenie się od tożsamości nie jest możliwe. Bywa rodzajem płaszcza Konrada, który zakłada się z obowiązku i od wielkiego dzwonu, kiedy trzeba oderwać się od swoich zajęć i dopominać się o prawa gejów i lesbijek pod tęczowym sztandarem, w ramach zawiązanej w tym celu koalicji, która nie musi wykraczać poza tę konkretną sytuację. Działacze ruchu LGBT noszą swoją tożsamość zawsze i wszędzie jak mundur.

Ile osób, tyle wariantów tożsamości i stylów jej noszenia. Nie każda „lesbijka” budzi się co rano z myślą: „Jestem lesbijką”. Nie każda żyje tym utożsamieniem w każdej sekundzie swojego życia i w pewnych okolicznościach może się zdarzyć (choć naturalnie nie w Czeczenii i nie na ulicach polskich miast i wsi), że jakaś „lesbijka” na cały tydzień lub miesiąc w ogóle zapomni, że „jest lesbijką”, ponieważ w tym czasie ważniejsza dla niej będzie inna, nieseksualna tożsamość: tożsamość lesbijska zagubi się jej na pewien czas w gąszczu innych tożsamości. Nie każda „lesbijka” uzna też swoją seksualną tożsamość za najważniejszą wiadomość o sobie i nie każda zakomunikuje ją innym w ten sam, uświęcony comingoutowym rytuałem sposób. Można o tym powiedzieć inaczej – za pomocą czasowników, a nie rzeczowników. Za pomocą niezakłamanej, długiej opowieści o swoim życiu, a nie tylko jednego zdania w formie orzeczenia imiennego.

Ja na przykład nie potrafię z przekonaniem wypowiadać zdań informujących, że jestem jakąś tożsamością – że jestem jakimś słowem. Zawsze odczuwam przed tym silny opór jak przed fundamentalnym kłamstwem i potencjalnym zagrożeniem, niezależnie od tego, czy miałoby to być zdanie „Jestem Polką”, „Jestem lesbijką” czy „Jestem pisarką”. Ale co to znaczy? – chciałabym od razu zapytać. – Co zawiera ten zbiór, do którego takie zdanie przypisuje? Co mnie łączy z innymi zapędzonymi do tego lagru/łagru osobami? Czy miałabym z nimi o czym rozmawiać? Czy jedna wspólna cecha to już wystarczający powód, żeby poczuć z kimś wspólnotę? I dlaczego właśnie ta?

Zadawałam sobie takie pytania we wrześniu zeszłego roku na wyspie Lesbos, na plaży pełnej zachodnioeuropejskich lesbijek, które co roku tam zjeżdżają. Przedstawiały sobą niemal wyłącznie nieudane inscenizacje tożsamości butch w parach z innymi butch, bez śladu tej ekscytującej dwu- czy wieloznaczności, o której Butler pisała, że jest sensem tego rodzaju tożsamościowych kreacji. Jakby tożsamość butch nie była tu wybrana i wykreowana, tylko przejęta od innych na zasadzie (sub)kulturowego automatyzmu, dokładnie tak samo jak przejmuje się normatywną kulturową tożsamość kobiecą: wszystkie bojówki, koszulki i czapki z daszkiem wyglądały jakby miały jednego producenta i pochodziły z tego samego internetowego sklepu dla „lesbijek”. Tylko na niektórych kobietach o „chłopięcej” budowie ciała te ubrania i podgolona fryzura naprawdę dobrze leżały, podczas gdy większość plażowiczek nosiła atrybuty swojej tożsamości w taki sposób, jakby kierowała się niezrozumiałym nakazem, że właśnie tak musi wyglądać „lesbijka”, choćby w tej homogenicznej i homogenizującej stylizacji wcale nie wyglądała. Wiem oczywiście, że zarówno kryjący się za moim dyskomfortem ideał piękna, jak i wybraną przeze mnie pozycję obserwatorki można bez trudu zdekonstruować i że już dawno zostało to zrobione, skoro jednak rzecz działa się w Grecji, pozwolę sobie uprzeć się przy tej przedkrytycznej, niepoprawnej politycznie obserwacji. To nie była żadna subwersja, tylko konformizm w masowej skali. Ludzkie, arcyludzkie – śmiertelnie boimy się, skądinąd i tak niemożliwej, tożsamościowej próżni, i z tego strachu wciskamy na siebie uszyte przez innych mundury, w których nie da się swobodnie oddychać i które ustawiają nam całe życie. Sprawiało to na mnie przygnębiające wrażenie, choć generalnie przebywanie na publicznej plaży pełnej kobiet, które się kochają i w ogóle tego nie ukrywają, zaliczam do najbardziej pozytywnych doświadczeń w swoim życiu.

Nie jestem tym słowem, a ono mnie nie wyraża ani nie obejmuje: co najwyżej przecina się ze mną w jednym punkcie. Mogę go czasem użyć w celach, które sama wybiorę, i w określonych sytuacjach (zwłaszcza politycznych), ale nie chcę, żeby ono automatycznie używało mnie. Żeby stało się moją tożsamością podstawową, trwałą i totalną, regulującą – redukującą – wszystkie sfery mojego życia. Co prawda przed tożsamością nie ma ucieczki, ale może ona oznaczać ruch i wielość – może, a nawet musi, jeśli nie ma się stać nieznośnym więzieniem lub rodzajem okupacji.

W miłości oznacza to, że pociąga nas cała złożona osoba, której tożsamość składa się z wielu różnych elementów, w tym oczywiście z płci, ale wcale nie przede wszystkim z niej: kocha się konkretnego człowieka, a nie jego płeć. W tym sensie „lesbijką” nie jest „kobieta, którą pociągają kobiety” i która w związku z tym poszukuje jakiejś kobiety, żeby ją „pociągnęła”. „Lesbijka” to raczej sytuacja, w której płeć nie wyznacza granicy miłości.

W literaturze oznacza to, że dla twórczyni pozostającej w związku z inną kobietą potencjalnie interesujące artystycznie pozostają wszystkie tematy, które znajdują się w promieniu jej wielowymiarowej osobowości. Oczywiście temat lesbijski również, ale nie tylko, nie zawsze i nawet nie przede wszystkim on. A jeśli już temat lesbijski, to wykonany tak, żeby wyszła z tego nie tyle literatura tożsamościowa, ile „literature mineur”, literatura mniejsza, o której Deleuze z Guattarim pisali w kontekście Kafki, czyli taka, w której mniejszościowość poprzez interakcje z kulturą większą (a nie separację od niej) w pewien sposób się uniwersalizuje, nie gubiąc nic z osobności mniejszościowego doświadczenia. Tak samo dobrze by było, gdyby dla czytelniczki, niezależnie od tego, z kim jest w życiu związana, potencjalnie interesujące pozostawały wszystkie książki, jakie kiedykolwiek napisano, a nie tylko te, które mówią o jej seksualnej tożsamości. Na tej zasadzie Jeanette Winterson jako pisarce znacznie bliżej jest do „Czterech kwartetów” T.S. Eliota niż do Radclyffe-Hall z jej lesbijską powieścią „Źródło samotności”, a jeśli kogoś to dziwi, to znaczy, że ma poważny problem.

Na „ja” składa się wiele przecinających się, otwartych tożsamości, które pozostają w ciągłym ruchu, tworząc coraz to nowe konfiguracje, raz konfliktowe, raz zgodne. Szkoda redukować się do jednego składnika i własnoręcznie wpychać do ciasnej szuflady z napisem „lesbijka”, w której albo umrze się z nudów, albo zostanie się użytą przez innych w przez nich określonych celach. Trzeba żyć szeroko, jak najszerzej, pamiętając, że wyjściowo wszystko jest dla wszystkich. Ponieważ jesteśmy otwartym i skomplikowanym procesem rozciągniętym w czasie, to zarówno zdeklarowanej lesbijce może się kiedyś przydarzyć coś, co zakwestionuje spójność jej seksualnej tożsamości, jak i zdeklarowanej nielesbijce może się przydarzyć coś analogicznego (niespójne z przyjętą tożsamością uczucie lub przygoda), i w każdej chwili obie one są w stanie nawzajem rozumieć siebie, o ile nie obwarują się tożsamościowo i nie uprzedzą, traktując swoje tożsamości jako niepodzielne pakiety zbudowane z płci i pragnienia. Nie chodzi tu o zaprzeczenie nieheteronormatywnych biografii przez rozpuszczenie ich w morzu wszystkiego dla wszystkich ani tym bardziej o homoseksualizowanie na siłę ludzi heteroseksualnych, tylko o coś elementarnego, co toruje drogę nie tyle może wolności, ile samej jej możliwości – o zdjęcie sobie rygli i otwarcie drzwi.