Być modną
„Vogue”, 1926

17 minut czytania

/ Obyczaje

Być modną

Magdalena Idem

Pączki kupować tylko w cukierni Ziemiańskiej, potem nosić pas Madame X na schudnięcie. Interesować się polityką i palić papierosy. Machnąć ręką na zbliżającą się wojnę – czyli co znaczyło być modną w przedwojennej Warszawie

Jeszcze 4 minuty czytania

Rok 1930. W październikowym numerze miesięcznika „Teatr i Życie Wytworne” na okładce pozuje Zofia Śląska, aktorka teatru Qui Pro Quo. Na sobie ma suknię, chciałoby się powiedzieć przeciętną: wygląda jak prosta, długa, czarna halka na ramiączkach. Ale pod zdjęciem Zosi, której w aktorstwie nie udało się przecież zrobić zawrotnej kariery, pojawia się słowo magiczne, na które już wtedy reaguje się w Polsce impulsywnie. Goussin Cattley to luksusowy dom mody przy Mazowieckiej 3. Prowadzi go Katarzyna Cattley, ulubienica warszawskich aktorek. Ale „Goussin” to jeszcze nie to słowo. Obok nazwiska projektantki widnieje elektryzujący napis: Vogue. Oznacza to, że drzwi na Mazowieckiej nie zamkną się, aż do karnawałowego Balu Mody w Hotelu Europejskim w styczniu. 

Iza Glinka wiezie „Vogue’a” 

Nie wiadomo skąd dokładnie Polki dowiedziały się o „Vogue’u”. Najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza korespondentek.

Kiedy w Stanach w 1892 roku wychodził pierwszy numer „Vogue’a”, w Warszawie „Kurier Warszawski” publikował reklamy o wynajmie wanien kąpielowych. Zainteresowani zamawiali beczkowego, który podstawiał w domu miednicę, tarł do niej mydło, a na koniec przez sitko polewał klienta wodą. Amerykańskie doświadczenie luksusu było zgoła inne. Ale to przecież nie tak, że w Polsce pod zaborami nie ma kobiecej prasy ani produktów luksusowych. Jest „Bluszcz”, pudr książęcy Ihnatowicza i gorsety opinające „Aurora” z angielskiego ażuru. Tylko że z takich przyjemności korzystają hrabiny i bogate mieszczanki. Cała reszta luksusu szuka w kąpieli na wynajem i mydełku glicerynowym doktora Pulsa. W Ameryce zaś luksus kosztuje 10 centów i można się go nawdychać, kartkując ilustrowany magazyn dla kobiet. 10 centów to tylko jedna dziesiąta dziennego zarobku przeciętnej amerykańskiej rodziny. W Polsce gazety są drogie, „Bluszcz” kupuje się prawie za cztery chleby.

Po I wojnie światowej jest pod tym względem trochę lepiej. Razem z prawami wyborczymi dla kobiet następuje prawdziwy wysyp polskich czasopism kobiecych. Sto nowych tytułów i to o zasięgu krajowym, a nie regionalnym jak pod zaborami. Z tymi gazetami w życie Polek wkracza marzenie o wielkim świecie. W redakcjach zatrudnia się korespondentki, które nadają z Paryża, Londynu i Berlina. To one przywożą do kraju prawdziwe rarytasy: katalogi sukien „Vogue Model” i najmodniejsze pismo paryskie „Les Modes”. Wozi je głównie Iza Glinka ze „Świata Kobiecego”, która o Francuzkach pisze wręcz maniakalnie. A to, że starannie ubrane, delikatnie umalowane i zawsze eleganckie, a to, że nawet panie z uboższych dzielnic Paryża w nieskomplikowanych kreacjach wyglądają jak aktorki. Brytyjski świat zwozi zaś pani Berska z „Przeglądu Kobiecego”. Uczy mody wyemancypowanej, to znaczy automobilowej. Ubierania się à la cowboy: w spodnie pantalony, pod to pończochy w kratę, białą koszulę i czapkę pilotkę. Polskie redakcje bez skrępowania kopiują modele z przywożonych czasopism, za nimi najdrożsi krawcy, a potem zwykłe szwaczki. Firma konfekcyjna opłaca się wówczas jak nigdy wcześniej. To, co w nazwie ma słowo vogue, sprzedaje się kilka razy drożej. 

Suknia od „Pana Vogue'a” 

Dwudziestolecie międzywojenne jest dla Warszawy równie obiecujące co niesprawiedliwe. Potrzeba luksusu zwiększa się podobnie jak różnice majątkowe społeczeństwa. Kiedy jedna dama przychodzi do Madame Cattley wydać kilka tysięcy na suknię od „Pana Vogue’a”, druga zbiera z niej miarę za pensję, która nie starczyłaby nawet na bluzkę z butiku. Salonów mody jest w Warszawie sporo. Cieszących się sławą kilka. W tych miejscach krzyżują się drogi prostych szwaczek, wielkich modniś z towarzystwa i przedsiębiorczych rodzin, które na modzie zbijają wtedy fortunę. W tych miejscach zagraniczne żurnale może przejrzeć hrabina i prosta mieszczanka. Miejsca te toczą zimną wojnę, u których bywać jest najmodniej. Dlatego trudno stwierdzić, czy okładkowa sukienka Zofii Śląskiej była naprawdę projektowana na kształt którejś z „Vogue'a” czy do Cattley na Mazowiecką 3 zgłosił się ktoś z Paryża, żeby sukienkę do „Vogue’a” użyczyć. A może był to zwykły marketing, żeby do sklepu przyciągnąć więcej klientek? Dla warszawianek nie miało to jednak większego znaczenia. W świadomości Polek „Vogue” to przecież największy katalog ubrań na świecie, a nie pismo kobiece. Sukienkę od Vogue’a zwyczajnie wypada mieć. Dzięki takiej reklamie Katarzynie Cattley udaje się ubierać warszawianki aż do początku II wojny światowej. Ostatnią jej wielką zaprojektowaną suknią jest różowa krynolina z misternie tkanych koronek. Maria Malicka ma ją na sobie na ostatnim przedwojennym Balu Mody w Hotelu Europejskim. To wyczyn, bo kryzys lat 30. nie oszczędza nawet największego kupca mody w stolicy, Bogusława Hersego. 

Vogue, 1930„Vogue”, 1930

Spaniel Heddi Pate 

Ale jeszcze wojny nie ma, Warszawa tętni życiem, a Polki szukają na jej mapie światowych przystanków. Modny szlak wyznacza miesięcznik „Teatr i Życie Wytworne”, a przez chwilę także „Pani. Pismo poświęcone eleganckiej kobiecie i jej otoczeniu”. Redakcje recenzują sztuki teatralne, amerykańskie filmy, opisują letnie i zimowe kurorty dla warszawiaków, mają też rubryki automobilowe. Szczytem luksusu jest w nich wyjazd własnym packardem na saneczki do Zakopanego i nocleg w najmodniejszej Willi „Pod Matką Boską”. To jedyne warszawskie pisma  stylizowane na ówczesnego „Vogue’a”. Zaczynają się od ilustrowanych reklam, mają dwie okładki, korespondencje ze świata i własne szkice strojów. W „Teatrze i Życiu Wytwornym” ilustruje Tadeusz Gronowski, o którym mówi się przecież, że niemal mieszka w Paryżu. W ilustracjach przywozi on do Polski modny świat. Wynajmują go firmy do ilustrowania reklam, więc bywa tak, że cała gazeta zrobiona jest jego kreską. Tylko do rubryki automobilowej Gronowski się nie wtrąca. Tam rządzi pani Maurycowa Pate i jej rasowy cocker-spaniel. Maurycowa nie wychodzi z domu bez psa z własnej hodowli ras zagranicznych, porusza się po mieście zielonym packardem z odsłanianym dachem, nosi najdroższe ubrania od Hersego, a w góry wyjeżdża tylko w śniegowcach marki PEPEGE, które używają wyłącznie oryginalnych angielskich spinaczy błyskawicznych. Heddi Pate jest ikoną mody ulicznej i żoną amerykańskiego milionera, reprezentanta firmy Packard w Polsce, który swą małżonkę czyni chodzącą inwestycją. W ich domu czyta się zagraniczne żurnale, Heddi uważana jest za uosobienie kobiety nowoczesnej: nosi spodnie, ma prawo jazdy, jeździ konno. Nikt nie zwraca się już do niej, używając polskiego imienia, Jadwiga. Wygląda jak wyjęta z okładek amerykańskiego „Vogue’a”, gdzie kobiety pozują przy modnych samochodach równie często co w nowych kapeluszach. Firmy pragną, żeby Pate kupiła coś u nich i pokazała się w tym na ulicy. 

Teatr i życie wytworne, 1932„Teatr i Życie Wytworne”, 1932

Antoine z Sieradza

Nina Andrycz na Balu Mody w Hotelu Europejskim, 1937 / NACNina Andrycz na Balu Mody w Hotelu Europejskim, 1937 / NACRedakcja „Pani” jest ambitniejsza od „Teatru i Życia Wytwornego” i mniej pruderyjna. Można w niej poczytać o seksie, okładki ilustruje tu słynna Maria Ditto Berezowska, pracująca na sławę królowej erotyków. Do tego pisma o nowych fryzurach koresponduje z Paryża najważniejszy na świecie fryzjer z Sieradza – Antoine Cierplikowski. Redakcja zakłada, że pismo czytają wykształcone damy – listy po francusku od Antoine’a drukowane są tu regularnie bez tłumaczenia. „Najnowsze ubrania głowy”, rubryka, do której Antoine pisuje, jest dla stolicy jak powiew świeżości. Warszawianki wiedzą już, że maestro pracuje dla „Vogue’a”, czesał pierwszą czarnoskórą kobietę na okładkę i chcą wyglądać jak ona. Fryzura z ulizanymi na czole „pierścionkami” à la Josephine Baker jest hitem wśród warszawskich artystek tak samo jak czekoladki deserowe od Franciszka Fuchsa, które Baker podobno rozdawała dzieciom w filmie „Czarna Wenus”. „Pani” udało się zebrać w jednej redakcji prawdziwą śmietankę towarzyską dwudziestolecia. Poza Antonim Cierplikowskim pracował tu Gustaw Zwidygier, redaktor mody i właściciel salonu mody z ulicy Czystej 10 w jednej osobie, największy imprezowicz Warszawy, znany z organizowania wspaniałych rewii mody i luksusowych przyjęć. Na łamach „Pani” odbywa się też pierwszy w historii konkurs na najpiękniejszą Polkę. Zostaje nią niepełnoletnia skierniewiczanka, Halina Dunin-Łabądzka, którą zwycięstwo w konkursie „Pani” wyniosło na piedestał. Dziewczyna najpierw pozowała do obrazów Szańkowskiego, potem grała we francuskich filmach. Karierę młodziutkiej Haliny, podobnie jak innych artystek w dwudziestoleciu, zatrzymała jednak zazdrość męża. Sława skończyła się tak szybko jak pismo, które ją wylansowało. Kiedy dziewczyna brała ślub z hrabią Rzewuskim, było już długo po tym jak wydrukowano ostatni numer „Pani”. 

„Vogue” piętrzy się na konsoli i przyjeżdża w sukniach 

W niektórych miejscach bywało się dla sławy. Najważniejszym, do którego zjeżdżały się damy z całego kraju, był „Magazyn Mód Damskich i Męskich” Bogusława Hersego przy Marszałkowskej 150. Tę luksusową, secesyjną czteropiętrową kamienicę z windami, centralnym ogrzewaniem i własną elektroniką budowano przez pięć lat specjalnie pod salon mody. Zyskała miano butiku bez ścian – jej schody rozwidlały się w taki sposób, że klient miał poczucie przestrzeni nieograniczonej ani jednymi drzwiami. Spacerowanie po piętrach było zaś bezszelestne. Marmurowe schody usłano tłumiącym dźwięk kroków chodnikiem, a portier Szymon w granatowej liberii ze złotym szamerunkiem dbał o to, żeby panie nie wpadały na siebie podczas miar i zakupów. U polskiego Diora gościły prezydentowa Mościcka, pani ambasadorowa Laroche, hrabina Potocka i Branicka. Po suknie przychodziły też Hanka Ordonówna i Stefania Grodzieńska. Ubrania są tu szyte na miarę według najnowszych francuskich modeli. Herse osobiście jeździ kilka razy do roku do Paryża, Londynu, Berlina i Wiednia i przywozi najmodniejszą galanterię i odzież, którą wypatruje w „Vogue’u” i „Les Modes” z żoną Filippiną Kottek. Tymi modelami zajmuje się potem 260 panien i 60 panów w pracowni krawieckiej na czwartym piętrze kamienicy. Przerabiają je na tańsze, ale doskonałe odpowiedniki z krajowych materiałów. U Hersów kupuje się oryginalne suknie sprowadzone z paryskich domów mody. Tylko tutaj można dostać kreacje Jeanne Paquin, która jako pierwsza z powodzeniem sprzedawała w Europie czarne suknie, nie jako modę żałobną. Herse za namową żony przywozi z Paryża też popołudniowe suknie Blanche Lebouvier. To jej projekty najczęściej drukuje się w „Les Modes” i „Vogue”.

„Magazyn Mód Damskich i Męskich” w Warszawie„Magazyn Mód Damskich i Męskich” w Warszawie

Damy najwięcej czasu spędzają na pierwszym piętrze: w salonach przymiarek i poczekalni. Te drugie są jak wyjęte z recepcji luksusowych hoteli. Panie siedzą na obitych pluszem kanapach i pufach, popijają bąbelkowe chłodniki z kryształowych karafek i przeglądają żurnale. Na wielkich konsolach piętrzą się stosy francuskiego „Vogue”,, „Les Modes” i „L’Officiel”. Przymierzalnie zaś to sale balowe wypełnione wielkimi zwierciadłami i ozdobione żywymi palmami. Mają regulowane na guzik ogrzewanie i nawietrznik z klimatyzacją, a w zwierciadłach umieszczone elektryczne lampki, których zadaniem jest „oblewanie Pań potokiem blasku sali balowej”. Nie ma w kamienicy miejsca, które nie pachniałoby światem. Dział modniarski prowadzi Francuzka Madame Jeanne Hardink, głównym krojczym jest mistrz z Wiednia, a w pokoju negliży paryżanka Mademoiselle Rousseau dobiera i kroi gorsety. Na dachu budynku urządzona jest platforma do trzepania dywanów, a w podziemiu handluje się dywanami perskimi i przechowuje skrzynie, które Herse wynajmuje damom do przechowywania futer. Parter do strefa subiekta i paczkownia. Długi mahoniowy stół, na którym rozwija się z namaszczeniem najdroższe materiały łokciowe, otoczony jest szafami z niezliczoną ilością skrytek. Na odchodne suknie pakuje się w okrągłe pudła i papier firmowy z logiem rodziny. Wszystko funkcjonuje jak w najlepszym francuskim domu mody. 

„Vogue” u Gracji i Kleopatry 

Kartkowanie żurnali to też ulubione zajęcie klientek Instytutu kosmetycznego „Kleopatra” na Wilczej 3, rogu Mokotowskiej. U kierowniczki Kretezmerowej można oglądać polskie „Życie Kobiece”, które intensywnie nawołuje Polki do depilowania się, i zagraniczne czasopisma z „Vogiem” na czele. W Kleopatrze kupuje się kosmetyki z reklam gazet i robi francuski maquillage. Wszystko dlatego, że gabinet urządzony jest przy sklepie Fryderyka Pulsa, magnata polskiego upiększania. Puls produkuje słynne mydełka glicerynowe, kosmetyki z serii URODA: krem idealnie przylegający i puder. Jako pierwszy wypuszcza też w Polsce damskie depilatory. Jego sklepy przypominają luksusowe gabinety, w których damy spędzają całe dnie, popijając lemoniadę, czytając gazety i dyskutując o poradach panny Madeleine z „Kobiety Wielkopolskiej”.

Podobna atmosfera, z tym że bardziej wyrafinowana, panuje w gabinecie „Gracja”, też na Wilczej, kilka numerów dalej. Tam dostać się jest o wiele trudniej, bo pani Zoya, właścicielka, maluje i czesze światowe gwiazdy i warszawskie artystki. Na ścianach salonu wiszą fotografie światowych sław, autografy i odręczne słowa wychwalające panią Zoyę. Jest wśród nich zdjęcie Mistinguette, francuskiej piosenkarki, gwiazdy okładek „Vogue’a”, z nogami ubezpieczonymi na pół miliona franków. Artystka wynajmuje Zoyę na cały swój pobyt w Warszawie w 1936 roku, podczas którego – poza występami w teatrze – zostaje też wynajęta do reklamy piwa Haberbusch i Schiele. W „Gracji” nie sposób jest się opędzić od klientek i dziennikarzy. Każde pismo chce mieć na swoich łamach reportaż z pobytu w salonie. Fotografowie robią zdjęcia wnętrza, kobiety siedzą za parawanami, gdzie dobiera się im dietę do sylwetki, a fryzurę i kremy do wieku. Pani Zoya chodzi zaś po salonie w szlafroku i turbanie i roztacza wokół siebie kłęby dymu papierosowego. Nosi sztuczne rzęsy w kilku kolorach: czarnym, brązowym i granatowym. Kupić je można w stolicy za zawrotną cenę tylko w jednym miejscu. Francuskim „Service des instituts de beauté” na Królewskiej 35. 

Perfumy 4711, pączki z Ziemiańskiej i pas na schudnięcie Madame X 

Był też inny modny szlak warszawski, którym wypadało chodzić, żeby być szykownym. Najważniejsze było, żeby bywać. Na przykład w pubie „Oaza”, przy drinku bąbelkowym opowiadać o najnowszym koncercie radiowym wysłuchanym z radioodbiornika „Ekradyna”. Kupować albo tylko oglądać tapety dekoracyjne Staszewskiego na Mazowieckiej 8. Mieć fory u portiera w Hotelu Europejskim, który wpuści do magazynu jubilera Wincentego Wabi-Wabińskiego. Nie, żeby coś kupować, ale tylko popatrzeć na nowe komplety biżuterii. Na Nowym Świecie wchodzić powabnie do salonu Leszczyńskiego, siadać na wytwornym fotelu i dać sobie zmierzyć stopę pod kolejną parę pantofelków. Iść Marszałkowską i podjadać na oczach zazdrosnych przechodniów czekoladki Wedla. Na święta upiec ciasteczka z marmeladą Fuchsa. Wieczorem popijać z kieliszeczka koniaczek albo likier Louis de Bary. Nosić futra z karakułów, kretów albo foczek, nie te tanie źrebaczne. Mężowi kupić na urodziny wodę kolońską 4711. Manikiur francuski zrobić w salonie „Ewarysta”. Na wakacje automobilowe jeździć peugeotem, citroenem, fiatem polskim albo chociaż tatrą. Pączki kupować tylko w cukierni Ziemiańskiej, pakowane w papier z nadrukowanym tłustym bulążerinem uciekającym przed dziećmi. Potem nosić pas Madame X na schudnięcie. Chodzić do szkoły i być wykształconą, ale niekoniecznie pracować. Mówić po francusku, poznać chłopca z dobrego domu i mieć dużo czasu na zakupy. Interesować się polityką i palić papierosy. Machnąć ręką na zbliżającą się wojnę.