Jeszcze 2 minuty czytania

Maria Poprzęcka

NA OKO: Źródła wody żywej

Maria Poprzęcka

Maria Poprzęcka

Codzienny widok osiedlowy – starsi ludzie dźwigający plastikowe baniaczki. Lepiej zorganizowani ciągną je w zakupowych wózeczkach. W baniaczkach i butelkach woda. Niesiona do domu z ogólnodostępnego ujęcia, zwanego potocznie studzienką oligoceńską

Jest ich w Warszawie ponad setka. Miasto zawdzięcza je wodom artezyjskim znajdującym się w tzw. Niecce Mazowieckiej. Od  przełomu XIX i XX wieku po koniec PRL wody wykorzystywano w celach przemysłowych. W latach 90. rozpoczęto odwierty mające na celu zaopatrzenie mieszkańców miasta w bezpłatną wodę pitną. Dzielą się na studnie i zdroje. Niewielkie budyneczki stały się osobnymi elementami miejskiej infrastruktury. Mają wymiar nie tylko użytkowy. Także architektoniczny, społeczny, psychologiczny, mityczny.

Studzienki są inwestycją samorządową, dzielnicową. Niczego nie zadekretowano, nie było żadnego centralnego konkursu architektonicznego. Każda jest inna. W mikroskali nieźle odbijają tendencje architektoniczne okresu transformacji. Pomimo skromnych rozmiarów nie są budownictwem czysto utylitarnym, lecz Architekturką. Architekturką, która swą postacią manifestacyjnie odróżnia się od otaczającej zabudowy osiedlowej, szukając formy dla swej niemającej w Polsce wzorów funkcji. Przeważył styl dworkowy, który w latach 90. miał swój kolejny revival w budownictwie jednorodzinnym. Studzienki najbliższe są dworkowo-pałacowym dependencjom, takim jak kordegardy, domki ogrodnika, domki zarządcy majątku. Tylko w tle, zamiast pałacowego parku rozpościerają się parawany blokowiska. Wyjątkiem jest powstała już po roku 2000 żoliborska studzienka na Gojawiczyńskiej – prosty szklany pawilon, jakby z pracowni Miesa van der Rohe.

Modernistyczna studzienka żoliborska / fot. M. PoprzęckaModernistyczna studzienka żoliborska / fot. M. Poprzęcka

Materiały budowlane – banał z marketu: blachodachówki, klinkiery, glazury, armatury. Przy tym wszystkim zaskakująca rozmaitość rozwiązań. Zdecydowanie wśród dzielnic prowadzi Praga. Ulica Majdańska – murowany dworek z drewnianą wieżyczką w narożu, dach łamany, dużo klinkieru, w oknach koszowe kraty.

Ujęcie na ul. Majdańskiej / fot. M. CzaplickaUjęcie na ul. Majdańskiej / fot. M. Czaplicka

Róg Szaserów i Chłopickiego – rotunda z częścią frontową z luksferów ujętą w błękitne kolumienki. To nie jedyna rotunda wśród praskich studzienek. Najbardziej efektowną wzniesiono niedawno, na rogu ulic Strzeleckiej i Kowelskiej. Jest pentagonalna, otwarta na otoczenie niczym parkowa glorietta z małą fontanną pośrodku. Przy rogu Waszyngtona i Grenadierów stoi dworek z frontonem z luksferów, nawiązującym do renesansowej formy serliany, z dwoma rzędami kolumienek po bokach. Na mieście najwięcej jest, lekko zróżnicowanych, budynków zwieńczonych czterospadowym dachem, z narożnymi wejściowymi gankami wspartymi na filarkach. Zawsze murowane, tynkowane, kryte dachówką. Wszystkie wnętrza wykończone w glazurze lub klinkierze, czysto utrzymane. W ramach narodowego grodzenia siedzib niektóre są ogrodzone.

Ujęcie w Al. Waszyngtona / fot. M. CzaplickaUjęcie w Al. Waszyngtona / fot. M. Czaplicka

Nie chodzi o kolejną drwinę z „wanny z kolumnadą”. Studzienki swą dbałą formą architektoniczną budzą respekt. Najstarsze ujęcie, na ulicy Garwolińskiej, w formie zwykłej wiaty przystankowej krytej blachą falistą, jako jedyne jest posprajowane i oklejone anonsami. Właśnie dlatego, że jest byle jakie. Bylejakość zazwyczaj prowokuje dewastację. Studzienkowe architekturki są skromnym przypisem do architektonicznego poluzowania lat 90., klejenia swojszczyzny wypatrywanej gdzieś między chłopską chatą a pańskim dworem. Dworkowo-folwarczne budyneczki, wrzucone w wielkopłytową zabudowę osiedli, mogą służyć za syntetyczny obraz rozchwianej, postpeerelowskiej polskiej tożsamości.

Ujęcie na Garwolińskiej / fot. M. CzaplickaUjęcie na ul. Garwolińskiej / fot. M. Czaplicka

W początku lat 90., gdy rozpoczynano budowę studzienek, woda w Warszawie była ohydna. Śmierdziała chlorem, zabijając smak i zapach herbaty – głównego napoju Polaków. Po domach krążyli samozwańczy eksperci. Dokonując przerażających doświadczeń w podręcznych próbówkach („pani widzi, co pani pije?!”), oferowali okazyjnie tanio bardzo drogie filtry. Rozkwitły firmy dostarczające wodę do biur i urzędów. Rynek zalały wody mineralne, z gazem i bez gazu. Dzielnice budowały ujęcia wody oligoceńskiej, zastrzegając, że przeznaczona jest tylko dla celów spożywczych. Jednocześnie miasto, ogromnym nakładem środków w oczyszczalnie i filtry, dążyło do poprawy jakości wody w kranach. Po latach udało się. W Warszawie można pić wodę z kranu. Ale walka kranówki z oligocenką dopiero się rozkręca.

Niewielu korzystających ze studzienek oligoceńskich wie, że czerpana z głębokości 200 m woda artezyjska nie nadaje się do picia. Musi zostać uzdatniona i temu służą kosztowne urządzenia na zapleczu wdzięcznych budyneczków. Mocniejsze okazuje się wyobrażenie wiejskiej studni, z której wyciągając zarzucone wiadro, piło się czystą, zimną, zdrową wodę. Owo urzekające wyobrażenie wymiata też przestrogi, iż wodę należy trzymać w lodówce i zużyć w 24 godziny. Baniaczki stoją w ciepłych mieszkaniach, kwitnie w nich bujne życie, pokrywając plastikowe naczynia zielonym nalotem. Ale nic to. Za oligocenką stoją dwa potężne argumenty: jest darmo i jest czysta. Musi być czysta, gdyż czerpana z trzewi matki Ziemi, a nie z brudnej Wisły i zardzewiałych rur.

Ujęcie na ul. Szaserów / fot. M. CzaplickaUjęcie na ul. Szaserów / fot. M. Czaplicka

Jako woda „głębinowa” warszawska oligocenka obrosła w miejskie legendy. Na forach znajdziemy opowieści nie tylko o smaku herbaty, ale i o cudownych uzdrowieniach, nawet z nowotworów. Jesteśmy o krok od cuda czyniących źródełek, butelek przywożonych z Lichenia, ze Starego Sącza, z Gietrzwałdu, z Częstochowy, z Ziemi Świętej… Na pielgrzymkowych szlakach uzdrawiających źródełek są setki. Powszednie wędrówki do miejskiego „źródełka” zbliżają się do codziennego, pątniczego rytuału. A z drugiej strony, wynikają z całkiem świeckiej dbałości o wodę „zdrojową”, czyli leczniczą. Jakakolwiek by była motywacja, idzie się po wodę, a woda jest źródłem życia. Zawsze i wszędzie.

Utrzymanie studzienek oligoceńskich jest drogie. Wobec istotnej poprawy stanu kranówki, nowych już raczej nie przybywa. Jedną buduje pozbawiony dotąd studzienki Rembertów. Przy okazji poznajemy koszt odwiertu, budynku i urządzeń uzdatniających – 1,9 mln PLN. Ale też nikt nie myśli ich likwidować. Patrząc na użytkowników studzienek, widzimy ich jeszcze jedną ważną rolę – socjalną i senioralną. To miejsce spotkań ludzi starszych. Młodzi raczej bazują na zgrzewkach mineralki z dyskontów. Starsi, obciążeni latami fatalnych doświadczeń, do kranówki się nie przekonają. Dla pogrążających się w samotnej bezczynności emerytów to często jedyny powód do wyjścia z domu. Jest okazja, aby z kimś pogadać, ponarzekać. Woda szybko drożeje, więc rośnie gratisowa wartość oligocenki. Nawet jeśli w domowym budżecie są to kwoty znikome, liczy się sama świadomość czynionych oszczędności. I nade wszystko poczucie, że bezpłatna, czysta woda należy się nam bezwzględnie jako coś niezbędnego do życia. Wobec przeciągającej się awarii jednej ze studzienek pojawiło się na niej gniewne pytanie: „Kiedy będzie woda dla OBYWATELI?”.