Berlinale pod ostrzałem

9 minut czytania

/ Film

Berlinale pod ostrzałem

Adam Kruk

Jeśli ktoś chciał skupiać się na samych obrazach, a nie spektaklu kolektywnego tworzenia aury kinowej, lepiej było siadać w pierwszym rzędzie. W przypadku niektórych tytułów obserwowanie reakcji widowni z ostatniego bywało jednak ciekawsze

Jeszcze 2 minuty czytania

Wrzawa wokół Berlinale rozpoczęła się jeszcze w listopadzie zeszłego roku, kiedy aż siedemdziesięciu dziewięciu ważnych niemieckich filmowców (m.in. Maren Ade, Volker Schlöndorff, Christian Petzold czy Fatih Akin) podpisało opublikowany w „Spieglu” list wzywający do reformy zasłużonej imprezy. Krytykowali w nim Dietera Kosslicka, dyrektora festiwalu z 17-letnim stażem, którego kontrakt kończy się w przyszłym roku, dowodząc, że impreza straciła impet; wyraźnie odstaje od Cannes i Wenecji; desperacko potrzebuje nowego otwarcia. Zapewnić miałby je oddany kinu nowy kurator wyłoniony w transparentnej procedurze konkursowej ocenianej przez międzynarodową komisję. Listu nie podpisał Tom Tykwer – żartowano, że dlatego został przewodniczącym tegorocznego jury.

Kosslick bronił się rzeczowo: wyliczał silne strony festiwalu, podawał liczby, nazwał Berlinale festiwalem dla ludzi, gdzie widownia jest 10 razy większa niż w elitarnym Cannes. Tegoroczną edycją miał więc wiele do udowodnienia i choć raczej mizerny poziom konkursu nie poprawił notowań dyrektora, pomógł mu werdyktem Tykwer. Wraz z jurorami, wśród których był japoński kompozytor Ryūichi Sakamoto czy producentka „Moonlight” Adele Romanski, postanowił nagrodzić najbardziej radykalny i eksperymentalny z filmów w konkursie. Złoty Niedźwiedź powędrował do Adiny Pintilie – rumuńskiej artystki, dla której przygotowywany przez 8 lat film „Touch Me Not” był pełnometrażowym debiutem. Ciężko było dalej twierdzić, że Berlinale upaja się hollywoodzkim blichtrem i premiuje słabe filmy dawnych mistrzów, zapominając o odkrywaniu nowych talentów.

Gdy Pintilie usłyszała werdykt, była wyraźnie zaskoczona, podobnie zresztą jak dziennikarze, z których wielu zwyczajnie filmu nie widziało, a przynajmniej nie obejrzało go w całości. Na pokazie prasowym siedziałem w ostatnim rzędzie, widziałem więc, jak podczas dwóch godzin seansu sala coraz bardziej się wyludniała – do końca projekcji została może połowa widzów. Gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, wiedziałem, że film ten nie może wyjechać z Berlina bez nagrody (choć nie przewidywałem, że będzie to ta najwyższa), bo „Touch Me Not” to wyjątkowe doświadczenie na granicy kina i performansu, badające możliwości i granice ludzkiej seksualności. To wypowiedź odważna i precyzyjnie skonstruowana. Reżyserka, posługując się doświadczeniami swych bohaterów, wśród których jest profesjonalna aktorka, sparaliżowany mężczyzna, transseksualna prostytutka czy instruktor sado-maso, opowiada o własnych problemach z ciałem, sama odsłania twarz.

 „Touch Me Not” „Touch Me Not”

Widok pustoszejących sal można było obserwować także podczas metraży rzucających wyzwanie intensywnemu tempu festiwalowego życia. Takich jak „Ang Panahon ng Halimaw”, czterogodzinny musical Lava Diaza czy trzygodzinny „Mój brat ma na imię Robert i jest idiotą” Philipa Gröninga, autora „Wielkiej ciszy” i „Żony policjanta”, w którym brat z siostrą, przyglądając się robakom i sobie nawzajem, dyskutują o Heideggerze, by w pewnym momencie oddać się torturowaniu ekspedienta ze stacji benzynowej. Niewiele osób wytrwało też do końca krótszego, zaledwie półtoragodzinnego argentyńskiego filmu „La cama” Moniki Larainy, którego radykalność polegała na ograniczeniu się do wnikliwej, niemal bezdialogowej obserwacji relacji starszego małżeństwa u progu rozstania, w domu, który przyjdzie im niebawem opuścić i tytułowym łóżku, które łączyło ich przez lata. Choć dla mnie film był prawdziwą rewelacją, na sali słychać było pochrapywanie, stanowiące żartobliwy komentarz do tytułu filmu – nikt nie śmiał tych odgłosów przerywać.

Jeśli więc ktoś chciał się skupiać na samych obrazach, a nie spektaklu kolektywnego tworzenia aury kinowej, lepiej było siadać w pierwszym rzędzie. W przypadku niektórych tytułów obserwowanie reakcji widowni z ostatniego bywało jednak ciekawsze, a i po seansach warto było mieć oczy i uszy otwarte. Po pokazie gorzkiego dokumentu „Eldorado” Marcusa Imhuffa, zestawiającego los żydowskich uchodźców z czasu II wojny światowej z dzisiejszymi, spotkałem znajomą Belgijkę zanoszącą się płaczem, po „Touch Me Not” usłyszałem wzburzoną dziewczynę pokrzykującą, że cieszy się, że „kaleki uprawiają seks, ale czy ja naprawdę muszę to oglądać?”. Wbrew corocznym narzekaniom na poziom filmów (szczególnie konkursowych), trzeba było mieć naprawdę pecha, by nie odnaleźć takiego (szczególnie poza konkursem), który by wzruszył, zirytował, na coś otworzył. Dla mnie takim był na pewno „Teatro de guerra” Loli Arias – dokument próbujący przy pomocy sztuki zbliżyć do siebie argentyńskich i brytyjskich weteranów wojny o Falklandy, odsłaniającego miękkie podbrzusze twardych mężczyzn. Albo odjechany „Garbage” pokazujący problemy współczesnych Indii w konwencji rape and revange.

Dumnym można było być także z polskiej reprezentacji na festiwalu, złożonej z praktycznie samych kobiet. Oprócz animacji Pauliny Ziółkowskiej („Na zdrowie!”) i dokumentu Aleksandry Wesolowski („Impreza”), dobrze przyjęto pokazywany już w Gdyni debiut Jagody Szelc „Wieża. Jasny dzień”. Ukoronowaniem świetnej passy stała się Wielka Nagroda Jury dla Małgorzaty Szumowskiej za „Twarz”, którą trzy lata temu po „Body/Ciało” uznano tu najlepszą reżyserką. Tym razem Szumowska wybrała się na polską prowincję, by obśmiać (podniesione do potęgi?) rodzime przywary – oj, nie spodoba się to tym, którzy chcą urzędowo nakazać mówienie o własnym kraju tylko dobrze.

Twarz„Twarz”, reż. Małgorzata Szumowska

Symptomatyczne, że dwie najważniejsze nagrody festiwalu powędrowały do Europy Wschodniej i obie przyznano kobietom, co także zdaje się być znakiem czasu. Jeśli „Touch Me Not” cały jest próbą zbudowania relacji z drugim człowiekiem i sobą samą opartej na szacunku, Szumowska wystąpiła na festiwalu w roli ambasadorki akcji Speak Up!, mającej na celu walkę z molestowaniem seksualnym i nadużyciami w przemyśle filmowym. Z podobnych zarzutów tłumaczyć się musiał w Berlinie Kim Ki-Duk, którego najnowszy film „Human, Space, Time and Human” , mimo stawianych reżyserowi zarzutów o niestosowne zachowanie na planie, zdecydowano się pokazać na festiwalu. W dzisiejszym Hollywood zapewne same oskarżenie wystarczyłyby, by wymazać go z programu. Tu wyrok pozostawiono koreańskiemu sądowi, a sprawa stała się pretekstem do pytań o granice reżyserskiej władzy nad aktorami.

Jak widać, od współczesnych problemów i dyskusji nie było ucieczki. Nawet hit festiwalu, otwierająca imprezę urocza „Wyspa psów” nie miała w sobie nic eskapistycznego, okazała się najbardziej politycznym dziełem nagrodzonego tu za reżyserię Wesa Andersona. Choć osadzona w fikcyjnym japońskim mieście Megasaki, była satyrą na Donalda Trumpa i innych macho, którzy dzieląc i strasząc, starają się zagarniać coraz to większą władzę. Na Potsdamer Platz manifestowano przeciwko zamachowi stanu w Brazylii (opowiadał o nim dokument „O processo” Marii Augusty Ramos), na czerwonym dywanie przed ceremonią zamknięcia dopominano się o uwolnienie przez rosyjskie władze autora „Ucznia”, Kiryła Serebrennikowa.

To jednak właśnie z Rosji wyszedł jeden z najlepszych filmów festiwalu i głównych faworytów do Złotego Niedźwiedzia – „Dowłatow” Aleksieja Germana młodszego, który ostatecznie zdobył nagrodę za scenografię i kostiumy. Tym razem autor „Ostatniego pociągu” i „Pod elektrycznymi chmurami” pokazał sześć dni z życia rosyjskiego pisarza dysydenta z czasów, kiedy, podobnie jak Brodzki, mieszkał jeszcze w Petersburgu. Obaj nie mogąc publikować niczego, co nie byłoby optymistycznym peanem ku chwale ojczyzny, zdecydują się w końcu na emigrację. Choć akcja dzieje się w latach 70., a zrealizowany w koprodukcji z Serbią (Dowłatowa gra Milan Marić) i Polską (świetne zdjęcia Łukasza Żala) film wsparło też rosyjskie ministerstwo kultury, wielu doszukiwało się aluzji do putinizmu i odradzania się – przecież nie tylko w Rosji – nieśmiertelnych mechanizmów propagandy i cenzury.

W tym roku minęło 40 lat, od kiedy Berlinale przeniesiono z czerwca na luty, by, dalej od Cannes i Wenecji, znaleźć dla siebie bardziej wyraziste miejsce na festiwalowej mapie. 68. edycja podobnej rewolucji nie przyniosła – oprócz zmiany szefa sekcji Panorama, zasłużonego Wielanda Specka (wciąż odpowiada za Teddy Awards), na trójkę kuratorów zarządzających nią kolektywnie, właściwie wszystko było po staremu. I choć festiwal znajdował się raczej w defensywie, broniąc się przed ostrzałem krytyki, tej szczęśliwie nikt tu – ani artystom, ani prasie – nie zakazuje.