Przesiadka
fot. Łukasz Saturczak

13 minut czytania

/ Teatr

Przesiadka

Rozmowa z Bartoszem Bielenią

Po doświadczeniu teatru fizycznego bez przerwy myślisz, żeby już wejść na scenę i próbować. Wiem, że tekst jest ważny i etap prób stolikowych musi być zrealizowany, ale dopóki nie zderzysz tego z materią sceny, to sweter na łokciach się wyciera

Jeszcze 3 minuty czytania

ŁUKASZ SATURCZAK: Spotkanie z aktorem nie na scenie, tylko w czasie rozmowy, zawsze niesie ze sobą możliwość rozczarowania osobą, która każdego dnia przedstawia nam świat w nie swoim imieniu…
BARTOSZ BIELENIA:
Aktor, który kończy szkołę, powinien przy odbiorze dyplomu podpisać klauzulę, że od teraz będzie wypowiadał się wyłącznie wyuczonym na pamięć tekstem napisanym przez kogoś innego. 

A co powiedzieć o Bartoszu Bieleni, aktorze, który jest na scenie, odkąd skończył siedem lat? 1999 rok, Białystok, tytułowa rola w „Małym Księciu” Tomasza Hynka, kolejne osiemnaście to już życie na scenie. Rodzice pchali do teatru?
Nie, wręcz przeciwnie. Do teatru uciekałem. Rodzice, mimo że nie dawali tego po sobie poznać, bardzo nie chcieli, żebym grał. Przed „Małym Księciem” zapytałem, czy mogę iść na casting, mama powiedziała, że w porządku, mogę sobie iść, a po latach przyznała, że była pewna mojej porażki. Myślała, że da mi ona do myślenia i zrażę się do teatru na lata, a jednak Tomek Hynek zaprosił mnie do spektaklu. Po dwóch latach życia w teatrze wiedziałem, że lepszej roboty nie mogę sobie wyobrazić. 

I kasa dla takiego dzieciaka się zgadzała.
Jaka kasa? Starczało na białoruskie szlugi. Ale fakt – byłem chyba najmłodszym podatnikiem na Podlasiu. Byłem bardzo dumny, kiedy ojciec mi o tym powiedział. 

A później? Liceum?
Zacząłem się bać, że nie znam innego świata, nic innego nie umiem. Miałem jako dziecko epizody fantazjowania o innych rzeczach, ale niczym nie zająłem się na serio. Miałem dobrych nauczycieli, to chciałem zostać nauczycielem. Ładnie pachniało w kościele, to przez chwilę ciągnęło mnie do seminarium. 

W „Weselu” Jana Klaty grasz Księdza.
To już powidoki tych fascynacji, żart, cień tego, co było w liceum. A tak – całe życie ciśnienie na kółko teatralne, zajęcia, jeżdżenie na spektakle, oglądanie, wymienialiśmy się przegrywanymi, pirackimi płytkami ze spektaklami Jarockiego, Lupy, Warlikowskiego. Zobaczyłem, czym teatr może być. Wtedy na zajęciach czytaliśmy Bursę czy Schulza. Taki czas, plecak w kostkę, bunt, choć z drugiej strony harcerstwo…

Rozrywało cię.
W lewo i prawo. Ale wtedy przecież nie widzisz, że to jest sprzeczne. Z jednej strony siedzisz w pokoju i słuchasz „The Number of the Beast” Iron Maiden, z drugiej odwiedzasz kościół protestancki i katolicki. A jak to lubisz, to się nie zastanawiasz. Dodatkowo wychowywałem się na Bojarach, w najstarszej dzielnicy Białegostoku, gdzie jeszcze kilkanaście lat temu spacerowały krowy, świnie i konie. 

Wróćmy do strachu.
W liceum długo myślałem, że nic innego nie umiem i nie poradzę sobie w innym życiu. Potem dostałem się do szkoły teatralnej w Krakowie i nawet nie chcę myśleć, co by było, gdyby mnie nie przyjęli. Oczywiście próbowałbym dalej, bo znałem ludzi, którzy nie dostawali się za pierwszym razem i zdawali znowu, ale dla mnie to byłby cios, więc miałem spinę. Robisz coś całe życie i okazuje się, że tam, gdzie aspirujesz, nikogo to nie obchodzi. Zostanie w Białymstoku byłoby spełnieniem marzeń moich rodziców i odpowiedzią na ich lęki. Nagle zrozumiałem, o co im chodziło, chcieli mnie chronić przed wygórowanymi marzeniami, które spalą na panewce. Oni są ludźmi twardo stąpającymi po ziemi i uważają, że warto mieć marzenia, ale jeśli znajdziesz na nie czas, a wcześniej musisz ogarnąć swoje życie. Później bardzo mi pomogli. Zapewnili mi poczucie bezpieczeństwa, wspierali mnie, pomagali finansowo, dzięki czemu nie musiałem grać w reklamach czy produkcjach, które nie spełniałyby moich oczekiwań. Powiedzieli jasno: szalej, goń marzenia, spełniaj się w teatrze i filmie, wyjedź do Stambułu robić teatr. 

I co było dalej?
W liceum, przygotowując się do egzaminów, trafiłem na Zdzisława Dąbrowskiego, który mieszkał piętro wyżej ode mnie. Były wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie, a później w Białymstoku, legenda Teatru Polskiego Radia. Powiedziała mi o nim moja ciocia. On, ponadosiemdziesięcioletni człowiek, który pracował chyba ze wszystkimi znanymi mi dużymi nazwiskami polskiego teatru. Byłem świeżo po „Dziejach teatru” Nicolla, czytałem o polskim teatrze, wyobrażałem sobie, jak tuzy scen będą mnie przepytywać z powojennej scenografii… Masz naście lat i człowiek pokazuje ci oryginalne zaproszenie do „Zielonego Balonika”. Spotykaliśmy się wieczorami, przy małej lampce, czytaliśmy Herberta i Różewicza, oglądaliśmy obrazy El Greca.

Oprócz aspektu magicznego, to musiała być dobra szkoła przedegzaminacyjna.
Jak teraz na to patrzę, to na egzamin poszedłem w ogóle nieprzygotowany. Nie przyjęli mnie do Warszawy, ale wkrótce okazało się, że Kraków to największy prezent od losu. Na dzień dobry okazało się, że to najlepszy wybór w życiu. Dziś opowiadam, że Białystok jest moim miejscem urodzenia, Warszawa wyborem głowy, a Kraków – serca. Pamiętam, jak pojechałem tam drugi raz w życiu ze znajomymi, nie mówiąc nic rodzicom, i się w tym mieście zakochałem. Poza tym w krakowskiej szkole teatralnej studiowała moja przyrodnia siostra, Magdalena Koleśnik, która zawsze – widzę to w ten sposób teraz – badała dla mnie teren. Była szybciej w Krakowie, szybciej w Warszawie. Pamiętam naszą rozmowę, kiedy byłem w klasie maturalnej, a ona już studiowała w Krakowie: staliśmy na pustym korytarzu liceum w Białymstoku i opowiadała mi o szkole.

fot. Łukasz Saturczakfot. Łukasz Saturczak

Gdy przeprowadziłem się do Krakowa, zamieszkałem na tyłach sceny kameralnej Starego Teatru. Żartowałem z ojcem, że ta bliskość sceny może sprawi, że kiedyś się na niej pojawię. Nie minęły trzy lata i Jan Klata powiedział: „Dzień dobry, zapraszamy do zespołu”. Dziś jestem bardzo wdzięczny za ten czas. 

Najmłodszy aktor w zespole...
Kiedy dyrektor zaprosił mnie na rozmowę, nie wiedział, że jestem jeszcze na studiach. Szukano młodego chłopaka do spektaklu Anny Augustynowicz, a po premierze jej „Edwarda II” już zostałem. Później był „Król Lear”...

To ja sobie popatrzę na to wszystko z boku: debiut na deskach w wieku siedmiu lat, studia w szkole teatralnej w Krakowie, Teatr Bagatela, Stary Teatr, teraz po zmianie dyrektora trafiłeś do Krzysztofa Warlikowskiego. Masz dwadzieścia pięć lat i na koncie grę w „Hamlecie”, „Weselu”, „Płatonowie”, „Królu Learze”... Tylko czekać, kiedy się poślizgniesz.
Tu się przydaje podejście moich rodziców: rób swoje jak najlepiej, krok po kroku. Nie idę po trupach. Popatrz na to wszystko z innej strony. Ja nigdy nie próżnowałem. Poszedłem do Instytutu Grotowskiego, bo byłem ciekawy ich pracy, potem zaliczyłem wyjazd do Gardzienic, warsztaty w Stambule. Nie było tak, że dostałem się do szkoły teatralnej i złapałem Boga za nogi, więc teraz już nic nie muszę.

A teraz trafiasz do stołecznego Nowego Teatru. Od kiedy spodziewałeś się wyjazdu z Krakowa?
Od konkursu na nowego dyrektora teatru. Władza nie oszczędziła nam Muzeum II Wojny Światowej, Instytutu Adama Mickiewicza, Teatru Polskiego we Wrocławiu, więc dlaczego miałaby inaczej traktować Stary Teatr…

Wielu moich znajomych zakładało się, że Klata jednak zostanie, mimo problemów na początku kadencji.
W Krakowie jest zazwyczaj tak, że jak wytrzymasz dwa lata, to później już jakoś idzie. Klata miał na początku problemy przez protesty ze strony wrogiej mu grupy widzów, ale ostatni czas? Festiwale, wyjazdy, nagrody… I co z tego? 

A ty spadłeś na cztery łapy.
Nie mów tak, jakie spadłem? W Krakowie przez trzy lata grałem dwadzieścia spektakli miesięcznie, a do tego dochodziły próby często dwa razy dziennie. To naprawdę ciężka praca. Jakie mam narzędzia, żeby bronić sukcesu i się z niego tłumaczyć? W 2012 roku zamiast pojechać na żagle, dobrze się bawić, pojechałem do Wrocławia, żeby móc zagrać w „Mauzerze” Theodorosa Terzopoulosa w Instytucie Grotowskiego. Spędzam jedenaście godzin w pociągu, wygrywam casting, zostaję, Mazury poczekają. Pytam, kiedy zaczynają się próby, słyszę: jutro. I tak minęły mi wakacje. Rodzice po tygodniu przywieźli mi resztę ubrań, bo miałem ze sobą trzy koszulki. Kiedy skończyłem próby w Instytucie Grotowskiego, poszedłem do Bagateli, ale nie spodobało mi się tam, to nie było moje. No to dawaj do Stambułu, później Stary, praca kolektywna, teatr fizyczny, praca z głosem… W szkole częściej mnie nie było, niż byłem, więc ciągle słyszałem: „Bielenia – artysta nieobecny”. To prawda, niewiele sypiam.

Powiedziałeś wcześniej, że Kraków to wybór serca. Nie chcesz przeczekać nowego dyrektora?
Posiedzę sezon i co? Mam być tam, bo inaczej coś tracę? W imię czego? Kiedy byłem w liceum, moi przyjaciele wymyślili swojego poetę, wydali jego tomik i roznieśli po białostockich klubokawiarniach. Był tam wiersz bez tytułu: 

W imię czego
Się pytam
Ktoś nasrał na środku
autobusu

To teraz ja się pytam, w imię czego? 

fot. Łukasz Saturczakfot. Łukasz Saturczak

Solidarności?
Być może, ale chyba nie chce mi się tego drążyć. Po prostu wiem, że to nie będzie trwało rok, tylko dłużej. Jestem młody i nic nie muszę. Koleś nasrał mi w autobusie i nie muszę tego znosić. Przecież nawet nie wiem, w którą stronę ten autobus jedzie. Nie wiem, jak długo ten nos można mieć zatkany. Muszę wysiąść. 

W tym wszystkim sprzyja ci jednak sporo szczęścia.
Zastępstwo w „Procesie” Krystiana Lupy zdarzyło mi się tak, że akurat jadłem obiad w barze we foyer. Gdyby ktoś mi powiedział kilka lat temu, że w kwadrans będę musiał zrobić zastępstwo w spektaklu Lupy, to bym zemdlał i obudził się następnego dnia pod kroplówką.

Podobno się nudzisz na próbach. Tak bardzo, że wycierasz sobie sweter na łokciach.
Ale to tylko na pierwszych próbach. Po doświadczeniu teatru fizycznego, siedząc na czytaniach i słuchając reżysera, bez przerwy myślisz, żeby już wejść na scenę i próbować. Wiem, że tekst jest ważny i etap prób stolikowych musi być zrealizowany, ale dopóki nie zderzysz tego z materią sceny, to jednak ten sweter na łokciach się wyciera. 

A teraz czeka cię kolejna praca w teatrze instytucjonalnym. Brakuje ci tutaj fizyczności? Ruchu? Pracy z ciałem?
Bardzo. Warsztaty niesamowicie zrównują ludzi. Zabierają ci poczucie bezpieczeństwa, odbierają myślenie, że już wszystko zrobiłeś, że nie masz już czego się uczyć. Od zawsze lubiłem rzeczy, które nie są łatwe. Zagrać kobietę? Proszę bardzo. Dlatego tak bardzo lubię swoją rolę w „Hamlecie” w reżyserii Krzyśka Garbaczewskiego, gdzie wcielam się także w Ofelię. 

Teraz grasz u niego w „Uczcie” Platona.
Ponowna praca z ludźmi, z którymi już wcześniej się artystycznie spotkałeś, jest jak odwiedzanie ulubionej pracowni. Ale nigdy nie wiesz, jak będzie. To zawsze niespodzianka. To trochę jak z wakacjami w ulubionym kraju: raz pojedziesz i zostaniesz super przyjęty, ugoszczony, poznasz świetnych ludzi, a innym razem zachorujesz, napadną cię i okradną. A jednak to ten sam kraj i ci sami ludzie. 

Na co teraz czekasz?
Na nic. Najbardziej chciałbym zrobić coś z wewnątrz siebie, próbować, szukać, nawet jak ma nic z tego nie wyjść. Nie wiem, czy jest coś lepszego niż poczucie tworzenia. 

To dlaczego wybrałeś teatr dramatyczny, a nie fizyczny?
To nie są oddzielne dyscypliny przypisane na zawsze. Jak wybrałem jedno, to już nie mogę zrobić czegoś innego? Myślę, że wzajemnie mogą się przenikać i wzbogacać.

Gardzienice, Bytom, Teatr Pieśni Kozła – to nie są sceny, które mogą być dla młodego aktora tak kuszące jak scena krakowska czy warszawska. Co zdecydowało, że wybrałeś Nowy Teatr? Nie miałeś ochoty po dwóch sezonach w Starym zaszyć się w Bytomiu albo Wrocławiu?
Warsztaty i spektakle w tych instytucjach zdarzały się przez cały mój czas pracy w Starym. Jeszcze do zeszłego roku grałem „Mauzera” w Instytucie Grotowskiego, a „Novalisa” w Gardzienicach też zrobiłem, będąc na etacie w Krakowie. Nie odciąłem się od tego całkowicie. Nie chcę się zaszyć, tylko szukam wyzwań, a takim wyzwaniem jest Warszawa... tyle. Myślę, że to niestety tendencyjne pytanie. Równie dobrze możesz zapytać, dlaczego nie zacząłem uczyć w szkole albo nie poszedłem na lalki, skoro wychowałem się w tamtym środowisku.

Po „Małym Księciu” żyłem raczej wyobrażeniem na temat pracy w teatrze, z którym prawdziwie zetknąłem się dopiero w szkole teatralnej, a później jeszcze w innym stopniu pracując w profesjonalnym teatrze. Myślę, że jestem na początku drogi. Czasami to zderzenie z wyobrażeniem boli, ale jest raczej konstruktywne.