Blues milionera
CC0 License

15 minut czytania

/ Muzyka

Blues milionera

Rafał Księżyk

Jest bezsprzecznie najważniejszym muzycznym wydawcą w nowym wieku. Ba, Richard Russell to ostatni z wielkich tej branży. Aż chciałoby się poznać sekret jego sukcesu. Czy udaje się to przy okazji premiery albumu „Everything Is Recorded by Richard Russell”?

Jeszcze 4 minuty czytania

„Są chwile w naszym życiu, kiedy czujemy się całkiem sami. Czujemy się tak, jakby nikt nie wiedział, przez co przechodzimy”, brzmią słowa otwierające płytę „Everything Is Recorded by Richard Russell”. Ten fragment nagrania teksańskiego telewizyjnego kaznodziei T.D. Jakesa powraca w kolejnych utworach. „Tęsknota i samotność to wielki temat tej płyty”, komentuje Russell. Osobliwe słowa, jak na szefa i współwłaściciela najbardziej dziś wpływowej i dochodowej niezależnej wytwórni płytowej, którego majątek wyceniany jest na 75 milionów funtów. Ta wytwórnia to istniejąca od blisko 30 lat XL Recordings. Nazwa sama w sobie nie do końca może wbiła się w świadomość fanów muzyki, ale lista jej podopiecznych przyprawia o zawrót głowy. The Prodigy, The White Strapes, M.I.A., Gotan Project, Dizzee Rascal, Jack White, Vampire Weekend, Radiohead, Adele. Dodać tu trzeba jeszcze The XX,  nagrywających dla Young Turks, sublabela XL. To już klasyczni artyści, ale nie gorzej jest z nowymi odkryciami wytwórni, do których należą Ibeyi, King Krule i Sampha, laureat prestiżowej Mercury Prize z roku 2017. Bestsellerowy dorobek XL Recordings daje esencjonalne podsumowanie ewolucji muzycznych gustów w nowym wieku, dowodzi też niebywałego „nosa” do wynajdywania talentów, tak różnorodnych i tak trafionych.  I w tym momencie okazuje się, że największym talentem XL Recordings jest prowadzący wytwórnię od 1995 roku Richard Russell.

W 2017 roku Russell urządził w swym nowo otwartym, prywatnym studiu nagraniowym The Copper House cykl całonocnych piątkowych jamów, zapraszając do udziału w nich kilkudziesięciu zaprzyjaźnionych artystów. W niezobowiązującej, rozimprowizowanej atmosferze powstały setki godzin nagrań, z których wybrał fragmenty tworzące album  „Everything Is Recorded by Richard Russell”. Wielkie gwiazdy, Damon Albarn, Peter Gabriel, lider Scritti Politti, Green Gatside czy Mark Ronson pojawiają się tu w roli instrumentalistów. Grają też Kamasi Washington, rozchwytywany aranżer Owen Pallett i skrzypek Warren Ellis. Główne role wokalne obsadzili Sampha, Ibeyi, Giggs, ale też całkiem nowe postacie, Nigeryjczyk Obongjayar i Infinite, syn Ghostface Killah z Wu-Tang-Clan. Oto kolektyw Everything Is Recorded, o którym Russell mówi, iż jego potencjał przewyższa sumę zebranych w nim indywidualności. On sam wniknął weń harmonijnie, jako inżynier dźwięku, realizator, multiinstrumetalista, dyskretny reżyser całego przedsięwzięcia. Choć zdobył szereg ważnych branżowych nagród i w swym fachu uchodzi za wyrocznię, Russell nie pcha się na pierwsze strony. Dopiero przed premierą nowej płyty udzielił kilku obszerniejszych wywiadów. Nawet jednak przy okazji wydawnictwa, które de facto jest jego autorskim albumowym debiutem, firmuje je nazwą projektu, Everything Is Recorded, a swe nazwisko umieścił w tytule. Sceptycyzm wobec mocy sprawczej jednostki, połączony z wiarą w siłę kolektywu, to pierwsza z mistrzowskich lekcji Russella. Warto ich słuchać, bo poparte są wieloletnim, praktycznym doświadczeniem na pierwszej linii muzycznego frontu.

„Między przedmieściami a centrum miasta toczy się gra. Jeśli jesteś na przedmieściach, walczysz o to, by dostać się do miasta”, mówi Russell i jako przykład podaje nowojorskich raperów, którzy pochodzą raczej z Bronxu czy Queens niż z Manhattanu, ale spostrzeżenie to odnosi do własnej historii. Przełomowy moment wyznacza w niej eksplozja tanecznej kultury rave. „Rave nie był londyński, był z przedmieść”, wspomina Russell koniec lat 80. minionego wieku, gdy wychowywał się w sennej podlondyńskiej dzielnicy Edgware. Urodzony w 1971 roku w żydowskiej rodzinie z niższej klasy średniej, w muzyce znalazł ucieczkę od nudy i stagnacji otoczenia. Dla chłopaka wychowanego na Beatlesach i soul, surowa, świeża energia generowanej z syntezatorów i automatów perkusyjnych muzyki rave była impulsem do działania. Muzyka sprawiła, że zaczął regularnie kursować metrem do Londynu. Podjął pracę w sklepie płytowym, został didżejem i zaczął kolekcjonować winyle. Sprzedawał w Camden swoje mixtape'y,  w Soho polował na importowane zza Oceanu single, najpierw z hip-hopem, potem z chicagowskim house'em. W 1991 roku zatrudniła go powołana na fali nowego tanecznego szaleństwa niewielka, niezależna wytwórnia XL Recordings. Russell objeżdżał cały kraj, rozwożąc jej winyle do lokalnych sklepów, didżejów i radiostacji. Trudno o bardziej bezpośrednie doświadczenie w muzycznym biznesie.

Byłby Russell klasycznym okazem kariery „od pucybuta do milionera”? W dużej mierze tak, tyle że Russell działa we własnym rytmie. Pierwszy sukces przyszedł wcześniej, niż się spodziewał. „The Bouncer”, pierwszy singiel, który nagrał w 1992 roku w ramach duetu Kicks Like A Mule, okazał się sezonową sensacją. Ciężki breakbeatowy rytm i zapętlony, kwaśny motyw klawiszowy, który zsamplowany został z płyty z pionierskim beligijskim hardcore techno, idealnie trafiały w swój czas. Siły dodawał obsesyjnie powtarzany tekst podsłuchany na klubowej bramce, „nie ma cię na liście, nie wchodzisz”, odwołujący się do doświadczeń podmiejskich dzieciaków nadaremnie szturmujących modne lokale. Grany przez pirackie rozgłośnie, „The Bouncer” raptem trafił do pierwszej dziesiątki krajowej listy przebojów, co przyniosło zespołowi zaproszenie do programu Top of The Pops i kontrakt na album z wytwórnią London Records. Russell nie skorzystał  z szansy, płyta nigdy nie powstała. Po latach wspomina, że nie czuł się dość dobry, tym bardziej że pod szyldem XL współpracował wtedy z kluczowym dla kariery brzmień rave zespołem The Prodigy.

Trzeci album The Prodigy, „The Fat of the Land”, który ukazał się w 1997 roku, u szczytu boomu techno, był płytą numer jeden w 26 krajach, sprzedany został w przeszło 10 milionach egzemplarzy i przyniósł XL stabilność finansową. W tym czasie Russell zarządzał już firmą samodzielnie. „Firmy płytowe działają najlepiej jako małe jednostki ściśle związane z muzyką i z artystami”, brzmi wyniesiona z tamtych lat filozofia działania wydawnictwa. Russell przeciwstawia ją wyobcowanym w korporacyjnych strukturach fonograficznym majorsom. Brzmi to jak marketingowa gadanina, ale stoją za nią fakty. Najbardziej spektakularny jest taki, że gdy Radiohead nie przedłużyło kontraktu z EMI, wybierając dystrybucję muzyki w sieci, publikację fizycznych nośników oddało właśnie XL Recordings. I nie tylko, w 2016 roku XL przejęło cały dotychczasowy katalog Radiohead, co było bezprecedensowym transferem z koncernu do firmy niezależnej. Russell opowiada, że na 200 000 materiałów demo, które rokrocznie przychodzą na adres XL Recordings, podpisuje jeden kontrakt. Nie znaczy to, że nie potrafi działać szybko i łamać reguł, do legendy przeszła historia kontraktu, który Russell zaoferował Adele po wysłuchaniu zamieszczonych na YouTube kilku piosenek nikomu jeszcze nieznanej 18-letniej dziewczyny.

„Tak naprawdę nigdy nie podpisujesz kontraktu na podstawie tego, co ktoś robi w danym momencie, starasz się raczej rozpoznać jego potencjał”, tłumaczy kulisy umów zawieranych przez XL. Za idealną liczbę albumowych premier w roku uznaje 6 tytułów, maksimum 10. Pozwala to na spokojną, długofalową pracę z wybrańcami. Russell twierdzi, że artystom nie warto niczego narzucać, koncentruje się raczej na wzmacnianiu tych ich pomysłów i intuicji, które uznaje za najlepsze. Nauczył się tego, pracując z The Prodigy, teraz lekcja ta sprawdza się, gdy ma do czynienia z tak różnymi wykonawcami, jak estradowa megagwiazda Adele i wycofani, nadwrażliwi The XX. Russell podkreśla, że nie czuje się biznesmanem, ale płytowym producentem. Jest bodaj jedyną grubą rybą dzisiejszego biznesu płytowego, która radzi sobie doskonale przy konsolecie studia nagraniowego.  W studia nagraniowe inwestował, odkąd tylko mógł. Pierwsze stworzył w piwnicy biur firmy i swe pierwsze bestsellery nagrali tam The XX i M.I.A. Drugie, nazwane The Copper House, zajęło cały dom, zakupiony w Londynie specjalnie w tym celu, by stworzyć niezobowiązujący komfort nagrań. Teraz uruchamia studio w centrum Nowego Yorku.

Za konsoletę wrócił jednak dopiero w 15 lat po nagraniu „The Bouncer”. W 2007 roku rozpoczął pracę nad albumem jednego z bohaterów swej młodości, Gila Scott-Herona. Po raz pierwszy spotkali się na widzeniu w więzieniu, gdzie 68-letni poeta, aktywista i prekursor rapu odsiadywał wyrok za  posiadanie kokainy. Sterany życiem artysta  zaufał Russellowi, w ciągu kolejnych dwóch lat zarejestrował kilkanaście godzin monologów i zaśpiewów, które Brytyjczyk oprawił muzyką. Ciężkie, mroczne i szorstkie elektroniczne brzmienia w tej samej mierze czerpiące z bluesa, co z dubstepu, kapitalnie puentowały nieupozowane, bolesne wyznania Scott-Herona. Zachwyceni krytycy twierdzili, że Russell zrobił dla niego to, co Rick Rubin dla Johnny'ego Casha, przywrócił go do życia dla nowej generacji. Scott-Heron zmarł w 2011, w rok po premierze płyty „I'm New Here”. Russell wspomina ich spotkanie jako jedno z najważniejszych doświadczeń w swoim życiu. Album przyniósł mu też rozpoznawalność i szacunek w amerykańskim środowisku hiphopowym. Zaraz potem wymyślił nie mniej udaną płytę „We're New Here”, gdzie nagrania Scott-Herona remiksuje młody wilk londyńskiej sceny Jamie XX, a w 2011 ściągnął do studia kolejnego zapomnianego bohatera swej młodości, 67-letnią legendę soul, Bobby'ego Womacka. Efektem był album „The Bravest Man in the Universe”, na którym za produkcję i wszystkie partie instrumentalne odpowiadali Russell i Damon Albarn. W tamtym okresie ci dwaj giganci brytyjskiego pop sporo ze sobą współpracowali, Russell pomagał Albarnowi w produkcji jego pierwszej solowej płyty „Everyday Robots”, wyjechali też razem do Afryki, gdzie pod szyldem DRC Music zrealizowali w Kinszasie nagrania prezentujące potencjał muzycznej sceny Kongo. Muzyka z tych sesji ukazała się na wydanej przez Warp w 2011 roku płycie „Kinshasa One, Two”, z której dochód przeznaczony był na cele charytatywne. Afrykańskie doświadczenia przydały się Russellowi podczas pracy z Ibeyi, pierwszym i jedynym zespołem w barwach XL, którego nagrania produkuje osobiście. Ibeyi to duet sióstr bliźniaczek Diaz, córek kubańskiego perkusjonalisty Angi Diaza, znanego m.in. z sesji „Buena Vista Social Club”. Ich wdzięczne, zwiewne piosenki zanurzone są w afrokaraibskich rytmach i kulturze Jorubów, a przy okazji najnowszej, drugiej płyty „Ash” z 2017 roku, zyskały społeczno-polityczny pazur. Niewiele tych produkcji, ale każda znacząca.

„W mojej wyobraźni zawsze robię płyty hiphopowe, choć nie zawsze tak brzmią”, mówi Russell. Oparta na przechwyceniu i remiksie esencja hiphopowej produkcji bliska jest rave, to praca bazująca na sklejaniu rytmicznych pętli i brzmieniowych sampli, z tym, że obecność rapu silniej zaznacza tu ludzki pierwiastek. Błyskotliwe opanowanie tej poetyki zaprezentował pierwszy singiel z „Everything Is Recorded by Richard Russell”,  „Close But Not Quiet”. Utwór osnuty jest wokół sampla z pierwszej płyty soulowego klasyka lat 70. XX wieku, Curtisa Mayfielda, głos Mayfielda powraca niczym refren, do którego dośpiewuje swe partie, zupełnie jakby śpiewał w duecie, współczesny wokalista Sampha. Taka reinterpretacja klasycznych wersów to z kolei chwyt znany z nagrań starych jamajskich didżejów.  Tylko groove, który bawi się funkową linią basu i hiphopową motoryką jest na wskroś nowoczesny. Muzyka porywa nas poza określony czas i konkretne gatunki. Te utwory, w których na podobnej zasadzie stare spotyka się z nowym, należą do najbardziej udanych na albumie. W „Wet Looking Road” uduchowiony cytat z pieśni roots reggae Keitha Hudsona zestawiony jest z szorstką, brutalną ekspresją grime'owego rapera Giggsa. Groove kolejnego singla, „Mountains of Gold”, napędzany jest przez motyw zaczerpnięty z „Nightclubbing”, kompozycji Davida Bowie i Iggy Popa w wykonaniu Grace Jones, a to tylko tło dla wokalnych kreacji Samphy, Ibeyi i Wiki. „Everything Is Recorded by Richard Russell” jest bowiem płytą głównie wokalną, miesza głosy z równą inwencją, jak muzyczne style. O ile w rytmicznych podkładach echa muzyki afrykańskiej, bluesa, reggae i hip-hopu  mieszają się z tradycjami brytyjskiej elektroniki, od acid house, przez trip hop, po dubstep, o tyle głosy, nawet uliczna nawijka Giggsa, eksplorują różne odcienie ekspresji soul. Soul pojmuje Russell szeroko jako pieśń tęsknoty i samotności, wypowiedź egzystencjalną, zawieszoną między sacrum i profanum, czy, jak kto woli, gospel i bluesem, skargą. Przecież u źródeł  „Everything Is Recorded by Richard Russell” leży ponure, krańcowe doświadczenie.

W 2013 roku Russell zapadł niespodziewanie na rzadką chorobę nazywaną zespołem Guillain-Barrégo, która atakuje układ nerwowy i wywołuje niedowład mięśni, może nawet grozić śmiercią. W najcięższej fazie doznał paraliżu całego ciała, był wyłączony z życia.  A potem przyszedł długi czas rehabilitacji. Przyjaciel, Geoff Barrow z Portishead podarował  rekonwalescentowi mały syntezator, a lekarze stwierdzili, że doskonale nadaje się on do pracy nad przywróceniem sprawności dłoniom. Siedząc w szpitalnym łóżku, z syntezatorem w ręku i głową pełną traumatycznych wspomnień, Russell zaczął pracę nad piosenkami, które stanowiły pierwszy szkic „Everything Is Recorded”. „Zrozumiałem, że samotność to nasze największe ludzkie wyzwanie. Poradzimy sobie ze wszystkim, z wyjątkiem samotności”, wspomina tamte chwile. Jeszcze przed chorobą zaczął budowę studia The Copper House, po powrocie do zdrowia rzucił się w wir pracy, by przygotować je do nagrania swojej autorskiej płyty. Piątkowe jamy w The Copper House przede wszystkim miały dawać przyjemność spotkań z innymi.

Richard Russell, Everything is Recorded by Richard Russell, XL Recordings 2018Richard Russell, Everything is Recorded by Richard Russell”,
XL Recordings 2018
„Everything Is Recorded by Richard Russell”, zbierając producenckie doświadczenia Russella, pozwala wydobyć ich wspólną osnowę. Ilustruje ją obraz, wykonany na podstawie kolażu sporządzonego przez Russella, który powiesił w biurze XL Recordings. Przedstawia on założycieli Kraftwerk, Ralfa Hüttera i Floriana Schneidera pozujących do zdjęcia na okładkę albumu „Ralf und Florian”, tyle że pomiędzy ich głowami pojawia się postać Roberta Johnsona. Tradycje czarnej muzyki, od afrykańskich korzeni, poprzez afrokaraibską diasporę, blues, soul i hip-hop, z dbałością osadza Russell w brzmieniach nowoczesnych na miarę nowego wieku. Przy czym szczególne jest to, że dbałość ta koncentruje się na odnalezieniu świeżej ekspresji dla leżącego w sercu tej muzyki emocjonalnego żaru, który podjęty zostaje wraz ze swym egzystencjalnym przesłaniem. „Wiesz, czym jest blues? To ludzie śpiewający o życiu. Bólu. Życie jest ciężkie. To jest tradycja, której jesteśmy częścią”, opowiada Russell. Nie można celnie mówić o bluesie, inaczej niż w sposób prosty. Kazanie wielebnego T. D. Jakesa, które jest lejtmotywem „Everything is Recorded by Richard Russell”, kończy się słowami: „Nie jesteś sam, nie jesteś sam w walce”. Byłaby to esencja siły piosenki, której wyczuciu zawdzięcza Russell swą potęgę?