Bez przypraw

6 minut czytania

/ Film

Bez przypraw

Klara Cykorz

Gdyńskie etiudy odnajdują swoją spójność w ciężkości podejmowanych tematów, korespondują ze sobą na poziomie ambicji, zacementowane w ponurym nastroju i kręgu niesympatycznych bohaterów

Jeszcze 2 minuty czytania

Na początku ustalmy jedno: recenzowanie tego zestawu krókich metraży jako premiery kinowej wydaje mi się trudne przede wszystkim etycznie. Etiuda szkolna rzucona na pożarcie rozmarudzonemu krytykowi, co na planie filmowym lampy nie ustawi i o kable się potknie, traci swoją pierwotną funkcję. I albo poradzi sobie w nowym, nieprzyjaznym środowisku, albo nie. Spotkałam się z wieloma bardzo dobrymi opiniami na temat zestawu, który w styczniu wprowadziło do kin Studio Munka. Propozycja Gdyńskiej Szkoły Filmowej – „Matka” Łukasza Ostalskiego sprzed pięciu lat, „Dzień babci” Miłosza Sakowskiego sprzed lat trzech oraz dwa filmy zeszłoroczne, „Koniec widzenia” Grzegorza Mołdy i „Między nami” Macieja Millera – raczej nie spotka się z podobnym entuzjazmem.

Oglądanie tych etiud – zarówno osobno, jak i w ciągu – uwypukla niby anachroniczne, niby niefunkcjonalne i po prostu nieprawdziwe przeciwstawienie rzemiosła i natchnienia. Natchnienia czy, uściślijmy, wyjściowego pomysłu, podstawowego konceptu. Bo pomysły są tu dobre, gatunkowo świadome. W „Matce” i „Dniu babci” ciekawie pomyślano role dla doświadczonych aktorzyc (odpowiednio Danuta Stenka i Anna Dymna). Jeden z filmów („Między nami”) jest dokumentem, trzy pozostałe tytuły czerpią ze wzorcow okołokryminalnych.

W „Matce” doświadczona polityczka (Stenka właśnie) próbuje pozbyć się trupa. Trup należy do dziewczyny jej naćpanego syna. Jest tu uwalona krwią łazienka w weekendowym domku nad jeziorem, pomost i łódka. Jest też, co jasne, dylemat matki i polityczki zarazem, są też łatwe do przewidzenia tajemnice problematycznej latorośli. A jednak nie ma napięcia; czemu właściwie miałoby mnie to obchodzić? Postaci wydają się puste, tekturowe, pozbawione substancji. Oglądając film, myślałam przez chwilę o „Wideo Banny'ego” Michaela Hanekego, ale przed Wielkiego Austriackiego Reżysera szybko wepchnął się Patryk Vega, którego „Botoks” w wersji serialowej skończyłam dzień wcześniej. I już wiedziałam: „Matka” traktuje o Polsce (sam tytuł powinien mi to podpowiedzieć). Dlatego nad dziewczęcym trupem pochyla się nie tylko Rodzina, ale i Polityczne Strategie, i dlatego tytułowa bohaterka musi mieć dylemat podwójny (jak również wdzięczną scenografię z pomostem). Film Ostalskiego w 30 minut streszcza żywy jeszcze kilka lat temu stereotyp polskiego kina, które powstaje w i traktuje o postapokaliptycznym kraju, w którym wszyscy cierpią albo na depresję, albo na (moralnego) kaca (i gdzie nawet wymęczona wygrana moralna i tak oznacza klęskę).


W tym kraju powstał też „Dzień babci”. To najlepszy film zestawu – i być może dlatego najlepiej widać w nim problem z utrzymaniem napięcia, obleczeniem dobrego szkieletu w równie dobre mięso. Etiuda Sakowskiego ma konstrukcję dreszczowca. Główni bohaterowie, młody oszust i emerytka, wymieniają się rolami „oprawcy” i „ofiary”, całość ustawiają kolejne przewrotki, odwracające sytuację ujawnienia kolejnych faktów z życia kobiety; większość akcji dzieje się w przestrzeni zagraconego, zaniedbanego mieszkania, gdzie wszystko zapada się, sypie i niszczeje. Nieporadny złodziejaszek wpada jak śliwka w kompot, szantażowany przez schorowaną emerytkę; oczywiście z czasem tworzy się między nimi głębsza, pełniejsza więź. Na papierze, w konspekcie, wszystko tu gra, szantaż i kolejne niespodzianki wychodzą z realnego problemu społecznego, doświadczenia osób starszych, schorowanych, samotnych i unieruchomionych, wyrzuconych poza margines społecznego zainteresowania. Klaustrofobia miejsca akcji jest więc klaustrofobią społeczną. Jest to bardzo klasyczne, jest też ważne i prawdziwe.

A jednak czegoś tutaj brakuje, akcja wlecze się pomimo dobrze budowanej atmosfery niezręczności w przykro rozpoznawalnych wnętrzach. Energia dobrego castingu wycieka na poziomie mikro, przez kanciaste, stylizowane na dosadne dialogi. Nie ma mowy, bym uwierzyła, że młody chłopak mówi do obcej starszej pani na „ty”; jeśli już okradać emerytkę po polsku, to przez „proszę pani”. Ten niepotrzebny naddatek brutalności („ej, masz coś do żarcia?”) wybija z konwencji. A w końcu jest to film gadany, więc bez dialogu, który się dobrze w uchu ułoży, ani rusz. Ale może przesadzam: ostatecznie Sakowskiemu udaje się przecież dużo pokazać.

„Gdyńska Szkoła Filmowa. The Best of”„Gdyńska Szkoła Filmowa. The Best of”, w kinach od 9 marca 2018W piętnastominutowym „Końcu widzenia”, symetrycznym odwróceniu „Matki” (córka poznaje tajemnicę ojca, tak jak matka rozpoznawała krew na rękach syna), nie udaje się zaś pokazać nic, chociaż protekcjonalny głosik podpowiada, że o, proszę, córka pracująca w ojcowskim warsztacie samochodowym to przecież znakomity genderowo pomysł. Tyle że film nie znajduje odpowiedniej formy, by ich relację opowiedzieć w 15 minut.

Największe skrępowanie budzi jednak dokument „Między nami”, 30 minut autobiograficznej rejestracji pewnego związku w chwili kryzysu, zwanego czasami stanem błogosławionym. Intymność, o ile dobrze rozumiem, jest tu raczej kwestią faktów aniżeli opinii. Ktoś wpuszcza mnie do swojego życia, obnaża się, a ja stoję na progu i wzruszam ramionami. „Między nami” jest jedynym filmem zestawu, który kończy się w sposób pozytywny – i konstruktywny (w sensie nastroju, miejsca bohaterów w świecie). Ale co z tego, skoro wcześniej definitywnie odrzuciłam propozycję zaznajomienia się, propozycję przyjaźni? Samo życie nie wystarczy. Może nie tyle brak tu mięsa, co przypraw.

Problem tkwi też w tym, co właściwie można by odczytać jako zaletę gdyńskiego zestawu. Filmy odnajdują swoją spójność w ciężkości podejmowanych tematów, korespondują ze sobą na poziomie ambicji, zacementowane w ponurym nastroju i kręgu niesympatycznych bohaterów. Przypomniała mi się w tym kontekście powieść Doroty Terakowskiej „Lustro pana Grymsa”, o równoległym do naszego świecie, w którym zniknął jeden z podstawowych kolorów. Obejrzane etiudy wydają się z takiego właśnie miejsca pochodzić: po prostu brakuje im życia.