Odważniej
Bob May CC BY-NC-SA 2.0

21 minut czytania

/ Literatura

Odważniej

Olga Wróbel

Jest dobrze: mamy wysyp kobiecych powieści o kobiecych losach z uwzględnieniem trudnych wątków. Jest niedobrze: brakuje w tym pisaniu odwagi tematycznej i stylistycznej, umiejętności zahaczenia o bieżące tematy, ciekawych ujęć, zimnych ocen

Jeszcze 5 minut czytania

W prozie kobiecej widać wyraźnie modę na herstorie. W roku 2017 triumfy święciły „Stancje” Wioletty Grzegorzewskiej, refleksyjna opowieść o dorastaniu w Częstochowie okresu transformacji, i „Lata powyżej zera” Anny Cieplak, zlokalizowane na będzińskim blokowisku. Całkiem udany debiut zaliczyła też Weronika Gogola, wydając „Po trochu”, do tego dochodziła wielopokoleniowa saga w „Nieczułości” Martyny Bundy, przegapiona nieco przez recenzentów i czytelników „Rodzina O.” Ewy Madeyskiej, a także opublikowane wcześniej „Biała Rika” Magdaleny Parys i „Góra Tajget” Anny Dziewit-Meller. Jeżeli spojrzeć na powieści wydane na początku tego roku, widać, że tendencja trzyma się mocno, można nawet zauważyć w niej wyodrębniające się powoli nurty i wewnętrzne mody. Babcia na wsi, ser ociekający w rogu izby, polna kapliczka. Koleżanka Żydówka, rosyjscy żołdacy, poniemiecki stół, rodzinny sekret. Dżinsy z Pewexu, płyn Lugola, guma Turbo i plakaty z „Bravo”. To obowiązkowy zestaw motywów. Ale czy w herstoriach polskich autorek kryje się coś więcej niż tylko mniej lub bardziej zręczna żonglerka kliszami ku pokrzepieniu kobiecych serc? Zobaczmy.

Jeszcze będzie normalnie

Manula Kalicka dedykuje „Koniec i początek” mamie, która w styczniu 1945 wróciła pieszo do stolicy z Nowego Miasta nad Pilicą, poszukując rodziców utraconych w powstaniu warszawskim. Tułaczo-sieroce doświadczenie jest osią losów bohaterek Kalickiej, spotykających się w podwarszawskich Włochach. Irena jest pewną siebie tancerką kabaretową, która wydostaje się z ogarniętego pożogą miasta, Zośka Szafir to Żydówka, wypchnięta przez ojca z wagonu zmierzającego do Treblinki, Helenka z podkieleckiej wsi urodziła dziecko niemieckiemu żołnierzowi i uciekła przed wściekłością sąsiadów. Nie mają nic – w sam raz, żeby wspólnie zamieszkać na gruzach stolicy i zacząć układać życie na nowo.

Kalicka umie pisać – zgrabnie przeplata plany czasowe, urywa akcję w kulminacyjnych momentach, nie boi się brutalnych i dramatycznych zagrań. W jednej z początkowych scen do podwarszawskiej willi, grzejącej się w późnojesiennym słońcu, wkraczają Ukraińcy z tłumiącej powstanie brygady RONA i przy płynącej z patefonu piosence „Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki…” gwałcą i mordują złapane na ulicach miasteczka kobiety.

Wyzwolona Warszawa to miasto, w którym lepiej nie opuszczać domu po zmroku – po ulicach grasują złodzieje i szabrownicy, w ruinach pracują prostytutki, zwane „Gruzinkami” (od słowa „gruz”, nie od ciemnej karnacji), zresztą w dzień jest niewiele lepiej – po mroźnej zimie nadchodzi wiosna i ulice cuchną rozkładającymi się ciałami zamordowanych w powstaniu, pogrzebanych w płytkich grobach lub przysypanych przez zawalone budynki. Mocne obrazy jak na kobiecą obyczajówkę, którą mdłymi zachwytami polecają z okładki Paulina Holtz i Grażyna Barszczewska.

Manula Kalicka, „Koniec i początek”. Prószyński i S-ka, 560 stron, w księgarniach od stycznia 2018Manula Kalicka, „Koniec i początek”. Prószyński i S-ka, 560 stron, w księgarniach od stycznia 2018Co pozwala przetrwać w bezwzględnym świecie? Kobieca solidarność. Trzy dziewczyny z całkowicie odmiennych środowisk pomagają sobie, mimo początkowych animozji. Zabijają gwałciciela, zdobywają antybiotyki dla zarażonej syfilisem Heleny, szukają Ireny, która nie wróciła na noc do domu, gotują składkowe obiady i wspólnie donaszają jedyny ciepły żakiet. Jednocześnie Kalicka nie idzie na łatwiznę, tworząc cukierkowy sojusz ponad podziałami: widać, że sztama dziewczyn jest doraźna i pomimo szczerej chęci wspierania się każda pójdzie w swoją stronę, kiedy tylko będzie mogła sobie na to pozwolić. O istotności takiego trzeźwego podejścia do sprawy wspomina w wydanych przez Fundację Przestrzeń Kobiet „Herstoryczkach” Dobrochna Kałwa: „Mówiąc o historii tylko dobrych kobiet, o przeszłości siostrzaństwa, zamazujemy w ogóle pytania o źródła konfliktów, w tym konfliktów między kobietami, pytania o sposoby ich przezwyciężenia. Zamazujemy to, że kobiety należą do różnych grup interesów, że są grupy kobiet uprzywilejowanych i dyskryminowanych”.

Ciekawie wypada wątek żydowski – to, co się w powieści Kalickiej mówi, ale także to, co pozostaje przemilczane. Na opisie umieszczonym z tyłu okładki Irena jest tancerką, Helena wieśniaczką, a Zośka… studentką architektury. Trudno powiedzieć, żeby to akurat określało najdokładniej jej postać i determinowało wojenne losy. Czy wydawca postanowił nie zniechęcać zbyt wcześnie klientów i klientek?

Z opisu Szafirów wynika, że to rodzina zasymilowana: pozwalają córce na lekkoatletyczne treningi, studia i komunizowanie. Są świadomi tego, co dzieje się z wywożonymi z getta Żydami: Zośka myśli w pociągu o krematoriach Treblinki. Kiedy wyskakuje z wagonu, nie liczy na pomoc mieszkańców wiosek, zresztą jedna z kobiet ostrzega ją wprost: tutaj mieszkają źli ludzie. Owinięta szczelnie chustą wieśniaczki dociera do Warszawy, ale boi się, że tutaj jej wygląd może zmylić „tylko Niemców”. Kalicka nie pisze wprost o szmalcownikach, jednak wątek zarabiania na uciekinierach z getta powraca przy okazji poszukiwania żydowskiego dziecka, którym opiekowała się Irena.

„Koniec i początek” to nie jest książka, która niezorientowanym otworzy oczy na stosunki polsko-żydowskie podczas wojny, zresztą nie taki jest jej cel. Dla tych, którzy wiedzą, Kalicka umieszcza w fabule znaczniki: „uwzględniam”. Wpada jednak w pułapkę symetryzmu: Zośkę odnajduje stryj, Mojżesz Szafir z Lwowa. Ocalał, wrócił do Polski w mundurze radzieckiego oficera. Zosia patrzy na stryja, na rozpoczynające się aresztowania akowców – i zapał do komunizmu jakby jej przechodzi. Poświęca się bez reszty pracy w Bibliotece Narodowej i ratowaniu polskich starodruków (opis działań pracowników placówki jest szalenie interesujący – brawa dla Kalickiej za włączenie tego wątku do powieści). Nie chcę iść za daleko, ale oto Żydówka-socjalistka Zosia Szafir staje się polską bibliotekarką Zofią Nowak. Obcość zostaje spacyfikowana, działania stryja-ubeka przynajmniej symbolicznie odkupione działaniami bratanicy. Spójrzcie, czytelnicy, byli Żydzi dręczący Polaków w piwnicach, ale byli też ci przyzwoici, którzy w polskości grzecznie się odnaleźli, skoro dano im taką szansę.

Nad wodą niewielką i niezbyt czystą

Uśpiona nieco klasyczną, płynną narracją Kalickiej, w której wiadomo, kto mówi, o czym mówi i jak to się wszystko skończy (dobrze), wylądowałam w kotle Zyty Rudzkiej. „Roma Dąbrowska – poetka, córka, żona, kochanka, matka – kobieta. Poszczególne role, które przyszło jej odgrywać w życiu, łączą się w jedno wobec rychłego kresu egzystencji”. Taką bohaterkę zapowiada okładkowy opis „Krótkiej wymiany ognia”. Miło, że wydawca postanowił uporządkować to dla czytelnika, bo Rudzka nie bierze jeńców: w jej niezbyt długiej, 200-stronicowej powieści mieszają się perspektywy: przeszłość z teraźniejszością, fantazje ze wspomnieniami, lubieżne marzenia starzejącej się poetki z majaczeniami jej nękanej demencją matki, a wszystko to poszarpane, mętne, przeplatane dziecięcymi rymowankami i stylizacjami językowymi: baśń, surowa proza, ludowa gawęda. Jak to wypada? Znakomicie.

Rudzka, jako jedyna z prezentowanych w tym tekście pisarek, ma odwagę i wystarczające umiejętności, żeby zagrać formą (przypominam: w roku 2018 retrospekcja i retardacja nie mogą być już uznawane za zabiegi szczególnie awangardowe), a co za tym idzie, wymagać od czytelników wysiłku na dwóch poziomach: przy samym czytaniu tekstu i przy jego interpretacji. W przypadku Kalickiej szperanie między wierszami było przejawem mojej dobrej (lub złej) woli. Rudzkiej nie da się ograć szybką lekturą – nawet uważne śledzenie zawikłanych opowieści mamulki nie wyjaśni wszystkich pojawiających się w niej sprzeczności. Co się stało z jej siostrami, noszącymi niemieckie imiona? Utopiły się w rzece, powiesiły na strychu? A może nie zabiły się same?

Zyta Rudzka, „Krótka wymiana ognia”. W.A.B., 198 stron, w księgarniach od marca 2018Zyta Rudzka, „Krótka wymiana ognia”. W.A.B., 198 stron, w księgarniach od marca 2018Pamięć jest krucha, jej ścieżki zawikłane – co jest o tyle kłopotliwe, że przeszłość determinuje teraźniejszość bohaterek Rudzkiej w stopniu zaawansowanym. „Czy to tak trudno uwierzyć, że mamy nigdy nie było?” – pyta sama siebie ze zniecierpliwieniem zbliżająca się do siedemdziesiątki Roma. Mama wprawdzie jest, przynajmniej fizycznie, mieszka w wilgotnej chatce nad rzeczką Mokrą (woda jest wiele znaczącym w „Krótkiej wymianie ognia” żywiołem), ale dla odwiedzającej ją regularnie córki nie ma w zanadrzu wielu uprzejmości. Zajmuje się głównie mamrotaniem do wnętrza stojącej na podwórku studni. „Świeć, Panie, nad jej duszą, a nad moją świeć i niech nikt się nie dowie, co słonko widziało, ubrania poszły na szmaty, a dzieciak do wody (…). Myślałam: po takiej zimie wiosny nie będzie. A była”. Siostry żyją już tylko w jej pamięci, mimo że we wsi po wojnie powstała izba-ekspozycja, gromadząca pamiątki po tych, którzy… Którzy co? Tego wieś woli nie wspominać. Żydowscy mieszkańcy zostali wymazani z obrazka jeszcze wcześniej: „Na szmelc poszłaś, auf Wiedersehen! Tfu! Raus”, krzyczy staruszka do ducha koleżanki, która tygodniami leżała niepochowana na polach.

Ciekawym zabiegiem jest oddanie głosu starym kobietom. Nie ma tu naiwnej narratorki, która drążyłaby rodzinne tajemnice. Nieprzeciętnie utalentowana Zuzanna, córka Romy, jest wielką nieobecną, nie utrzymuje kontaktu z rodziną. Mówią więc mamulka, która ma „sto latek, sto i pół”, i siedemdziesięcioletnia Roma, która porzuciła nadzieję na dogadanie się z matką i zajmuje się swoim życiem w miarę uznanej poetki, która jednak zamiast zamienić się w dostojną matronę, cały czas pożąda młodych mężczyzn: myśli o sutkach, językach, twardych brzuchach, włosach na klatce piersiowej. „O miłości już tylko brzydko umiem pisać” – twierdzi. Nie uważa, żeby sprawdziła się jako matka czy żona, spotkania autorskie bez przyjemności ogrywa kilkoma sprawdzonymi gestami. U Rudzkiej porozumienie kobiet nie istnieje: babka, matka i córka żyją w oddzielnych, ponurych światach, nie z powodu wzajemnej niechęci czy pretensji: płaszczyzny porozumienia nie ma, nigdy nie było. Bohaterki czujnie się obserwują, analizują, stawiają trafne diagnozy, ale to nie pomaga. Mądrość życiowa nie idzie w parze z lekkością bytu. Odnotowuję też wątek żydowski (bydlęce wagony i Marzec '68), starannie wpleciony w tkankę majaczeń i wspomnień.

Buntownicy spod sztancy

Idąc tropem rodzinnych opowieści, sięgnęłam po „Moją córkę komunistkę”. Po książce Agnieszki Wolny-Hamkało spodziewałam się nie wiadomo czego i właściwie nie powinnam narzekać: dostałam nie wiadomo co. Mam wrażenie, że Wolny-Hamkało lubi pisać i nawet całkiem nieźle układa zdania, tylko zupełnie nie wie, o czym chce opowiedzieć i do kogo się zwraca.

Bohaterką powieści jest Anna. Jej matka pracuje w stacji krwiodawstwa, życie rodziny kręci się wokół ojca, wpływowego reżysera w PRL-owskiej telewizji: są więc nudne dla kilkulatki spotkania ze znajomymi rodziców przy kawie, koniakach, likierach, odwiedziny w Wytwórni, gdzie mała Anna jest rozpieszczana przez rozmaite ciocie i wujków, a potem dorastanie w atmosferze kontrolowanego buntu: papierosy, wino, przesiadywanie z punkami w piwnicach, filmy porno oglądane na kasetach wideo, pretensjonalni znajomi i, w razie czego, możliwość powrotu do bezpiecznego domu. Romans ze starym pisarzem, małżeństwo, macierzyństwo, dorastanie syna, życie w środowisku teatralnym, na boku praca naukowa nad antropologią jedzenia.

Agnieszka Wolny-Hamkało, „Moja córka komunistka”. W.A.B., 296 stron, w księgarniach od stycznia 2018Agnieszka Wolny-Hamkało, „Moja córka komunistka”. W.A.B., 296 stron, w księgarniach od stycznia 2018Wszystko to jest dość... nijakie. Kiedy czytam o pobytach Anny na babcinej wsi, to widzę Grzegorzewską i Gogolę, nie ma wprawdzie wspomnianego twarogu w szmatce, ale są ukochane zwierzęta, zamieniające się w pewnym momencie w dania na niedzielnym stole. Kiedy czytam opowieść o wyjeździe do Palestyny, to przed oczy pchają mi się same klisze: ziemia jest wysuszona, słońce palące, a zmęczeni turystami podróżni z wyższej kasty (ludzie kultury!) oddalają się od centrum, żeby dostać prawdą w pysk. Kiedy czytam o kobiecości Anny, to zastanawiam się, jakim cudem autorka tak gładko prześlizguje się przez kwestie ciąży i macierzyństwa. Ot, urodziła, syn otworzył przed nią nowe światy, babcia nie chciała się nim zajmować, ale w roli dziadka ojciec starał się odkupić zaniedbania z dzieciństwa Anny, która wróciła na uczelnię, koniec tematu. Wątek ciała, jedzenia, po którym obiecywałam sobie wiele, rozmywa się w paru odsłonach i niezbyt odkrywczych konstatacjach: że sposób, w jaki jemy, pokazuje nasz stosunek do świata, obżarstwo jest buntem, anoreksja jest buntem, kuchenne mody bywają śmieszne, a gumka od rajstop ciśnie pulchny brzuch.

Najwięcej miejsca autorka poświęca życiu wrocławskiej bohemy – i to jest naprawdę przygnębiające, ponieważ serwuje opisy straszliwie sztampowe. Prym wiedzie Edward, mąż Anny, który pracując nad premierą, jest „poważny, precyzyjny, żadnych niepotrzebnych gestów”, w tym seksu z Anną. Tajemniczy, dwuznaczny, fascynujący w zaciętej pracy nad wystawieniem „Procesu”, jego aktorzy koczują w mieszkaniu małżeństwa, ćwiczą, improwizują, są obrazoburczy, słuchają mistrza, czasem się buntują, zieeeeew, a w końcu Edward odchodzi do mężczyzny. Ciekawe? Nie bardzo. Podejrzewam, że jest to powieść z kluczem i być może dwadzieścia osób we Wrocławiu wie, o kogo chodzi, i świetnie się bawi, a drugie dwadzieścia prawie się domyśla, ale bawi się wcale nie gorzej. Podejrzewam także, że niektóre fragmenty są doklejonymi na siłę do wątłej fabuły opowiadaniami, na przykład kajakowy spływ Edwarda. Za miesiąc nie będę pamiętała z tej książki ani jednego obrazu i to naprawdę nie będzie moja wina.

Gorzko, gorzko

Skoro o wrocławskich kobietach nie powiedziała mi nic ciekawego Wolny-Hamkało, przerzuciłam nadzieje na Igę Zakrzewską-Morawek. Pisarka zadebiutowała dwa lata temu „Światem według Żunia”, autobiograficzną opowieścią o życiu niepełnosprawnego dziecka i z niepełnosprawnym dzieckiem, przykuwającą uwagę niezwykłą stylizacją językową, oddającą nietypowość świata chłopca. Niestety, wydany właśnie „Wstyd”, opowiadający o „trzech zwyczajnych kobietach z kamienicy na wrocławskim Nadodrzu”, nie jest tak dobry jak pierwsza książka Zakrzewskiej-Morawek.

Iga Zakrzewska-Morawek, „Wstyd”. Wielka Litera, 328 stron, w księgarniach od lutego 2018Iga Zakrzewska-Morawek, „Wstyd”. Wielka Litera, 328 stron, w księgarniach od lutego 2018Najlepiej wybrzmiewają fragmenty o trudnym macierzyństwie, ale znam już autorkę od tej strony i wiem, że umie. Akcja powieści jest chaotyczna i nie jest to perfekcyjnie skonstruowany chaos Rudzkiej, raczej plątanina impresji, w której łatwo się zgubić. Regularnie musiałam zaglądać na tył okładki, żeby przypomnieć sobie, którą z bohaterek porzuciła matka (Zośkę), która miała ojca pijaka (Bosa), a która nie chce pamiętać swojego nazwiska (Marta).

Kobiety Zakrzewskiej-Morawek, pełne żalu i złości, uwiązane do domowych kieratów, szukają ulgi w drobnych rytuałach: piciu kawy, snuciu się po supermarkecie, przyglądaniu się twarzom ludzi w autobusach. Nie potrafią poukładać relacji z rodzicami. Czują się nieadekwatne, nijakie, kiepskie jako matki i żony, ich nieżycie w niemiejscach przypomina trochę o Lucynie z „Jak pokochałam centra handlowe” Natalii Fiedorczuk. I w zasadzie to tyle – z 325 stron lektury nie potrafię wyciągnąć wiele więcej. Może dlatego, że strony zapełniają takie dialogi:

Czuła, jak jej usta wykrzywiają się w cierpkim uśmiechu.
– Bawi cię to?
– Trochę bawi. Trochę nie.
– Co jeszcze?
– Trochę mi gorzko. Tu wszystko takie gorzkie.
– To, co mówię, jest gorzkie?
– Tak.
– Dlaczego jest gorzkie?
– Bo ja to wszystko wiem. Powiedz mi coś, czego jeszcze nie wiem.

Też chciałabym, żeby coś takiego powiedziała mi Zakrzewska-Morawek, ale tym razem jej się nie udało. Przyjaźnie bohaterek są we „Wstydzie” konwencjonalne, traumy też. Widać wyraźnie, że powieści miał dodać sznytu język, urywany, nerwowy, zaskakujący dosadnością, oraz dynamiczna konstrukcja: krótkie rozdziały, zmienne perspektywy. Zabrakło jednak pisarskiego doświadczenia i pomysłu na popchnięcie losów Bosej, Zośki i Marty w ciekawszym kierunku.

Młode panny z miasta Łodzi

Patrząc na blurb Magdaleny Boczarskiej, która „śmiała się, przypominając sobie cudowne czasy spotkań pod trzepakiem”, nabrałam jak najgorszych podejrzeń wobec „Dziewczyny chcą się zabawić”. Kolejna odsłona tęsknot za czasami, kiedy dzieci nie siedziały przy komputerach lub/i smartfonach, zamiast tego zdrowo zdzierając sobie kolana na betonie? Na szczęście nie. Adrianna Michalewska, która literaturą zajmuje się zawodowo jako redaktorka i recenzentka (chociaż na skrzydełku twierdzi, że jako redaktor i recenzent, ale ja tego nie napiszę), oraz pisarka Izabela Szolc tworzą powieść popularną, ale podobnie jak Manula Kalicka mają ambicje, żeby przemycić w niej trudniejsze wątki.

Kierunek sygnalizują krótkie charakterystyki bohaterek, zamieszczone na początku książki. Imię, nazwisko i, zaskakująco, pochodzenie: robotnicze, klasa średnia, klasa wyższa średnia, profesorska rodzina. Akcja dzieje się w Łodzi, głównie w 1989 roku, status społeczny jest znaczącym elementem świata przedstawionego.

Najciekawszą postacią jest matka Moniki, Irena Pielgrzym, filozofka, wykładowczyni uniwersytecka. Nadmieniam półgębkiem, że żeńskie końcówki to ponownie moja inicjatywa, u Szolc i Michalewskiej Irena jest „filozofem, badaczem, wykładowcą”. Trochę to przygnębiające w prozie pisanej przez kobiety i kierowanej do kobiet. W każdym razie profesor Irena, pogrążona w świecie abstrakcyjnych idei (stać ją na to, mąż jest poważanym kardiologiem, a dom prowadzi gosposia) zauważa, że coś niedobrego dzieje się w Łodzi – ludzie z dnia na dzień tracą pracę, upadają kolejne fabryki.

Adrianna Michalewska, Izabela Szolc, „Dziewczyny chcą się zabawić”. Muza, 480 stron, w księgarniach od lutego 2018Adrianna Michalewska, Izabela Szolc, „Dziewczyny chcą się zabawić”. Muza, 480 stron, w księgarniach od lutego 2018Pod murami fabryki Irena poznaje Wandę, która przepracowała czterdzieści sześć lat na maszynie i została zwolniona. Jej córka Justyna też straciła pracę, jest jeszcze wnuczka, na razie wczesnonastoletnia, ale bez większych perspektyw. Po wizycie w domu Wandy, ubogim acz schludnym, Irena doznaje niemalże pozytywistycznego przebudzenia, które kończy się znalezieniem pracy dla Justyny i oddaniem rodzinie Wandy dużej ilości markowych, ledwo używanych ubrań.

Trochę się podśmiewam z profesorskich objawień, ale nie powinnam. Szolc i Michalewska, umieszczając akcję powieści w okresie transformacji, nie skupiają się na taniej nostalgii, zauważając, że dla niektórych, owszem, guma Turbo i Lambada, a dla innych bezrobocie i mocny cios w poczucie godności. Pokazują kobiety, które się wspierają, pomimo różnic klasowych – i to wsparcie przynosi wymierne rezultaty. Co ciekawe, Irena też doświadcza upokorzenia, kiedy holenderski stypendysta, sprawca ciąży Moniki, okazuje jej wyższość i lekceważenie. To on, jako osoba lepiej ustawiona, reprezentująca cywilizowany Zachód, czuje się uprawniony do decydowania o losie Moniki. Filozofka czuje, że społeczny status jest rzeczą bardzo względną, szczególnie jeżeli chodzi o jego szybkie obniżenie. Nie jestem w stanie pogardzić taką refleksją, zwłaszcza w prozie popularnej.

I tutaj – zgodnie z tematyczną modą – znajduję wątek żydowski: współczesna narracja przerywana jest listami zamkniętej w getcie Róży, pisanymi do ukochanego Polaka. Kazik znajduje się po drugiej stronie i milczy. Z jednej strony jest to wartościowy wątek, prezentujący w skrócie losy łódzkich Żydów pod rządami Chaima Rumkowskiego, z drugiej – podobnie jak u Kalickiej, zostaje mocno wypomadowany. Róża pisze bezbłędną, literacką polszczyzną, jest oczytana, wyzwolona. To nie gniewna komunistka, nie litwaczka, pracująca w fabryce. Róża jest taką Żydówką, jakie lubimy: zasymilowaną, lekko egzotyczną femme fatale, o której nie da się zapomnieć, tragiczną ofiarą historii.

Dobrze, niedobrze

Pora pokusić się o podsumowanie. Jest dobrze: mamy wysyp kobiecych powieści o kobiecych losach z uwzględnieniem trudnych wątków. Wojna, gwałty, przemoc w rodzinie, trudne relacje między matkami, córkami i ojcami rozciągnięte na kilka pokoleń. Silne bohaterki, które nie wiszą na męskich ramionach, nawet w prozie popularnej. Tak trzymać.

Jest niedobrze: przeszłość wydaje się narracyjnie oswojona, wiadomo już, jak o niej pisać, żeby trafić i do czytelniczek zwykłych, i do wyrobionych. Znacie? Więc posłuchajcie. Brakuje w tym pisaniu odwagi tematycznej i stylistycznej, umiejętności zahaczenia o bieżące tematy, ciekawych ujęć, zimnych ocen. Z tarczą zostaje tylko Zyta Rudzka z lubieżnymi, starymi bohaterkami, mielącymi w ustach frazy, które nie przynoszą ulgi. „Nie mogę się wydostać inaczej jak tylko chwytając się słów” – mówi Roma.

Odważniej z tymi słowami, dziewczyny, mamy jeszcze o co zawalczyć.