Nieposiadanie muzyki
fot. Sven Thielmann / ECM Records

4 minuty czytania

/ Muzyka

Nieposiadanie muzyki

Tomasz Cyz

Płyta „After the Fall” została nagrana na żywo w 1998 roku, gdy Keith Jarrett wrócił po kilkuletniej przerwie spowodowanej zespołem chronicznego zmęczenia. Muzyk bał się tego koncertu, który nazywał „eksperymentem”. Jak wspaniałym!

Jeszcze 1 minuta czytania

Jeden koncert, dwie płyty CD, dwanaście standardów bebopu, głównie z lat 40. i 50.: od „Scrapple From The Apple” Charliego Parkera, „Doxy” Sonny'ego Rollinsa, „Moment's Notice” Johna Coltrane'a, po „When I Fall in Love” duetu Edward Heyman/Victor Young. Razem jakieś 100 minut muzyki. I jedno jedyne takie trio: Gary Peacock na kontrabasie, Jack DeJohnette na perkusji i Keith Jarrett na fortepianie. Tak, właśnie on, wracający po kilkuletnim milczeniu spowodowanym chorobą (zespół chronicznego zmęczenia CFS). Koncert odbył się 14 listopada 1998 roku w New Jersey Performing Art Center w Newark, godzinę drogi samochodem od domu pianisty. I pewnie dlatego mogło się to udać.

Jarrett bał się; pisze o tym w krótkim tekście w książeczce dołączonej do płyty, nazywa nawet koncert-nagranie „eksperymentem”. Jak wspaniałym! Może dlatego nostalgicznym pięknem smakuje „I'll See You Again” Noela Cowarda. Widzę was znów, zdaje się mówić Jarrett, kochani przyjaciele muzycy, droga publiczności (która bije brawo żarliwie, ale tak, by nie przeszkodzić tej cienkiej strunie, która zwie się zdrowiem, życiem). Zaraz potem brzmi „Late Lament” Paula Desmonda: delikatny, czuły, jakby muzycy nie chcieli uronić żadnej łzy, ale kiedy gdzieś w trzeciej minucie Jarrett zaczyna nucić pod nosem, wiemy, że jest dobrze. Bardzo, bardzo dobrze. Jemu, nam.

fot. Woong Chul An / ECM RecordsKeith Jarrett, fot. Woong Chul An / ECM Records

Nagłe pasaże prawej ręki, które mkną z prędkością światła to w jedną, to w drugą stronę, lewa ręka synkopująca rytm, standardowe melodie i harmonię, które po kilku chwilach rozwijają się w cudownie żywe i namiętne improwizacje, wreszcie nucenie-śpiew, który w chwilach euforii wyrywa się z duszy pianisty. Można tego słuchać w nieskończoność. Także dlatego, że wzajemność, porozumienie tych trzech muzyków jest organiczne. Chwilami ma się wrażenie, że Peacock i DeJohnette mają jakąś sondę prześwietlającą poziom sił Jarretta i kiedy mogłoby się wydawać, że muzyk jest już na krawędzi, wkraczają oni. Ta ostateczność – że gramy znów po raz pierwszy i, niewykluczone, po raz ostatni – jest porażająca.

Keith Jarrett, „After The Fall”, ECM 2018Keith Jarrett, „After The Fall”,
ECM 2018
Można tych dwóch płyt słuchać jako appendixu do słynnych „Standards”, które w roku 1983 za namową Manfreda Eichera stworzyły to trio. Wówczas Jarrett tłumaczył: „Zamierzeniem tria jest nieposiadanie muzyki. Będziemy grać standardy, ponieważ gdybyśmy ich nie grali, musielibyśmy grać coś własnego. A to prawdopodobnie wymagałoby prób. A podczas prób musielibyśmy dyktować sobie wzajemnie, co i gdzie należy zagrać: tutaj Jack użyje szczoteczek, a tam pałeczek; albo: najpierw moje solo, potem solo Gary'ego – czyli plan, aranżacja. Aby tego uniknąć, postanawiamy grać muzykę, którą znamy wszyscy tak dobrze, że nie ma potrzeby porozumiewania się między sobą przy pomocy słów”. Uderzający jest zwłaszcza ten fragment o nieposiadaniu muzyki – dotknięty w połowie lat 90. chorobą Jarrett tym bardziej posiada muzykę tylko wtedy, kiedy ją wykonuje.

Po kilkakrotnym przesłuchaniu w tę i z powrotem „After The Fall” sięgam ponownie po trzypłytowy „Testament” z 2009 roku – czyli rejestrację dwóch koncertów (w Paryżu 28 listopada oraz w Londynie 1 grudnia 2008). Tam Jarrett nie miał nic poza wyobraźnią, rozwijanym przez lata warsztatem i chwilą. Tu, w „After The Fall”, zdecydował się mieć ramy – może po to, żeby nie mogąc jeszcze zaufać w pełni własnym siłom, zaufać napisanym i zamkniętym przez poprzedników tematom. To jakiś rodzaj hołdu, złożonego przez tego największego z największych w historii muzyki jazzowej. Wracam więc choćby do „When I Fall In Love”, wieńczącego koncert w Newark. Jarrett gra na fortepianie od trzeciego roku życia. W sposobie grania tematu tego standardu jest coś tak czułego, jak w wyznaniu miłosnym – ale takim, które może nie przetrwa, choć i tak nie potrafimy się oprzeć, żeby je wypowiedzieć.