Czy był sens wyciągać zdjęcia z tapczanu
Ewa Zarzycka, „Warsztaty ceramiczne”, Kazimierz Dolny, 1979

17 minut czytania

/ Sztuka

Czy był sens wyciągać zdjęcia z tapczanu

Rozmowa z Ewą Zarzycką

Zeszyty robię dla siebie. Wprowadzają mnie w codzienny tryb pracy. Siadam rano i do godziny 13 czytam, szkicuję i notuję, co widziałam, przeczytałam, przemyślałam. Jak tego nie robię, to jestem wkurzona. To rodzaj kalendarza – strukturowanie czasu

Jeszcze 4 minuty czytania

MONIKA STELMACH: Dlaczego w swoim projekcie, pokazywanym właśnie w galerii Studio, postanowiłaś nawiązać do Zofii Rydet?
EWA ZARZYCKA: Kilka lat temu Ania Bujnowska, historyczka sztuki, wpadła na pomysł, żebym napisała o moich relacjach z Zofią Rydet i przekazała fundacji jej imienia. Dużo wtedy myślałam o Zofii i o fotografii w ogóle. Wspomnień nigdy nie spisałam, ale gdzieś po drodze narodził się pomysł, żeby filmować artystów.

Chcesz stworzyć współczesny „Zapis socjologiczny”?
Ważne jest jego przesłanie: zapis dla wieczności obrazu pewnych czasów. Dziś już nie istnieje rzeczywistość, którą sfotografowała Zofia Rydet. Podobnie niektórzy z moich modeli to ostatni przedstawiciele ginących gatunków. Na przykład Waldemar Szmatuła, wykładowca rzeźby – kiedy odejdzie z wrocławskiej uczelni, to cały ten mikrokosmos przestanie istnieć. Współczesne pracownie rzeźbiarskie są już zupełnie inne, w nowomodnym klimacie.

Swój projekt nazwałaś jednak „Nie jestem Zofią Rydet”.
Nawet jeśli się kogoś ceni i szanuje, to przecież nie można wejść w czyjeś buty. To rodzaj inspiracji. Nawiązuję do Zofii Rydet, ale nie zrobię takich samych zdjęć. Stąd tytuł.

Robisz fotografie kamerą.
Nazywam to – ruchoma fotografia albo nieruchome wideo. Ale jest to rodzaj fotografii. Dodatkowo robię zdjęcia różnymi aparatami.

Zofia Rydet nad „Zapisem socjologicznym” pracowała 12 lat. Jak długo planujesz pracować nad swoim projektem?
Tego jeszcze nie wiem. Mój cykl dopiero się zaczyna.

Ewa Zarzycka

Artystka o rodowodzie konceptualnym. W latach 1973–1978 studiowała w Katedrze Grafiki Wydziału Malarstwa, Grafiki i Rzeźby w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (obecnie ASP) we Wrocławiu, m.in. w Pracowni Działań i Struktur Wizualnych Andrzeja Lachowicza. Uprawia performanse mówione. Tworzy także zdjęcia, filmy oraz notatki na pograniczu literatury i rysunku.  Od 2008 roku wykłada w Katedrze Mediacji Sztuki na Wydziale Malarstwa i Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu. Mieszka w Lublinie.  

„Nie jestem Zofią Rydet”, wystawa Ewy Zarzyckiej trwa do 31 marca 2018 w Galerii Studio w Warszawie. Kuratorki: Agnieszka Rayzacher, Dorota Jarecka.

Jaki świat chcesz zachować na swoich fotografiach?
Na początek chciałam sfotografować Józefa Robakowskiego, bo to on podarował mi znajomość z Zofią Rydet, bardzo się przyjaźnili. Ale nie dotarłam jeszcze do Łodzi i na razie zrobiłam zdjęcia osób z najbliższego otoczenia, głównie artystów i kuratorów. Mieszkam w Lublinie, pracuję we Wrocławiu, pomieszkuję w Kazimierzu Dolnym. Chcę fotografować ludzi, którzy wydają mi się ciekawi, poza artystami np. znajomego ze straży pożarnej czy nauczycielkę ze szkoły w Kazimierzu. Bardzo mi też zależy na sfotografowaniu Andrzeja Różyckiego, bo to on zrobił film o Zofii Rydet.

W jakim sensie Józef Robakowski podarował ci znajomość z Zofią Rydet?
Poznałyśmy się w 1984 roku na sympozjum „Fotografowie poszukujący” w Skokach. Stefan Wojnecki, twórca Wydziału Fotografii ASP w Poznaniu, wymyślił, że będzie zapraszał artystów różnych pokoleń. Józef Robakowski, który z nim współpracował, był przekonany, że możemy być z Zofią Rydet dobrymi koleżankami w obszarze sztuki. Uknuł intrygę, oszukując Zofię i mnie, że sympozjum zaczyna się dzień wcześniej. Chciał, żebyśmy miały chwilę dla siebie, zanim przyjadą inni uczestnicy i zrobi się zamieszanie.

I tak się stało?
Między nami była spora różnica wieku, Zofia Rydet była wtedy po siedemdziesiątce, ja miałam niecałe 30 lat. Mimo to nawiązałyśmy bardzo dobry kontakt. Jej prace znałam niemal od dziecka. Pamiętam, że jeszcze w liceum miałam album „Mały człowiek”, do którego często zaglądałam. Natomiast Zofii Rydet spodobały się moje wystąpienia. Powiedziała, że też chciałaby się wypowiadać na temat fotografii. Miała potrzebę dzielenia się swoimi przemyśleniami. Pojawił się jednak pewien problem, bo jak mi wyznała: „Kiedy mówię o fotografii, to głos mi więźnie w gardle i łzy lecą z oczu. A wtedy mogę przerwać w pół zdania”.

Nie robiła własnych, ale wystąpiła w jednym z twoich performansów.
Mówiłam wtedy, czym dla mnie jest fotografia. Publiczności pokazywałam zdjęcia z daleka, dawałam je Zofii do ręki, ona je oglądała i oddawała mi, po czym je wklejałam do albumu, dość luźno traktując – zginając czy nakładając jedne na drugie. Album zachował się i jest na wystawie. Niektórych oburzało, jak obchodzę się z fotografią. Bronisław Szlabs pytał: „Co robisz, nie niszcz zdjęć”. Ścierały się dwa poglądy: jedni uważali, że każdy negatyw, zdjęcie należy zachować, a inni, że niepotrzebne należy zniszczyć. Musiałam tłumaczyć, że nie profanuję fotografii, bo kocham fotografię. Ale czasami jak coś wydaje się szczególnie ważne, to się z tego drwi, żeby zobaczyć to z innej strony. Dla Zofii Rydet ważna była wzajemna akceptacja i porozumienie, a nie poszczególne gesty.

Po tylu latach pracy nadal poruszała ją sztuka?
Bardzo. Czasami, kiedy w towarzystwie piliśmy alkohol, ona mówiła, że nie potrzebuje, bo jest tak nakręcona fotografią. Kiedy miała wystawę  w Nowym Jorku, to była tak zaaferowana, że wyszła z hotelu w kapciach.  Dopiero przed galerią zorientowała się, że zapomniała założyć buty. W popłochu chciała szukać sklepu obuwniczego. Jerzy Lewczyński, który też był wtedy w Nowym Jorku na stypendium i pojawił się na wernisażu, powiedział: „Nie przejmuj się, Zosia, przecież jesteśmy w Nowym Jorku, tutaj nikt nie zwraca uwagi na to, jak kto wygląda”. Oderwała pompony, a że kapcie były czarne, aksamitne i na lekkim słupku, to udawały buty wyjściowe. Niezwykle emocjonalnie podchodziła do sztuki.

Nie jestem Zofią RydetEwa Zarzycka, Z cyklu: „Nie jestem Zofią Rydet”

Jak wyglądał wasz kontakt?
Nasza znajomość trwała kilka lat, do śmierci Zofii Rydet. Co roku spotykałyśmy się w Skokach oraz przy różnych innych okazjach. Kiedy realizowała swoją wystawę w Galerii Labirynt w Lublinie, przez jakiś tydzień codziennie przychodziłam do niej, a ona czekała na mnie ze swoimi decyzjami. Pamiętam, jak przed wernisażem wpadł cenzor. Zofia Rydet wzięła go pod rękę, pokazywała „Nieskończoność dalekich dróg”, cykle fotograficzne z chłopcem i fotomontaże, żeby odwrócić uwagę od kubików oklejonych fotografiami, ułożonych na podłodze w kształcie krzyża. Za ten krzyż wtedy mógł zamknąć jej wystawę. Ale on zwrócił uwagę na zdjęcie, na którym była kobieta na pierwszym planie i mały mężczyzna w tle. Zapytał, dlaczego ona jest taka duża, a on taki mały. A Zofia na to: „Jak to, to pan mnie pyta? To ja pana mogę zapytać. To przecież mężczyźni odchodzą”. Był tak zmieszany, ale pewnie też zauroczony, że już tylko podziękował i wyszedł. Była czarującą, sympatyczną i otwartą osobą. Lubiła spędzać czas z ludźmi, rozmawiać o sztuce, o fotografii, ale też o życiu. Pamiętam, że często poruszała temat śmierci.

Co mówiła?
W Skokach zaprosiła młodych na spotkanie i opowiadała, jak przygotowuje się do śmierci. Pokazała zdjęcia, na których były fragmenty jej ciała i twarzy. Opowiadała o tym, jak zakopywała je częściowo w mchu albo piasku i fotografowała, żeby jakoś się z nią oswoić. Mówiła mi, że już nie boi się śmierci, ale szkoda jej umierać, bo jeszcze tyle ma planów do zrealizowania. Ciągle chciała próbować nowych rzeczy. A pomysły miała fantastyczne. Na przykład zamierzała używać  korytarzy i dużych, ciemnych pokojów jak aparatów fotograficznych – czyli modnej dzisiaj metody otworkowej. Była też ciekawa innych artystów. Podobały jej się wideo Józefa Robakowskiego, zafascynowała ją praca z kamerą.

Ewa Zarzycka, Notatki fotograficzne, 1975Ewa Zarzycka, „Notatki fotograficzne”, 1975

Co z nowych pomysłów udało jej się zrealizować?
Lekarze zabronili jej dźwigania aparatów fotograficznych i ślęczenia w ciemni ze względu na chory kręgosłup. Może gdyby miała asystenta, byłoby jej łatwiej. Wtedy jednak była prawie nieznana i nie stać ją było na pomocnika. Józef Robakowski czy Andrzej Różycki nie mieli uprzedzeń, zachwycali się Zofią Rydet i traktowali ją jak koleżankę artystkę. Ale na Śląsku, a mieszkała w Gliwicach, traktowano ją z przymrużeniem oka. Dziś zwraca się uwagę, żeby w sztuce były obecne też kobiety, ale w tamtych czasach bywało ciężko.

Tym projektem wracasz nie tylko do wspomnień o Zofii Rydet, ale też do fotografii.
Wracam po 30 latach, kiedy zajmowałam się głównie performansem. I muszę powiedzieć, że ten powrót okazał się dość ciężki.

Dlaczego?
Na studiach dużo fotografowałam. Wtedy nie zastanawiałam się zbyt długo nad tym procesem. Cykl z warsztatów ceramicznych w Kazimierzu Dolnym powstał w jeden dzień: rano z koleżankami Stasią Dowchań, Hanią Szczęśniak i Danką Wierzbicką robiłyśmy zdjęcia, wróciłyśmy do domu mojej przyjaciółki Danki, gdzie wywołałyśmy film, zrobiłyśmy odbitki i wieczorem pokazałyśmy je na wystawie. Wszystko odbywało się w sposób naturalny; nie było w tym celebry i oporu materii. A teraz jak fotografuję ludzi, to się okazuje, że dyskutują, bo chcą wiedzieć, po co to wszystko; albo nie mogą wysiedzieć w miejscu. W pierwszej chwili myślałam, że będzie to krótkie wideo, w którym postaci będą się przesuwać jedna za drugą. Ale okazuje się, że musi minąć kilka minut, zanim wejdę w czyjąś przestrzeń i zyskamy porozumienie. Pomyślałam, że właściwie powinno być sprawiedliwie i każda ruchoma fotografia ma 3 minuty, w których tworzy się cały przekaz. Poza tym jest tak dużo sprzętu do wyboru, że trudno się zdecydować. Pojawiły się czynniki, na które kiedyś nie zwracałam uwagi.

Na wystawie są twoje zdjęcia studenckie, których nigdy wcześniej nie pokazywałaś. 
W 1978 roku zrobiłam dyplom, teczki z pracami zawiozłam do rodziców. I tak przeleżały jakieś 30 lat w tapczanie mojej mamy. Tapczan to nie jest złe miejsce na zdjęcia: suche, ciemne i nie kurzy się. Wygrzebałam je przy likwidacji tego mieszkania. Gdybym zabrała wcześniej, to pewnie by nie przetrwały, bo nie miałam ich gdzie przechowywać, części może użyłabym do innych prac.

Agnieszka Rayzacher, kuratorka wystawy, oglądając je, mówiła, że musiałam być zdolną studentką. A przecież nikt wtedy nie traktował tych prac poważnie. Profesorowie uważali, że studentom się w głowach poprzewracało, bo fotografiami chcielibyśmy zaliczyć wszystkie przedmioty. Mówili: idźcie do szkoły filmowej czy gdzie tam chcecie. Ja chyba też nie traktowałam tych zdjęć zbyt poważnie. Chciałam próbować nowych narzędzi – fotografii czy wideo. Nigdy nie myślałam kategoriami rynkowymi, żeby to gdzieś wystawiać albo sprzedawać. Nikt z nas wtedy o tym nie myślał.

Dlatego nie chciałaś ich pokazać?
Wielu artystów z mojego pokolenia ma pudełka po butach pełne negatywów. I co z tego? Nie widziałam powodu, dla którego miałabym je pokazywać. Za namową Agnieszki Rayzacher zaczęłam szukać uzasadnienia dla umieszczenia ich na wystawie. Pomyślałam, że to stworzy pomost między fotografią, którą robiłam kiedyś, a moim powrotem do fotografii w projekcie „Nie jestem Zofią Rydet”. Stare zdjęcia są świadectwem czasu i przeciwwagą dla nowych. Nadal jednak dręczy mnie pytanie, czy był sens je wyciągać z tapczanu. 

Nie dałaś się namówić na pokazanie zeszytów, które prowadzisz od lat.
Myślę, że każdy artysta ma prace, których nie pokazuje. Na przykład Zbigniew Warpechowski ma sporo szkiców, ale tylko raz niewielką ich część można było zobaczyć w Zachęcie. Zeszyty robię dla siebie. Wprowadzają mnie w codzienny tryb pracy. Jeśli nie mam zajęć ze studentami i akurat nigdzie nie wyjeżdżam, to siadam rano i do godziny 13 czytam, szkicuję i notuję, co widziałam, przeczytałam, przemyślałam. Jak tego nie robię, to jestem wkurzona. To rodzaj kalendarza – strukturowanie czasu. Ciągle ktoś mnie pyta o te zeszyty. A ja wiję się i wykręcam od ich pokazywania.

Ewa Zarzycka, Notatki fotograficzne, 1975Ewa Zarzycka, Notatki fotograficzne, 1975

Dlaczego tak bronisz się przed pokazywaniem zdjęć czy zeszytów?
Bo to wchodzenie w kanał typu: artystka już niemłoda, to pokażmy jej zapiski, najlepiej w gablotach. A ja wciąż jestem w żywym procesie i nie zależy mi na muzealnym wymiarze mojej sztuki; interesuje mnie to, co nowe, co przede mną, a nie archiwalia.

Poza tym wywodzę się z chowu postkonceptualnego, który charakteryzowała powściągliwość i autokrytycyzm. Uważam, że trzeba powstrzymywać się przed produkowaniem i pokazywaniem w nadmiarze – pewną grafomanią. Mamy czasy, kiedy wszystko ze wszystkim można mieszkać, cytować, są tanie i łatwo dostępne narzędzia. Tylko nie ma co produkować bytów ponad potrzebę. Nie chcę powiedzieć, że wszystko już było, ale wiele rzeczy było z pewnością.

Jednym z takich archiwalnych eksponatów są buty z performansu „Utrzymywanie pozycji artystycznej” z 1989 roku. Okazało się to karkołomnym zadaniem.
Zostałam zaproszona na sympozjum „Sztuka jako gest prywatny” w Koszalinie. Mówiono na niej, że o swoją pozycję trzeba walczyć. Dziś ten problem nie traci na aktualności. Używa się strategii ze świata korporacji czy biznesu, żeby pomóc artyście stać się profesjonalnym. W performansie pokazywałam, że moja pozycja jest dość chwiejna, bo trudno mi złapać równowagę na tych szpilkach. To drwina z budowania i kurczowego trzymania się statusu artysty. Chociaż kiedy robiłam ten performans, nie miałam jeszcze żadnej pozycji. Dopiero tworzyłam podstawy mojej sztuki, budowałam swoją świadomość i język. To było trochę działanie va banque.

Jaki dzisiaj masz status?
Często mówię, że jestem artystką sztuki performansu, którym zajmuję się najczęściej. Nie chciałabym być jednak umiejscowiona w jakimś kanale – performerka, fotografka albo konceptualistka. Dlatego z tego wszystkiego żartuję.

Jak w takim razie cię określić?
Po prostu artystka. Nigdzie nie jest powiedziane, że artysta musi się kurczowo trzymać jakichś zasad i strategii. Może robić wszystko, nawet jeśli wszystkim ryzykuje: sobą, swoją reputacją czy pozycją.

W wideo „Ewa Zarzycka, artysta nie żyje naprawdę” mówisz, że nie masz żadnego dorobku. „Trochę zeszytów, notatek, kalendarzy, jakieś negatywy, trochę filmów na VHS? Pozapychane dyski. No nie mam żadnych dzieł”. 
Wielokrotnie spotykałam się z pytaniem, czy nie boję się, że to, co robię, jest takie ulotne, nie zostawia śladów. Nigdy nie miałam takich lęków. Nie przywiązywałam do tego wagi. Całe lata zajmowałam się performansem. Swoją pierwszą wystawę miałam na początku lat 90. i też nie miałam na niej dzieł sztuki. Nie myślę o sztuce poprzez materię, ale poprzez idee.

Performans Ewy Zarzyckiej w Galerii Studio, 2018Performans Ewy Zarzyckiej w Galerii Studio, 2018

Z twoich performansów zostaje dokumentacja.
Na początku z moich performansów były tylko czarno-białe zdjęcia, potem weszły VHS-y. Cyfrowy zapis przyniósł przesyt i nadprodukcję. Zaczęto zastanawiać się, czym jest dokumentacja, jak powinno się ją robić. Problem w tym, że nie istnieje dokumentacja idealna, a pojęcie, jak powinno się ją robić, też się zmienia. W tej sytuacji nie boję się, że nie zostanie ślad, obawiam się raczej nadmiaru. Dziś jest powrót do pamięci o performansie. Kiedy nie było możliwości nagrywania, ludzie opowiadali sobie o performansach albo opisywali je. Nie wszystko dzieje się na poziomie techniki, ale też percepcji i świadomości. Mówiąc, że nie mam dorobku, ironizuję ze strategii artystycznych, które mają zapewnić dorobek.

Zbigniew Warpechowski w tym filmie mówi, że masz do sztuki stosunek bardzo krytyczny, sceptyczny, cyniczny, żartobliwy i kpiarski.
Nie chcę popadać w patos, dosłowność, egzaltację i tzw. nawiedzenie. Unikam mówienia wprost i wygłaszania formułek. Co znowu bierze się z „rodowodu  postkonceptualnego”. Już w czasach studenckich z grupą przyjaciół byliśmy w tzw. frakcji intelektualnej, która drwiła z zachwytu bez pokrycia. Żartowaliśmy z „krakałerstwa” i „bebecharstwa” zarówno w sensie języka, jak i wizualnym. Na przykład ludzie Grotowskiego czasami namawiali nas do udziału w różnych akcjach, ale my uważaliśmy za podejrzane, że są tak bezkrytycznie mu oddani. Bezlitośnie drwiliśmy z pewnego rodzaju sekciarstwa. Ta kpiarska konwencja bardzo mi odpowiada. Przy czym krytykuję nie tylko rzeczy, z którymi się nie zgadzam, ale też robię jaja z siebie i z własnych fascynacji. Oczywiście wchodzę w analizy pewnych zjawisk zupełnie na serio, wszystko jednak po pewnym czasie zaczyna być nudne i wtórne. Dlatego warto zmienić punkt widzenia, złapać dystans, przewrócić rękawiczki na drugą stronę.