W asyście głosów
Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

12 minut czytania

/ Literatura

W asyście głosów

Maciej Woźniak

Akcja tomików Julii Fiedorczuk i Joanny Roszak nie rozgrywa się na filologicznym gruncie literatury, ale na społeczno-politycznym, dojmująco aktualnym gruncie życia. Trafiamy do tu i teraz bez łaskawego pośrednictwa interpretacji

Jeszcze 3 minuty czytania

Słynny esej Susan Sontag „Przeciw interpretacji” jest nieco już leciwy, momentami nieprzyjemnie doktrynerski, przede wszystkim zaś odnosi się do literackiej rzeczywistości chronicznie amerykańskiej. Jednak tytułowe hasło – wyrażone równie stanowczo, co „Przeciw poetom” Gombrowicza – warto mieć na podorędziu podczas lektury książek poetyckich pojawiających się w asyście krytycznych opinii i autorskich komentarzy. Nie po to, rzecz jasna, by sam fakt owej asysty podawać w wątpliwość (tęsknotę do niezapośredniczonego spotkania z jakimkolwiek tekstem kultury należy wpisać do kategorii „mrzonki”; nawet punk rock nie był akcją, lecz reakcją), chodzi raczej o danie wierszowi cienia szansy, by działał sam. By w tym cieniu wkraczał bez przygotowania artyleryjskiego, idąc z sercem na bagnety.

Dobrą okazję do przetestowania naiwności, a zarazem konieczności takich prób dają wydane ostatnio tomiki Julii Fiedorczuk i Joanny Roszak. Z zapowiedzi i komentarzy wydawniczych wynika, że akcja książek rozgrywa się nie tyle na filologicznym gruncie literatury, ile na społeczno-politycznym, dojmująco aktualnym gruncie życia. Że oto trafiamy prosto, bez łaskawego pośrednictwa interpretacji, do tu i teraz.

Informacji o wydaniu „Psalmów” towarzyszą notki o uprawianej przez Julię Fiedorczuk ekopoetyce, przełamywaniu antropocentryzmu, rewizji granic między ludzkim i nieludzkim, tudzież krótka analiza Jacka Gutorowa, zgrabnie łącząca te rejestry mowy i porządki, które tradycyjnie pozostawały (i raczej pozostają) rozdzielone czy wręcz przeciwstawione – nad czym ubolewają wiersze Fiedorczuk („«Psalmy» upominają się o wykluczonych ludzi, ale też o rośliny, zwierzęta i krajobrazy. Wykonują pracę żałoby dla tych, którzy zginęli w ostatnich wydarzeniach pełzającej globalnej wojny, ale też dla bezpowrotnie straconych gatunków i ekosystemów”).

Julia Fiedorczuk, „Psalmy”. Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, 60 stron, w księgarniach od stycznia 2018Julia Fiedorczuk, „Psalmy”. Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, 60 stron, w księgarniach od stycznia 2018Natomiast publikacji „Przyszłych niedokonanych” asystują wydawnicze komentarze, jak na gatunek zwany blurbem uderzające w wyjątkowo wysokie, emocjonalne tony („powraca motyw odrzucenia, przejmująco przedstawiony w obrazach ludzi pozbawionych domu i przeszłości, niepewnych jutra, a zamiast tego mających dotkliwie potwierdzoną pewność, że w naszym świecie nikt nie wyjdzie im na spotkanie, nie zaprosi w gościnę”) oraz wyłożona kawa na – mocno chwiejną ostatnio – ławę deklaracja wydawcy, że „nominowana do najważniejszych nagród literackich pisarka mówi w imieniu uchodźców językiem poezji”.

Próbując książki obydwu poetek jakoś osadzić na skali bezpośredniego dostępu do rzeczywistości, zerknąłem do dwóch tomików wydanych nieco wcześniej, pod koniec zeszłego roku, ponieważ wydają się wyznaczać tejże skali swoiste ekstrema. „Kalenberek” Janusza Radwańskiego (Fundacja Duży Format) wypełniają wiersze utrzymane w tonie ludowego przekazu, niedbale balladowego, pełnego banalnych prowincjonalnych obrazków i potocznych zwrotów (automatycznie linkujących do społecznej pamięci i podświadomości), a przede wszystkim akcentującego zarówno swoją pozamiejskość, jak i pozaeuropejskość (gdzie jesteśmy? ano w Polsce właśnie). Radwański stylizuje się na dokumentalistę, u którego warsztat formalny (nie byle jaki, tyle że ukryty, choćby za złamanym rytmem i rymem) jest podporządkowany prostemu wyrażeniu ducha czasu, wspólnego dla wszystkich (także tych, co nie czytają żadnej książki nie tylko rocznie, ale i przez dekadę), oraz ducha miejsca, czyli maleńkiej, na wpół widmowej miejscowości opodal Kolbuszowej Górnej. Kalemberku nie wskaże nam Google Maps i to samo dotyczy wierszy Radwańskiego, napisanych tak, by obyć się bez pośrednika.

Po przeciwnej stronie znajduje się „Incipit” Waldemara Jochera (Instytut Mikołowski), tom ulokowany w surowo abstrakcyjnej przestrzeni o wymiarach wykreślanych przez język (który formalnie kontynuuje tradycję wirpszowsko-karpowiczowską, ale odzywa się z ciemniejszym tembrem, bliższym Beckettowi czy Blanchotowi), łączący tryb rzetelnej filozoficznej spekulacji ze zgoła nierzetelną, karkołomną metaforyką, zamiast konkretnych obrazów proponujący konstrukty poskładane z „semantycznych cząstek” (określenie Macieja Meleckiego, redaktora tomu). Jocherowi też chodzi o sprawy najelementarniejsze: o nierozłączność życia i śmierci, o kontemplację cichej grozy, która otwiera się w akcie poczęcia, ba, już w tym, co prowadzi do tego aktu (co Heraklit wyraził zwięzłym „Eros i Tanatos są tym samym Bogiem”), ale u niego emocje są skierowane do środka, do wnętrza literatury, filozofii, języka. I dopiero wstępując tam – a więc wyrzekając się trywialnej codzienności – można cokolwiek z „Incipitu” uszczknąć.

Joanna Roszak, „Przyszli niedokonani”. Biuro Literackie, 48 stron, w księgarniach od lutego 2018 Joanna Roszak, „Przyszli niedokonani”. Biuro Literackie, 48 stron, w księgarniach od lutego 2018 Po takim rozpoznaniu wróćmy do książek Fiedorczuk i Roszak. Przed lekturą „Psalmów” można było mieć obawy, czy da się je czytać z należytą uwagą i odpowiedzialnością bez wsparcia się eseistyczną książką Fiedorczuk „Cyborg w ogrodzie. Wprowadzenie do ekokrytyki” (do nadrobienia tej lekturowej zaległości zachęca już ironiczna potyczka ze sztandarowym tytułem książki Herberta). Na szczęście dla czytelnika nieobeznanego z ideową otoczką poezji Fiedorczuk, poetyckie fundamenty pod nowy dyskurs o miejscu człowieka w świecie i świata w człowieku czerpią z budulca starego jak świat, na co wskazuje i religijna forma „psalmu” (frazy z Księgi Rodzaju o braniu ziemi w posiadanie były dobrym paliwem dla harwesterów ministra Szyszki, ale przecież Biblia nie kończy się na Starym Testamencie), i zasadniczy wątek książki, czyli relacja matki z córką.

Podobnie w przypadku „Przyszłych niedokonanych”. Nie bardzo ufamy rozmarzeniu autorki, co by było, „gdyby wiersze mogły choć na chwilę wyjść z czytelnikami poza książkę” (choćby dlatego, że puentujący je cytat z Kafki, o siekierze i lodzie, jest twardo niesentymentalny). Przywołana przez Roszak linijka z Tymoteusza Karpowicza: „nie da się otworzyć świata szerzej niż ludzkich ramion” budzi jednak wstępną ciekawość, co z tym można dalej zrobić w wierszu. Ostatnio biskup z mojej diecezji porównał syryjskich uchodźców do Krzyżaków, więc osobiste obawy dotyczące ewentualnych prób metaforyzacji tzw. kryzysu migracyjnego miałem tym większe.

W przypadku obu książek czeka nas wszakże zaskoczenie. „Psalmy” urzekają swobodnym, luźnym tokiem narracji, z delikatnie odmierzanym rytmem fraz. Same „tematy” czy też „sensy” wierszy, aczkolwiek interesujące (radości i niepokoje w relacjach autorki z jej dzieckiem są całkiem inne niż w podręcznikach dla dobrych matek, a tuż obok mamy przymiarki do śmiertelności zapędzające się w, rzec by można, „biomistycyzm”), ustępują przed ich swoiście niezobowiązującą aurą. Nie jest to aura roztaczana przez kogoś, kto – protekcjonalnie – broni natury przed człowiekiem, przywiązuje się – rozpacznie – do drzewa przeznaczonego do ścięcia, ogranicza spalanie benzyny w trosce o swoje – własne, należne jak psu kość – powietrze do oddychania. Narrator wierszy Fiedorczuk szuka porozumień i więzi na innych zasadach. W (na pierwszy rzut oka zaledwie ładnej) frazie „podobno już jedzie tu do nas sine słońce września” możemy uchwycić sugestię, na czym ta zmiana ma polegać. Nikt tu nie puka do drzwi kamienia, raczej trwa uważny nasłuch, czy to kamień nie zapuka. W wierszu z martwym wielorybem widzimy wyraźnie tę zmianę perspektywy, wiodący motyw ekologiczny zostaje potraktowany bez obowiązkowego niepokoju moralnego, zupełnie na opak.

Psalm XXXIX

tamtego ranka, wczoraj, przedwczoraj, przed
miesiącem, upały: oszlifowany szmaragd, morze,
twoja dłoń w mojej, wspólne
unoszenie sie na wodzie, pokój. i prawie
pomyślałam: tak wpłynąć
w tę nicość o wielu imionach, gdzie miliony
żywią się ciałem wieloryba przez żyzne dekady,
gdzie jego szkielet to solidny dom, tak:

U Joanny Roszak wszystko jest inaczej. Oddech frazy bywa krótszy, o melodii postrzępionej, zakłócanej szarpnięciami tempa. Zamiast zgody jest raczej niezgoda, do wyboru dostajemy pełen zakres nieporozumień, granic świata nie określa ani ludzki język, ani ramiona, tylko ściśnięte gardło. Wiersze wydają się nie tyle pełne niedomówień, co niedomówione, urwane zbyt szybko, antypoetycko oschłe. Pojawiają się w nich nieostre, źle skadrowane obrazy „jakichś ludzi” (termin biorę z wiersza Szymborskiej, pasuje bardzo), ale wcale nie po to, by dać pretekst litości nad ludzkim nieszczęściem, społecznemu gniewowi czy choćby westchnieniom nad kiepsko urządzonym światem. Wektory emocji w wierszach Roszak wydają się mieć kierunki i zwroty znacznie bardziej problematyczne. Nawet jeżeli autorka sięga czasami do solidnie „uwspólnionych” (chwytanych w lot przez każdego) symboli kulturowych, to nie po to, by szukać prostych wzorów na odczytanie ludzkiej rozpaczy i cierpienia. Np. wiersz „wnyki” zaczyna się od Hiroshimy i dzieci, ale kończy na wielce enigmatycznym ptaku, który przynosi „jadalny kamień owinięty w kartkę”.

Jeżeli w tomie Julii Fiedorczuk mamy ekopoetykę, to nie dla tych, którym to „eko” kojarzy się z dietą wegańską, regularnym fitnesem i troską o Ziemię spowodowaną głównie obawą, by przypadkiem nie usunęła mi się spod nóg. „Psalmy” nie patrzą na rzeczywistość jak na ewentualną strefę komfortu, próbują raczej zgryźć twardy orzech antytezy natura/kultura, zniweczyć resztki władzy, którą sobie uzurpujemy nad światem i nad życiem. Tym, które tak łatwo zwiemy „własnym” wskutek językowo-kulturowych manipulacji. Laurie Anderson (nazwisko wielce w tym kontekście nieprzypadkowe; nie tylko dlatego, że Fiedorczuk tłumaczyła jej teksty) ukuła dla tych manipulacji termin „Big Science”. Czytając „Psalmy”, zamiast płyty z dołączonymi do książki recytacjami Fiedorczuk na elektronicznym tle, włączyłem sobie tamtą starą płytę Amerykanki („long cars in long lines and great big signs, and they all say: Hallelujah. Every man for himself. Ooo coo coo…”). Wybór takiego głosu asystującego okazał się jak najwłaściwszy.

Natomiast jeżeli tom Joanny Roszak miałby dołączyć – zgodnie z głosami, które postulują angażowanie się poezji – do ogólnospołecznego szumu wokół kwestii migracyjno-uchodźczych, to nie ma szans wybić się na medialną słyszalność, ponieważ wypełniają go teksty zbyt skromne, niepozorne, wykorzystujące współczucie z ostrożną uwagą. Na pewno nie tędy dla tych wierszy droga. Dość szybko okazuje się zresztą, że sprawa współczucia nie da rady być jedynie międzyludzka. I wtedy wierszom Roszak raptem robi się blisko do wierszy Fiedorczuk. Choćby w wizji procesu, w którym sąd ani nie jest ostateczny, ani nie ma jedynie antropocentrycznej proweniencji. Kafkowsko wszechogarniająca groza obcości przestaje być tylko kulturowa, jeżeli naturalnie rozszerzymy perspektywę.

koniec widzenia

wszystkich nas
sądzą w obcym języku

otwórzcie drzwi
jutro powracamy do życia
jedną ręką trzymamy się poręczy
czas opuścić miasto którego nigdy nie opuścimy
nagą plantację kamieni