PRZEGRYW: Książę przegrywu
Barabeke CC BY-NC-SA 2.0

PRZEGRYW: Książę przegrywu

Jakub Socha

Był najdziwniejszym amerykańskim komikiem. Potrafił wyprowadzić publiczność z sali koncertowej i zabrać ją do pobliskiego McDonalda, zamówić 600 hamburgerów i w ostatniej chwili zmienić zamówienie na paczkę frytek

Jeszcze 3 minuty czytania

Gdy 15 października 1980 roku wszedł do telewizyjnego studia, wydawał się na skraju załamania nerwowego. Choć ubrany był jak kanarek – żółte spodnie, beżowa marynarka, czerwona koszulka – emanowała z niego przede wszystkim rozpacz. Miał potargane włosy i zasmarkany nos, który wycierał ręką zupełnie jak dziecko. Jego oczy – przestraszone, wielkie, mokre – jakby przed chwilą płakał. David Letterman, gospodarz legendarnego rozrywkowego programu „The Late Show with David Letterman”, oglądanego przez miliony, zapytał go: co słychać? Odpowiedział: niewiele. Odszedł z serialu, nie pracuje nad żadnym nowym materiałem, czasami pojawia się gdzieś jako gość, ale w zasadzie to nie ma planów na przyszłość, po prostu żyje. Słowa rzadko wydobywały się z jego ust – królowała w nich cisza i kaszel. To pierwsze miało być złotą receptą na odniesienie sukcesu w zawodzie komika – usłyszał ją od egzotycznego mistrza; to drugie miało go wkrótce zabić. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Po krótkiej rozmowie przy biurku prowadzącego siadł na taborecie ustawionym na scenie i kontynuował zwierzenia, przerywane kaszlem, który miał wymiar egzystencjalny. Kaszlał, a potem z wysiłkiem wciągał powietrze, mówił, że po tym, jak odszedł z telewizji, zostawiła go żona, zabierając cały majątek. Przepraszając z góry, wstał z taboretu i udał się po schodkach w kierunku publiczności, prosząc, żeby jeśli tylko mają jakieś wolne środki, podzielili się z nim, bo naprawdę został z niczym. Daleko nie zaszedł, po chwili wyprowadziła go ochrona. Ale wrócił – w swoim stylu. Gdy w niedalekiej przyszłości pojawił się po raz kolejny u Lettermana, znowu wszedł między ludzi, tym razem po to, żeby przytulić każdego z osobna i powiedzieć mu, że go kocha.

Mówili na niego freak, nazywali go antykomikiem, dada-komikiem, metakomikiem. Ludzie, którym udało się spojrzeć mu dłużej w oczy, opowiadali później, że tym pojazdem steruje ktoś inny. Jego biograf Bill Zehne w książce „Lost in the Funhouse” pisał: „Wszyscy myśleli, że był szalony – trochę albo bardzo. Był szalony. Był szalony jak nikt inny”. Miał rzeczywiście niecodzienne pomysły – raz zaprosił do studia rodziców, żeby zaśpiewali z nim „Row Row Row Your Boat” (nikt się nie śmiał), innym razem podstawił 20 autokarów pod Carnegie Hall, żeby po spektaklu zawieźć wszystkich do knajpy na mleko i ciasteczka (impreza trwała do rana). Często płakał na scenie. Popularność przyniosła mu wymyślona postać Foreign Mana. To dzięki niej dostał angaż w kultowym amerykańskim sitcomie „Taxi”, gdzie grał emigranta Latkę – średnio rozgarniętego i nieśmiałego mechanika samochodowego, który mówi łamaną angielszczyzną i z której to raz na jakiś czas przechodzi na ojczysty język, niepodobny do niczego. Latka czasami odsłaniał swoje alter ego – Vica Ferrari, zasuwającego po angielsku jak prawdziwy kowboj, pewnego siebie podrywacza.

Foreign Man spadał na scenę jakby z księżyca. I niespecjalnie wiedział, co powinien na niej robić. Próbował imitacji – szło mu słabo. Próbował dowcipu – tak samo. Dowcip, który opowiedział w Saturday Night Live, kiedy pojawił się tam po raz pierwszy w 1975 roku, szedł mniej więcej tak: trójka dzieci taszczy na szczyt hiszpańskiej góry największą na świecie armatę. Gdy znajdują się już na szczycie i widzą z tego szczytu zamek, jedno z dzieci mówi do drugiego: daj kulę, na co drugie mu odpowiada: myślałem, że ty zabrałeś. Gdy przegrywał na polu dowcipu i imitacji, chwytał się tańca, następnie śpiewu. Znowu było fatalnie, zaczynał więc pytać publiczność, wyraźnie zestresowany: nie wiem, czy śmiejecie się ze mną czy ze mnie? I deklarował: staram się jak najlepiej. Ludzie jednak nie przestawali się śmiać, odpowiadział im więc spazmatycznym szlochem, przerywanym przeraźliwym rykiem osła. Gdy człowiek myślał, że zaraz się na dobre rozpadnie, on nagle zaczynał walić jedną ręką w bęben konga stojący na scenie.

Dustin Hoffman, który zobaczył go w tym numerze, wspominał: „Pierwsze, co pomyślałem: biedny gnojek. Ale nagle zrobił ten twist – od biednego gnojka po geniusza. Wyglądał, jakby dosłownie przywoływał krople potu na czoło, taplając się w zażenowaniu i emocjonalnie odczuwając fakt, że nikt się nie śmiał. Ludzie opuścili głowy, jakby facet stracił wnętrzności lub został siłą wrzucony na scenę – chciałeś odwrócić wzrok, ale nie mogłeś. To było jak obserwowanie załamania nerwowego w zwolnionym tempie – i było rytmiczne!”. Trzy lata po występie w SNL Foreign Man pojawił się w telewizyjnej randce w ciemno. I znowu skończyło się płaczem. Dziewczyna za kotarą wybrała innego, co strasznie go zdziwiło, rozzłościło i zasmuciło – w końcu odpowiedział na każde z pytań, a i tak przegrał.

Foreign Man może i spadł z księżyca, tymczasem wcielający się w niego człowiek urodził się w kochającej się nowojorskiej rodzinie. Mama mówiła na niego kicia. Miał dwoje rodzeństwa i wymyślonego brata bliźniaka, którego nazywał Dhrupick. Od dzieciństwa przejawiał skłonności sceniczne. Gdy ojciec rozkazał, żeby skończył z błaznowaniem do ściany, zaczął błaznować przed młodszą siostrą; gdy poszedł do szkoły, wymykał się z zajęć i błaznował w pobliskim lesie, po jakimś czasie koledzy zaczęli go tam odwiedzać, żeby zobaczyć, co tym razem wywinie. Potem poszło już z górki: zabawiał dzieci w trakcie przyjęć urodzinowych, czytał wiersze w knajpach, gdzie przesiadywali beatnicy, w międzyczasie zakochał się w dziewczynie, której nigdy nie spotkał (do końca życia zarzekał się, że była to miłość jego życia), palił zioło, aż w końcu rzucił je dla medytacji transcendentalnej, ruchu duchowego zapoczątkowanego w latach 60. XX wieku przez Maharishiego Mahesha Yogi. W końcu zaczął pojawiać się w klubach komediowych, gdzie puszczał z gramofonu piosenkę z kreskówki Mighty Mouse. Pogodna piosenka szła sobie w najlepsze, a on po prostu stał, milcząc. Odzywał się tylko w trakcie refrenu, żeby zaśpiewać: „Here I Come to Save the Day”. Był jeszcze Elvis Presley – uwielbiał go imitować. Johnny Cash powiedział mu parę lat później, że Elvis z kolei uwielbiał jego imitacje. Miał też innych oddanych fanów, na przykład Orsona Wellesa i R.E.M., którzy poświęcili mu piosenkę „Man on the Moon”.

Na sukces Foreign Mana odpowiedział po swojemu: stworzył postać niejakiego Tony'ego Clifftona – ociężałego piosenkarza z Las Vegas, ubranego w przyciasny garnitur z żabotem gbura z nalaną twarzą i sztucznym wąsem, który nieznośnie fałszując, wyśpiewywał szlagiery. Często w towarzystwie prostytutek. Najbardziej jednak lubił obrażać publiczność. Mówił, że są patałachami i że najlepiej, jakby w ogóle się zamknęli. Kobietom zaś radził wracać do garów i do wychowywania dzieci. Gdy któraś z nich wstawała wreszcie z fotela, wbiegała na scenę, dawała mu w pysk, a potem powalała na ziemię, Cliffton zaczynał błagać o litość. Gdy jego menadżer i przyjaciele mówili mu, że to nie działa i że nie wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi, zarzekał się, że on nie ma z tym nic wspólnego – nie zna faceta.

Kolejnym etapem pogrążania się był wrestling. Od dzieciństwa fascynował się tym typowo amerykańskim sportem, postanowił więc sam spróbować w nim szczęścia, tyle że chciał walczyć jedynie z kobietami. Stoczył wiele tego typu walk w wielu miastach, na wielu ringach. Wszystkie wygrał. Ogłosił się więc mistrzem w zapasach międzypłciowych. Bawił się świetnie, ale chyba tylko on. W końcu został wezwany na ring przez Jerry'ego Lawlera, mistrza wrestlingu z Memphis. Został pokonany z kretesem, skończyło się kontuzją i uszkodzeniem kręgów szyjnych. Przez jakiś czas musiał nosić kołnierz ortopedyczny. Minęło kilka miesięcy i dostał raz jeszcze od Lawlera, tym razem zapaśnik dał mu tak mocno po twarzy, że aż spadł z krzesła, wszystko to działo się oczywiście u Lettermana. 

Choć zawędrował z zapasami aż na Broadway, grał w spektaklu o zapasach z samą Debbie Harry i nakręcił film z legendą tego sportu, Freddim Blassiem, to sport oraz Cliffton sprawiły, że odwrócili się od niego widzowie. Kłopoty zaczęły się kumulować, gdy serial „Taxi”, którym pogardzał, ale który przynosił mu konkretny zarobek, został zdjęty z anteny. Przestano go zapraszać, przestał wyprzedawać pełne sale. Ludzie narzekali, że ciągle próbuje tego samego. Oczywiście, starał się to ograć. Gdy pojawił się w HBO na nagraniu, namówił swojego kolegę, Boba Zmudę, partnera wielu jego wygłupów, czasami wcielającego się też w Clifftona, żeby usiadł wśród publiczności z mikrofonem ukrytym pod koszulą i wyprzedzał każdą kwestię Foreign Mana. Tak też się stało – Zmuda cały czas gadał podczas jego wystąpienia, mówił: oho, a teraz powie to, a teraz tamto. Publiczność się wściekła. Zmuda wdarł się na scenę. Zaczął szydzić: kiedyś byłem twoim fanem, teraz się skończyłeś. Publiczność była skonfundowana. Po pewnym czasie Zmuda postanowił ją jeszcze bardziej skonfundować – wyrwał sobie spod koszuli mikrofon i oznajmił wszystkim, że jest podstawiony, że został namówiony do tego, żeby obnażyć miałkość komika, który gra Foreign Mana. Spanikowani producenci zarządzili reklamy.

Było to jego klasyczne posunięcie – odsłonić się, a potem jeszcze raz się odsłonić, wywinąć podwójnego fikołka, potem jeszcze jednego i tak bez końca. Sceniczne perpetuum mobile. Wszystko, co istnieje, nawet to, co dla ludzi zazwyczaj jest bardzo krępujące, zamieniał w żart, konfrontował publiczność z nieskończoną otchłanią przebrań, oszustw i upadków.  Rozciągał wyobraźnię i łamał kołem. Był geniuszem zakłóconych oczekiwań, jak mówiła Laurie Anderson, której zdarzało się walczyć z nim na ringu. Raz, grając w skeczu faceta upalonego skrętem, przerwał w połowie i powiedział, że nie umie udawać upalonego i że to bez sensu. Towarzyszący mu aktor wściekł się, zszedł ze sceny, a potem wrócił na nią ze stertą zapisanych plansz, które sufler trzymał za kamerą, żeby aktorzy wiedzieli, co mają grać.

Choć reżyserował kolejne wystąpienia – raz pojawił się jako ubrany jedynie w pieluchę i turban fakir, połknął miecz, a następnie doczepił sobie sztuczne wąsy i zaśpiewał piosenkę – zaczął rozmyślać nad czymś naprawdę wielkim. Chciał na przykład przeczytać na scenie swój testament. Nikt się na to nie godził. Z czasem wpadł na jeszcze inny pomysł – rak. Wierzył, że dostanie raka, wyleczy go i narodzi się niejako na nowo, a wraz z nim jego kariera. Wierzył też, że dzięki niemu będzie mógł upozorować swoją śmierć. Marzenie po części się spełniło – przyjaciółka zaalarmowana jego chronicznym kaszlem zabrała go do lekarza. Szybko okazało się, że nowotwór zajął jedno z płuc, że nie ma szans na operację. Umarł po zaledwie kilku miesiącach, mając 35 lat, na jego pogrzebie grano piosenkę „Friendly World”.

Są jednak i tacy, którzy wierzą, że ta przegrana walka z chorobą to jego najlepszy numer – że tak naprawdę ciągle gdzieś żyje, jak Elvis. Dwa lata temu głośno było w internecie, że ma się dobrze, bo znalazł sobie nową personę, w którą się wciela, niejakiego Donalda Trumpa. Wyobraźcie to sobie: Donald Trup to Andy Kaufman, książę przegrywu. Ileż mógłby w tej nowej skórze przegrać.