PRZEGRYW
Peter Pham CC BY 2.0

16 minut czytania

/ Media

PRZEGRYW

Michał R. Wiśniewski

Dekady neoliberalnej propagandy sukcesu wyprodukowały przeciwciała: oddolny internetowy ruch celebrujący porażkę, który powoli przesącza się do mainstreamu

Jeszcze 4 minuty czytania

„Moglibyśmy być bohaterami, ale porażka jest o wiele fajniejsza”, śpiewali w 2014 Manic Street Preachers, przedstawiciele generacji X, podejmując polemikę z Davidem Bowie. Miejsce herosów jest w kinie, w internecie od kilku lat rządzą przegrywy, a porażka i chujowość weszły jedną stopą do głównego nurtu. Ale czy jeśli wszyscy jesteśmy przegrywami, to nikt naprawdę nie jest przegrywem? I co to w ogóle znaczy?

Przegrywy, stulejarze, spierdoliny

Miejski.pl, otwarty słownik slangu, definiuje „przegrywa” jako osobę, która „przegrywa życie, nie odnosi sukcesów w żadnej dziedzinie życia, nie ma pieniędzy, pracy, dziewczyny/chłopaka itp. i spędza swój wolny czas w internecie”. Powiązane hasło „stulejarz” jest małym esejem o współczesności: „Człowiek popadły w stan pewnego marazmu i totalnego nihilizmu. Ludzie nim dotknięci mówią o sobie, iż przegrali życie. Szukają oni wirtualnych miejsc spotkań, takich jak fora internetowe, gdzie spodziewają się spotkać innych, podobnych sobie stulejarzy. Życie stulejarza to pasmo ciągłych porażek, począwszy od kupowania rzeczy codziennego użytku i ubrań w tanich dyskontach (typu Biedronka), a skończywszy na zupełnych niepowodzeniach w kontaktach z kobietami”. Tagi: „ofiara”, „losu”, „f23”. Ten ostatni tajemniczy kod to nazwa forum, nawiązująca do międzynarodowej klasyfikacji chorób: pod F23 kryją się „Ostre i przemijające zaburzenia psychotyczne”. Jeszcze w latach zerowych zbierali się na nim owi nieszczęśnicy, żeby się wymieniać doświadczeniami życiowymi i historiami swoich porażek. W słowniku znajdziemy jeszcze „spierdolinę” – „wyobcowanego, nieprzystosowanego do życia i społeczeństwa życiowego przegrańca bez perspektyw na życie”.

W tym samym czasie, kiedy stulejarze poklepywali się po wirtualnych plecach na f23, w innym zakątku internetu, na forum obrazkowym 4chan, swoimi przeżyciami dzielili się Anony. Skopiowany z Japonii pomysł na serwis, w którym publikowane treści znikają wypierane przez nowe, okazał się czymś ożywczym. Tam właśnie narodziły się memy internetowe – w odpowiedzi na efemeryczność wykształciła się kultura powtarzania co bardziej popularnych treści. Przede wszystkim obrazków, ale także krótkich form tekstowych, kopiowanych i wklejanych do nowych postów. Od komend „copy” i „paste” zwane były początkowo „copypastami”, a potem po prostu „pastami”. W tej skróconej formie trafiły do polskiego żargonu – polskie mutacje 4chana umiłowały sobie celowo koślawe spolszczenia angielskich pojęć.

Ale dlaczego ktoś w ogóle chciał pisać na 4chanie? Odpowiedzią jest anonimowość i ulotność. Nie trzeba było się logować ani nawet podawać nicka, z automatu zyskiwało się miano Anonymous. Anon. Anon był każdym i był nikim, był legionem i był zerem. Nie musiał niczego nikomu udowadniać, mógł być kłamcą albo, co gorsza, pisać prawdę. Wyrzucić z siebie swoje pragnienia i lęki. Różnie korzystano z tej niezwykłej wolności; codziennością były obsceniczne posty testujące granice dobrego smaku i cierpliwości moderatorów; fascynujące jednak były perły autentyzmu, na które można było natrafić w tym internetowym ścieku. Niektóre pasty były pisane dla beki, ale niektóre były naprawdę szczerymi wyznaniami (lub bardzo udatnie takie udawały) młodych ludzi zdających sobie sprawę z tego, że są przegrywami. Czasem wątki zamieniały się w tymczasową grupę wsparcia.

Pokolenie przegrywu

W tamtych czasach korzystałem z Usenetu, który – zupełne przeciwieństwo anarchii 4chana – był dość elitarny i elitarność kultywujący w języku i zwyczajach („netykieta”). Dominowały dyskusje napędzane przez ego uczestników, walczących w obronie swoich wyborów konsumenckich i życiowych – nie było tam miejsca na pisanie o swoich porażkach czy złych decyzjach.

Jak myślę, to kwestia pokoleniowa – Usenet zamieszkiwała generacja X (urodzeni w latach 60. i 70.), fora obrazkowe – Y, czyli słynni millennialsi (urodzeni w latach 80. i 90.). Iksy nie przegrywały – nawet jak szły do McPracy, był to ich wybór. Tak wyglądało to w powieści „Pokolenie X” Douglasa Couplanda z 1991 roku, której bohaterowie świadomie zrezygnowali z wyścigu szczurów, porzucili ciepłe posadki w alienujących korporacjach i zajęli się smażeniem burgerów w McPracy, czyli robocie poniżej ich kwalifikacji. Wewnętrzny konflikt pokolenia rozgrywał się w napięciu między turbokapitalistycznym yuppie i kontestującym system slackerem. Tego pierwszego w naszej telewizji odgrywał Krzysztof Ibisz (młodzieżowy „Klub Yuppies”), symbolem drugiego byli Beavis i Butt-head, para moich rówieśników, animowanych kretynów z MTV, albo „Sprzedawcy” Kevina Smitha. Polskie Iksy też lubiły narzekać na ten smutek korpopracy, czy to w manifestach („Generacja Nic” Kuby Wandachowicza z zespołu Cool Kids Of Death, opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 5 września 2002), czy w powieściach („Zwał” Sławomira Shuty z 2004). „Ile osób porzuciło lub ograniczyło swoje ideały na rzecz pracy w agencjach reklamowych, zgadzając się na schlebianie najniższym gustom klientów i zleceniodawców?” – wołał Wandachowicz, a Shuty w odpowiedzi biczował się parówkami. Na czym polegał ich (nasz) problem? Że miało być lepiej, a wcale nie było – najpierw pozwolono im (nam) marzyć, a potem okazało się, że te marzenia są nic niewarte.

System wcale nie działał, ale nie chciał się do tego przyznać. Takie głosy sprzeciwu („konfekcjonowany bunt”) były nieliczne, a obsadzające media tłuste koty miały swoją narrację, która je pacyfikowała. Polski kapitalizm miał (i wciąż ma) w sobie coś z totalitaryzmu – szkoła, prasa i popkultura mówiły jednym głosem, a co najgorsze, był to głos, który zaczynało się słyszeć w swojej głowie. Neoliberalizm za niepowodzenia winił jednostkę; wstyd było czuć się przegrywem i do przegrywu przyznawać, skoro porażkę wykuliśmy sobie sami na kowadle naszego losu. Mam wrażenie, że millennialsi, którzy nie przeżyli tego zachłyśnięcia wolnością z początku lat 90., byli odporniejsi, pozbawieni złudzeń, w których wciąż trwały Iksy – stali mocniej na ziemi. Coś, co tłuste koty nazwały później „lenistwem i roszczeniowością”, było walką o swoje prawa. Ale ten sprzeciw rodził się po cichu, z poczucia pęknięcia między propagandą i rzeczywistością, i wiązał się z próbą zrozumienia, o co tu właściwie chodzi i co jest źródłem codziennych nieszczęść i porażek.

Kajetan Obarski dla Dwutygodnika (2018)Kajetan Obarski dla Dwutygodnika (2018)

Prekariusze i incele

Dwie rzeczy zwracają uwagę w miejskosłownikowej definicji „stulejarza” – porażki mają wymiar ekonomiczny („kupowanie w tanich dyskontach”) i osobisty („niepowodzenia z kobietami”). Pisząc o przegrywie, nie można nie wspomnieć o tych dwóch aspektach – klasowym i genderowym. Wszystko, co do tej pory napisałem o pokoleniu X i Y, dotyczy tak naprawdę jednej klasy – średniej – i jej problemów po zderzeniu aspiracji z rzeczywistością. Natomiast klasa ludowa w III RP była zawsze klasą przegraną, o której nikt nie pisał manifestów.

Co łączy „stulejarza, który nie umie zagadać do dziewczyny” i „spierdolinę, który nie może znaleźć pracy”? Bardzo dużo – i wcale nie dlatego, że pozycja ekonomiczna wyznacza wartość na rynku randkowym. Po prostu gdy pojawia się grupa zagubionych (i zagniewanych) młodych ludzi, ktoś to z pewnością wykorzysta. Barwnie i popkulturowo pokazał to „Mroczny Rycerz powstaje”, gdzie takim opiekunem wyrzutków stał się terrorysta Bane. W realu przegrywami zajęli się trenerzy podrywu (PUA) i prawicowi politycy. Introwertyczne społeczne wyrzutki zamknięte w internetowych bańkach radykalizowały się. W Ameryce niechciani chłopcy identyfikowali się jako „incele” (od „involuntary celibate”, mimowolny celibat), a potem wymieniali psychoewolucyjnymi „prawdami” na temat związków między płciami na forum „Red Pill” (metafora otwierającej oczy pigułki z „Matrixa”) w serwisie Reddit. Nienawiść do kobiet eksplodowała np. w aferze Gamergate, gdy na celowniku sfrustrowanych graczy znalazły się feministki zajmujące się grami. Skończyło się na wysyłaniu pogróżek. W 2014 w Isla Vista w Kalifornii 22-letni Elliot Rodger zamordował sześć osób i popełnił samobójstwo. Zostawił nagrania wideo, na których mówi językiem redpillowców i narzeka na bycie odrzuconym przez kobiety.

W 2013 na „Przystanku Woodstock” do prowadzącego na scenie „Szkło kontaktowe” Grzegorza Miecugowa podbiegł młody człowiek z tabliczką „TNV kłamie” i spoliczkował dziennikarza. Okazało się, że był użytkownikiem serwisu Wykop, gdzie identyfikował się jako „antysocjalista, antykomunista oraz wolnorynkowiec”, który popiera i głosuje na Janusza Korwin-Mikkego. Właśnie „wolnościowe” i skrajnie prawicowe partie cieszyły się zawsze największym powodzeniem wśród przegrywów, których życie nie wyglądało jak z seriali na TVN. Neoliberałowie nie mieli dla nich żadnej propozycji poza: „weź kredyt i zmień pracę”. A sami, będąc u władzy, jednocześnie podkopywali zaufanie do państwa. Słabe państwo to łatwy wróg, łatwo je obwinić o wszystko. Winne są więc „podatki” i „socjalizm”. Młodzi ludzie, którzy doświadczali bezrobocia albo upokarzającej pracy prekarnej u drobnych prowincjonalnych biznesmenów, nie liczyli na to, że państwo im kiedykolwiek pomoże. Stąd wzięła się popularność „antysystemowych” kandydatów, takich jak Paweł Kukiz.

Doskonałą ilustracją skierowania energii oddolnego buntu w polityczną manipulację jest los tzw. demotywatorów. Początkowo były to subwersywne parodie obrazków motywujących, czyli wpisanych w system „rozwoju osobistego” zdjęć i haseł mających zachęcać do lepszej pracy i funkcjonowania. Demotywator zamiast zachęcać – zniechęcał. Szybko jednak zupełnie stracił swoje pierwotne znaczenie i stał się formatem przekazywania uproszczonych „prawd” o rzeczywistości.
Zdjęcie, hasło, krótkie zdanie – informacyjna piguła, która służyła najczęściej do wirusowego roznoszenia propagandy, fake newsów czy antynaukowych bredni.

Kajetan Obarski dla Dwutygodnika (2018)Kajetan Obarski dla Dwutygodnika (2018)

Porażki sukcesu i sukcesy porażek

Tymczasem kultura przegrywu z niszowych forów i zamkniętych grup na Facebooku powoli przesączyła się do mainstreamu. Przegrywowe pasty – jak ta najsłynniejsza opowieść Malcoma XD „Fanatyk” – mniej lub bardziej zmyślone historie z życia, empatyczne memy o „życiowych” sytuacjach, sieciowe komiksy eksplorujące marne żywoty millennialsów, którzy nawet nie mają złudzeń, że mogą marzyć – wszystko było odpowiedzią na kolorowy świat z TVN-u. Słodki blog Kasi Tusk „Make Life Easier” dostał swój przegrywski cień – „Make Life Harder”. Kontrą dla programu „Perfekcyjna pani domu”, w której celebrytka białą rękawiczką sprawdza kurz na półkach, stał się blog „Chujowa pani domu”, celebrujący syf codzienności, kiedy się nie ma czasu, siły, umiejętności czy po prostu ochoty, żeby razem z pokoleniami domowych niewolnic marnować życie na pucowaniu kabiny prysznicowej. Porażka jest polityczna i ma gender.

W reakcji na sukcesizm, czekoladowe propagandowe instalacje „orzeł może!” i magazyny o treningu osobistym powstał facebookowy „Magazyn Porażka”. „Historie sukcesu”, które uwielbiają media głównego nurtu („założył startup!”, „rzucił pracę w korpo i podróżuje po świecie”) zostały w nim zastąpione przez historie porażek. Opowieści o ludziach, którzy nie znaleźli pracy mimo wykształcenia, utkwili na alienujących stanowiskach nieodpowiadających ich marzeniom i aspiracjom, doświadczają pracy prekarnej itd. Co ciekawe, wszystkie te kroniki porażek okazały się sukcesami. „Make Life Harder” stał się dla jego twórców, Rafała Żabińskiego i Jakobe Mansztajna, przepustką do śmieszkowego programu w internetowej telewizji, „Fanatyk” Malcoma XD doczekał się brawurowej ekranizacji, „Chujowa pani domu” Magdaleny Kostyszyn po lekkiej cenzurze tytułu wyszła jako książka. A prowadzący „Magazyn Porażka” Kamil Fejfer wydał reportaż o zawodach zawodowych, „Zawód”.

Ale to wyjątki, nad którymi się nie ma co pochylać. Zwykle prowadzenie strony z memami nie prowadzi do żadnego sukcesu, wręcz przeciwnie – to tylko kolejna porażka na długiej liście porażek, jest nawet tematem memów o przegrywach prowadzących strony z memami. Millennialsi wydają się pogodzeni ze swoim losem. W Ameryce są chłopcem do bicia dla poprzednich generacji, chociaż to pokolenie baby boomers odpowiada za wybór konserwatywnych polityków, którzy zniszczyli gospodarkę i klasę średnią. Polskie Igreki są rozliczane z braku wdzięczności dla starszych, którzy wywalczyli wolność i zbudowali „liberalny raj” III RP. W obu przypadkach przyjmują tę rolę z ironią i odpowiadają depresyjnymi memami. Dominuje czarny humor. Tematem głupich obrazków stało się ostatnio pragnienie śmierci; przegryw ostateczny.

Ozdrawiająca porażka

Generacja X wybierała porażkę jako plan ewakuacji, millennialsi musieli do niej dojrzeć. Kolejne pokolenie, urodzone w latach zerowych, traktuje ją już jako coś oczywistego. Wychowane na pastach i memach nastolatki używają ogólnego poczucia przegrywu jako narzędzia do radzenia sobie ze swoim życiem, z małymi i dużymi problemami. Takimi, które dorosłym wydają się błahe.

Sposób, w jaki dzielą się swoim doświadczeniem porażki, przypomina nieco wymyśloną przez Philipa K. Dicka religię zwaną merceryzmem, opartą na współodczuwaniu bólu mesjasza. Przegrywowe narracje są oswajane, gdy okazuje się, że tak samo wygląda życie innych. Wtóruje temu popkultura, zwłaszcza nurt „nowej szczerości”. Gadający pies Jake z animowanego „Czasu na przygodę” traktuje porażkę jako nieuchronną część życia, tłumacząc bohaterowi, że robienie czegoś źle jest pierwszym krokiem, żeby robić coś nie tak do końca źle („Dude, sucking at sumthin' is the first step towards being sorta good at something”).

„Sucks”, czyli „ssie”, było ulubionym powiedzonkiem Beavisa i Butt-heada, którzy kwitowali nim wszystkie porażkowe rzeczy. Ale tam stanowiło kropkę, a tu – nowe otwarcie. Z tak przepracowaną porażką można szukać wyjścia. Odpowiedzią na cynizm i ponuractwo jest memowy nurt „wholesome”, który dokonuje powtórnej subwersji – memy o przegrywie przerabiane są na dodające otuchy „zdrowe”, optymistyczne wersje, dające nadzieję na to, że świat nie jest wcale taki zły i nieprzyjazny. Po co się zresztą przejmować, jeśli można ten czas poświęcić na słuchanie piosenki „Africa” zespołu Toto.

Porażka stała się modna. Z lekką fascynacją (i czasem niesmakiem) obserwuję znajomych, którzy osiągnęli liberalne minimum sukcesu (a często i sukces prawdziwy), ale czują się z jakiegoś powodu „ludźmi porażki”, choć ze stulejarzami łączą ich jedynie wyprawy po wino do Biedronki. Ja zresztą też się tak często czuję, chociaż teoretycznie nie mam na co narzekać. Być może to wina gier komputerowych, w które gram od dzieciństwa. Jesper Juul w ksiażce „Sztuka przegrywania. Esej o bólu, jaki wywołują gry wideo” zauważa, że porażka w grze nie jest porażką postaci, ale samego gracza. Gry jednak zachęcają, żeby się nie poddawać: po każdej przegranej przychodzi kolejna szansa, motywująca do podejmowania następnej próby, doskonalenia umiejętności, trenowania. Aż się uda. I właśnie to wydobycie się ze stanu porażki jest źródłem największej radości w grach. Są one jedyną formą sztuki, która wpędza odbiorcę w przegraną, aby można jej doznać i z nią poeksperymentować. Mam jednak wrażenie, że nadmierna ekspozycja na napis „Game Over” uszkodziła mi ośrodek odpowiedzialny za poczucie sukcesu, tej krótkiej chwili między porażkami.