Czas na inne piosenki
Bruna Schenkel CC BY 2.0

13 minut czytania

/ Literatura

Czas na inne piosenki

Rozmowa z Zytą Rudzką

Dla niektórych moje postaci są wulgarne. Ale język się nie bierze z próżni. Lepi się ze wszystkiego, co przeżyliśmy. Nie chciałam, żeby moja bohaterka to był taki miły ktoś. Z krzepienia serc literaturą nic dobrego nie wyszło

Jeszcze 3 minuty czytania

AGNIESZKA SOWIŃSKA: Pierwsze zdanie „Krótkiej wymiany ognia” brzmi: „Tymczasem zrobiłam się stara i stojąc na przystanku, głośno mówię do siebie: Czy to tak trudno uwierzyć, że mamy nigdy nie było, czy to tak trudno?”.
Wszyscy mi mówią, że powinnam była postawić kropkę po „stara”.

Nie, wtedy byłoby banalnie i patetycznie.
No właśnie, ja też to tak czuję. Dziwię się też pytaniom, dlaczego napisałam o starości. Przecież starość jest bardzo żywa. W literaturze jest trochę portretów starych kobiet. Ale nie chciałam iść w literacki archetyp – że jak artystka, to stara wariatka, co kocha zwierzątka. Wydaje mi się, że takie archetypy są bardzo blisko stereotypów.

U pani starość ma ciało: z pożądaniem, z wilgotniejącą cipką, niezaspokojeniem.
Ale moja bohaterka nie jest niezaspokojona. To zakłada jakąś desperację. Ona chce się jeszcze raz sztachnąć życiem. Kto nie chce? Młoda chce, a co, stara nie może? Może. Ale zgadzam się, tak, moje bohaterki mają ciała z całą tego konsekwencją: więc jest i płeć, i seksualność, zmysłowość i ból. Wiele osób nie potrafi konfrontować się z opisem cudzej seksualności. Każdy ma inaczej postawione granice, inną historię, kompleksy, traumy, jakąś narzuconą powściągliwość, wstyd – to zrozumiałe. Ale jako pisarka chcę podejść do postaci jak najbliżej.

Zyta Rudzka, Krótka wymiana ognia. W.A.B., 198 stron, w księgarniach od marca 2018Zyta Rudzka, „Krótka wymiana ognia”. W.A.B., 198 stron, w księgarniach od marca 2018Pojawiają się też uwagi, że moje postaci są wulgarne. Nie są, a bywają, bo chcą. Niektórzy są bardzo wrażliwi na wulgarność, a już nie starcza im wrażliwości, żeby zobaczyć, z czego jest ten język. On się nie bierze z próżni. Lepi się ze wszystkiego, co przeżyliśmy. Łatwo się oburzać na wulgarność, wtedy też łatwiej zwolnić się z empatii. Nie chciałam, żeby moja bohaterka to był taki miły ktoś. Taki, co to sobie o nim czytamy ku pokrzepieniu serc. Z tego krzepienia serc literaturą to chyba jednak nic dobrego nie wyszło.

Język polski w ogóle jest ubogi, jeśli chodzi o sferę cielesną. Miotamy się między wulgaryzmami a infantylizacją.
Kto się miota, to się miota. Literatura to nie są rozmowy salonowe. A co to za kryteria? Nie ma brzydkich wyrazów. Ładnych też nie ma. Są słowa po prostu. Jako pisarka nie chcę pozostawać w strefie poprawności. Taka bezpieczna, przezroczysta ględźba. Szkoda mi na to czasu.

Język „Krótkiej wymiany ognia” jest postrzępiony, poszarpany.
Ja właściwie piszę przepisując. „Krótką wymianę ognia” przepisywałam cały czas – tak, by uzyskać krótkie zdania, a krótkie zdania długo się pisze. Nie tyle odejmowałam słowa, co w nich grzebałam, zawsze szukając tego jedynego. Chciałam oddać oddech bohaterki, rytm starszej osoby, rwany, zdyszany, często lękowy, tę mieszaninę dezorientacji geograficznej, genealogicznej i historycznej. Roma jest poetką, więc sama się w języku wyraża, odkrywa się w nim i chowa.

Na początku jednak wyobraziłam sobie tylko starą kobietę, której później dałam tę niewdzięczną córkę Romę. I ta stara kobieta mówi językiem wierszyka dziecięcego: mam sto latek, sto i pół, sięgam bródką ponad stół. I nie ma komu opowiedzieć swojego życia. Tyle się mówi w literaturze, że kobieta musi mieć własny pokój. Walczymy o własny pokój, a kobiety ciągle nie mają prawa własności do własnego ciała. I to jest przypadek mojej bohaterki. Mieszka w tej kolonii – nawet nie we wsi – Piachy, bierze stołeczek, idzie do studni i opowiada to swoje życie. Jest poetką. Bezimienną. 

Do końca nie dała jej pani imienia, choć jak wyliczanka czy litania powtarzane są imiona jej przyjaciółek: Niny, Ingeborgi i Renate, które na wieść o zbliżających się do wsi Rosjanach popełniły samobójstwo.
Punktem wyjścia tej opowieści były prawdziwe historie, które podczas II wojny światowej rozegrały się na Śląsku. Na skutek propagandy głoszącej, że Rosjanie gwałcą kobiety, a dzieciom wyrywają języki i wyłupują gałki oczne, niemieckie kobiety popełniały zbiorowe samobójstwa. Często piszę o rozpadzie wspólnoty. W „Krótkiej wymianie ognia” chciałam opisać, ostentacyjnie banalnie przy pomocy rekwizytu wspólnego szkolnego zdjęcia, rozpad dziewczęcej wspólnoty. Kiedyś był taki przebój: „Gdzie są chłopcy z tamtych lat?”. Już czas na inne piosenki. Gdzie dziewczyny z tamtych lat? Jedna się ze strachu utopiła, druga w samoobronie się powiesiła, trzecia zgwałcona leżała na polu i tygodniami nawet jej nie pochowano, nie przysypano piaskiem. A jedna się ocaliła.

Choć stoi już nad przeręblą – do której przed chwilą weszły pewnym krokiem „po gospodarsku” babka, matka, córka – wraca jednak na brzeg.
Po wojnie dostaje nowe imię, nie niemieckie. Pomyślałam sobie, że tak jak są domy poniemieckie, to jest taka trochę poniemiecka kobieta. I to jej życie chciałam nadpisać, dopisać ciąg dalszy.
Zawsze staram się pisać przeciwko pamięci zbiorowej. Bo historia zbiorowa dąży do patosu, a więc unifikacji: my jesteśmy dobrzy, Niemcy źli, a Żydzi to wiadomo. A zło nie jest rozdzielane według nacji. Nie piszę o życiu każdego, tylko o konkretnym życiu, które zostało zafałszowane.

Po co?
W pamięci zbiorowej nie ma w ogóle empatii. Może jest w niej szkolny obowiązek pamiętania ku czci, ale nie ma świeżych emocji. W „Krótkiej wymianie ognia” pracownicy pogrzebowi wynieśli już ciało matki z domu, ale ona potem znów się zjawia. O historii nie da się już pisać w liczbie mnogiej. Nie piszę o czasie ani o miejscu. Choć matka używa słów z języka śląskiego, nie piszę o Śląsku. Nie jestem etnografką.  

Zyta Rudzka

Pisarka, dramatopisarka. Autorka takich powieści jak „Białe klisze”, „Mykwa”, „Ślicznotka doktora Josefa”. Laureatka Nagrody im. St. Piętaka oraz Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej za dramat „Zimny Bufet”. Jej sztuka „Cukier Stanik” zdobyła Gold Remi na Worldfest Independent Festival w Houston, została wystawiona w Wiedniu w 2017 r. pod tytułem „Zucker Büstenhalter”.

Tej bezimiennej poetce, kobiecie, która nie posiada własnego ciała, dała pani taką niewdzięczną „córuchę barbeluchę”, która swoim samobójstwem domyka los kobiet w tej rodzinie, przerwany na zamarzniętej rzece zimą 1944/45 roku.
Tak, to Roma wyciąga je z tej przerębli. Ale najpierw wydobywa spod lodu tego chłopczyka, topielca.

„Chcę go wyprowadzić z pamięci. Chcę go wyciągnąć z przerębli, siłą złapać, wyprowadzić z tej zamarzniętej rzeki. Ubrać go. Ogrzać. Nakarmić. Przytulić. Nie umiem”.
Długo nie mogłam napisać sceny z tym dzieciakiem topionym przez matkę, zanim sama wskoczy do przerębli.

Dlaczego musiała pani utopić tego chłopczyka?
A jak inaczej? Dzieci też były topione. Dzieci były zabijane. Sama bym tego nie wymyśliła. Ale musiałam go później wyciągnąć spod tego lodu. Długo mi się nie udawało, w końcu napisałam, że on się Romie śni. To trochę kiczowaty zabieg, ale świadomy. Bo ja jednak też nie mogłam wejść z nimi na ten lód. No nie mogłam. Nie dlatego, że jestem taka empatyczna. Nie wiedziałam po prostu, jak tego dzieciaka bawiącego się na lodzie złapać i wepchnąć do przerębli. Dopiero jak go ubrałam. To już potem poszło.

„Źle, zbyt lekko ubrany, wyziębiony, bez czapki, szalika, w kusym baranku bez guzików, w złachmanionych kalesonkach”.
Tak, za cienko. Zrobiło mi się wtedy sentymentalnie, a ja nie lubię tandety emocjonalnej w pisaniu. I jak uda mi się to u siebie wyłapać, to kasuję. Ale zobaczyłam tego chłopca w kalesonkach. Jak jemu jest zimno. No i do przerębli.

Zamyśliłam się. Ale do czego zmierzam. Ujawnienie tej historii jest jej domknięciem. Jego wynurzenie, jej zanurzenie domyka los tej rodziny. Odfałszowuje historię. To wcale nie chodzi o to, że historia została przepracowana. Co to znaczy, że coś jest przepracowane? Że ma nie boleć? A niech boli. Gorzej jak jest tak pomniejszone, że nie boli. Niby nie boli.

Roma wydobywa tę historię ze swojej matki dopiero wówczas, gdy sama ma siedemdziesiąt lat.
I nie wiadomo, czy ta matka jeszcze żyje, czy już nie. Bo tak czasami w życiu bywa. Ja też czasami idę ulicą i mi się wydaje, że ojciec idzie naprzeciwko. I tak się ucieszę, ale zaraz potem, rany, przecież on nie żyje. Częściej o takie iluzje proszę.

Zyta Rudzka, fot. archiwum prywatneZyta Rudzka
fot. archiwum prywatne
Obie bohaterki w tej relacji matka–córka pozostają osobne: jedna w chacie gdzieś na Śląsku, druga w Warszawie. Obie stare. Łączą ich jednodniowe wizyty Romy, przywożącej matce – mamulce – landryny, chałwę, rodzynki, kocie języczki z czekolady, podsuszaną kiełbasę.
One są oddzielone, ale może dzięki temu nie są przyduszone tą winą matka–córka: ty mi nie dałaś tego, ty tamtego. Zostawmy te matki w spokoju. Jesteśmy dorośli, nie musimy całe życie tymi matkami czegoś rozgrywać. Matki to całkiem podręczne alibi do bycia nieszczęśliwymi. Tak, może matka i nie dała Romie tego, czego ta by chciała, ale dała jej coś w innej walucie. Wychowała ją tak, jak umiała, dała to, co miała, i koniec. Roma ma z matki język. Gdy się po raz pierwszy w książce spotykają, obie są jeszcze zanurzone w języku śląskim – czyli są w takiej sztuczności, obcości, trochę sobie dokuczają. A potem każda wchodzi w swój język. Zależało mi, by każda mówiła własnym językiem. Żeby to była taka polifoniczność, że jednak te głosy się spotykają, bo też z tego spotkania głosów zupełnie co innego wynika.

Roma nie ma łatwego życia: mąż odszedł do młodszej kochanki, córka, utalentowana pianistka, pewnego dnia zostawiła kartkę „nie szukajcie mnie” i zniknęła.
Proszę pamiętać, że to jest pisane w pierwszej osobie. Więc ja bym do końca nie wierzyła Romie we wszystko, co mówi. Może jej córka miała jakiś koncert w Japonii. Ale czy była tak czczona? A mąż, fakt, odszedł. Ale teraz przywozi jej zupy. W słoiku trzyma wyrostek ich córki. Życie pozagrobowe ich małżeństwa okazuje się być lepsze od samego małżeństwa. Starałam się uzyskać niejednoznaczność – bo jeśli piszę przeciwko zbiorowej pamięci, to piszę także przeciwko historii czarno-białej. Bo i krzywdzimy, i jesteśmy krzywdzeni. I kochamy, i krzywdzimy – bywa, że jednocześnie.
Ale muszę pani powiedzieć, że Roma od początku sprawiała mi trudność. Prowadziła mnie tam, gdzie sama chciała. Gdy miałam już prawie gotową książkę, nagle się zorientowałam, że ta Romcia mnie jakoś sprytnie oszukała. Że zamiast przeżywać swoje życie, tylko mu się przygląda. Taka bohaterka też mogłaby być ciekawa, ale ja takiej nie chciałam. Chciałam, by przeżywała, by podeszła blisko do swoich uczuć, by je złapała. Moja bohaterka chciała sobie być taką fajną, autoironiczną, co to jej wiersze drukują. Nie ma tak dobrze. I po sześćdziesiątce zaczęła się odwijać, odsłaniać. Długo nie mogłam osiągnąć tego efektu. Dopiero pod koniec pracy nad książką wpadłam pomysł, by dać jej swoją fizyczność. Że jest taka mała, z wielką głową i czołem wypukłym jak łyżka. I z tą myślą trochę bardziej w nią wlazłam.

Nie obawiała się pani, że czytelnicy zaczną się przez to doszukiwać w książce wątków autobiograficznych? 
Jak ktoś się boi, to lepiej żeby za pisanie się nie brał, bo wtedy łatwo można sobie życie zmarnować. Musiałam być taką matrioszką dla mojej bohaterki. Uzyskałam bliskość, taki klej emocjonalny. Ale nigdy nie piszę autobiograficznych rzeczy. Nie interesuje mnie to.

Dlaczego?
No bo właściwie dlaczego miałabym to zrobić? Sama sobie bym coś zabrała. Prywatność, intymność to ważne sprawy.

Nie znalazłam ani jednej rozmowy z panią, w której by się pani odsłoniła.
Może trzeba sobie zadać pytanie: co po nas zostanie? Wizerunek dzielnych, ciekawych, fascynujących artystek, czy sztuka? Czy zostaną po nas biografie, czy sztuka?

A co by pani chciała po sobie zostawić?
Kilka opowieści, zrobionych.

A nie napisanych?
Literatura to nie jest dla mnie opowieść spisana, tylko opowieść zrobiona. Forma to moja podstawowa robota pisarska.

Jak wygląda pani reżim pisarski?
Najwięcej piszę, jak chodzę. Zawsze pamiętam, by mieć przy sobie notes. I zawsze, jak go wezmę, nic nie wymyślę. Więc z premedytacją go zapominam. Wysyłam wtedy do siebie esemesy. Dobrze mi się pisze właśnie wtedy, gdy się męczę. Ważny jest też dla mnie rytm chodzenia, ja dosyć szybko chodzę.

Marian Pilot też „pisze na chodzący”.
Ja właściwie chyba nie chodzę, tylko maszeruję.

A dokąd pani tak maszeruje?
No precz przed siebie.

W którym momencie pani zawraca?
Nawet nie wiem, że zawracam, po prostu widzę, że już jestem przed domem. Nie będę tego uwznioślała – po prostu chodzę i już. Ale nigdy nie wiem, dokąd tekst mnie zaprowadzi. To utrzymuje mnie w ciekawości, co dobrze robi tej fizycznej, żmudnej stronę pisania prozy. Zresztą, nigdy nie chcę zamknąć historii, taka niedomknięta figura daje szansę, że ktoś, kto to czyta, przez tę dziurę w płocie wejdzie ze swoimi historiami. Zahaczy się o coś w cudzym losie. Nie ma co ukrywać, chcemy poczytać też trochę o sobie.