Trzepot małych skrzydeł

Adam Robiński

Schowany między fałdami świętokrzyskich pagórów, Robert Pucek dzieli się z czytelnikiem wrażliwością względem ożywionego świata „słuszniejszych rozmiarów”. W jego nowej książce rozmyślaniom na temat dziennych i nocnych motyli rytm nadaje kalendarz

Trzepot małych skrzydeł

Jeszcze 1 minuta czytania

Trzepot małych skrzydeł

W wydanym w ubiegłym roku zbiorze „Siedemnaście zwierząt” Robert Pucek pochylał się nad życiem towarzyskim ślimaka. Ubolewał, że choć mięczak nieustannie dźwiga ze sobą swój dom, to nie może nikogo do niego zaprosić. „Choć wciąż gdzieś podąża, nie sposób nazwać go nomadą, albowiem w pewnym sensie nigdy nie opuszcza swojego domu. Równie trudno jednak nazwać go domatorem, bo przecież nieustannie wędruje”. Oto paradoks ślimaka i jednocześnie posłanie największego w polskiej literaturze przyjaciela istot onegdaj zwanych niższymi.

Sam Pucek jest również pewnym paradoksem. Schowany między fałdami świętokrzyskich pagórów, unika publicznych wystąpień, dzieli się jednak z czytelnikiem niezwykłą wrażliwością i cierpliwością względem świata ożywionego. Szczególnie tego, który nazywa „światem słuszniejszych rozmiarów”, zwykle mieszczącym się na otwartej dłoni. Barwnie przedstawiony mikrokosmos chatki (a może raczej Chatki), do której najchętniej zaprosiłby sąsiadów na wspólne podziwianie podającego śniegu (patrz debiutanckie „Pająki Pana Roberta” z 2014 roku) prowadzi do szeregu literacko-filozoficznych wycieczek, podczas których jedno oko łowi uniesienia w liściach i framugach, drugie – między grzbietami książek. Biblioteka autora mieści się na dwóch tylko regałach, jednak swoją różnorodnością mogłaby zawstydzić niejeden księgozbiór z aspiracjami. Pucek otacza się traktatami naukowymi i filozoficznymi sprzed wieków, a potem z lubością przekuwa je na współczesność. Efektem są erudycyjne eseje, którymi stara się godzić jeśli nie sobie obce, to od dawna zwaśnione humanistykę i nauki przyrodnicze. Cel realizuje wytrwale, bez oglądania się na wątpiących. Tym ostatnim raczej daje po łapach.

Robert Pucek, „Sennik ciem i motyli”. Czarne, 168 stron, w księgarniach od marca 2018

Nie inaczej jest w „Senniku ciem i motyli”, trzeciej i chyba najważniejszej dla samego autora książce. Pająków nie musiał szukać. Zastał je w chatce, gdy się do niej wprowadził. Motyle, ćmy w szczególności, są zaś owocem nieskrywanych ezoterycznych ciągot. Może to dlatego porzuca trzecioosobową narrację i formę grzecznościową, która jej dotychczas towarzyszyła. „Wszyscy się ciem boją lub się nimi brzydzą, więc dowartościowuję je trochę z przekory” – mówił rok temu w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”. „Sennik...” jest opowieścią „o pięknie oraz o holometabolii, czyli przeobrażeniu zupełnym”. To ostatnie, brane ludzką miarą, staje się w tekście Pucka czymś na kształt stanu oświeconego, w którym zbędne okazują się prozaiczne funkcje życiowe krępujące każdy z żywotów. Może to jest właśnie w twórczości Pucka najbardziej zaskakujące – obrazoburcze na pierwszy rzut okna przekonanie, że stawonogi są czymś więcej niż tylko zlepkiem paru tkanek. Kluczem jest chwilowa zmiana perspektywy i wyjście poza ramy tego, co dotykalne. Równocześnie Pucek podpiera się nazwiskami i – co ważniejsze – narzędziami dawnych naturalistów. Eksperyment jako wzmocniona obserwacja jest tu źródłem odpowiedzi i całkiem nowych pytań.

W „Senniku...” Pucek jeszcze raz sięga po tę wytrenowaną już i sprawdzoną metodę. Przy czym rozmyślaniom na temat dziennych i nocnych motyli rytm nadaje kalendarz, a poszczególne rozdziały odpowiadają kolejnym miesiącom. Tym śnieżnym, gdy „nocny nieboskłon przypomina futerko marmurowego kota”, a motyle łapać można tylko w anegdotach, oraz tym cieplejszym, gdy nad chatką przelatują żurawie, a owadów jest w powietrzu tyle co tlenu. Znalezione na podłodze skrzydło pawiego oczka może być zaczynem entomologicznego śledztwa lub tylko błyskotliwej gry skojarzeń. Innym razem na widok jasnoszarej fałdówki mokrzycy autor przeżywa chwilową radość, a następnie zawód, gdy owad ucieka przez uchylone okno. I w jednym, i w drugim przypadku zdumiewa intensywność obserwacji tak ulotnych obiektów.

Czytając „Sennik...”, odnosi się wrażenie, że Pucek jest trochę jak Vladimir Nabokov, w dziesiątkach europejskich muzeów tropiący odwzorowania motyli na malarskich płótnach powstałych od starożytności po odrodzenie. Autor „Lolity” krótko studiował zoologię, a motyle były jego życiową pasją. Książki „Butteflies in Art” nie udało mu się ukończyć – z relacji wyłania się przedsięwzięcie chyba zbyt karkołomne, by dało się je zrealizować. „Sennik...” to inicjatywa o wiele bardziej kameralna, w przyjemny sposób przewidywalna dla czytelników zaznajomionych już z twórczością Pucka.

„Ilekroć wychodzę przed chatkę, pełnia księżyca. Czyżbym wychodził tak rzadko?”. To chyba jedyny żal, jaki można mieć względem „Sennika...”. Ale niebo na trójstyku centralnych województw Polski jest nocą wyjątkowo ciemne, ćmy zaś garną się przecież do światła, by w ogniu świecy osiągnąć najwyższy ze stanów.