Nie mogąc zapomnieć

7 minut czytania

/ Sztuka

Nie mogąc zapomnieć

Karol Sienkiewicz

Pokazywany w Królikarni „Skwer” Karoliny Breguły mógł być piękną metaforą lęków przed konfrontacją z przeszłością. Artystka wolała ją jednak połączyć z opowieścią o własnej niemocy

Jeszcze 2 minuty czytania

Znowu żyjemy w czasach upadających pomników. Pamiętamy takie upadki ze starych kronik filmowych. Spektakularny rozpad figury Feliksa Dzierżyńskiego z placu Bankowego w Warszawie jest jednym z symboli zmiany ustrojowej w Polsce. Kolejna faza dekomunizacji naszej przestrzeni publicznej sięga znacznie głębiej, jej ofiarą może paść i Róża Luksemburg, i pomnik wdzięczności żołnierzom Armii Czerwonej wyzwalającej polskie miasteczka spod władzy niemieckiego okupanta. Niedawno ulica, przy której mieszkam, zmieniła nazwę z Armii Ludowej na Lecha Kaczyńskiego. To część szerszego projektu – zagłuszania historii i kreowania jej na nowo.

Głównym bohaterem „Skweru”, nowej instalacji wideo Karoliny Breguły pokazywanej w warszawskiej Królikarni, jest właśnie pomnik. Zapomniana rzeźba, zarośnięta krzakami stoi przy tytułowym skwerze. Rzeźba przyciąga mieszkańców miasta swym głosem. „Chciałabym zadać wam pytanie”, śpiewa. Jak we wcześniejszych filmach Breguły, scenariusz jest niezwykle prosty. Akcja rozwija się powoli. A głównego bohatera nie widać.

Mieszkanie

Nie ma go też na plakacie, który zaprasza widzów do wnętrza Królikarni. Namalował go Jhen-fa Yan, malarz plakatów filmowych z Tainanu, miasta na Tajwanie, w którym Breguła kręciła większość materiału do „Skweru”. Chińskie litery w polskim mieście wyglądają egzotycznie. Może się wydawać, że artystka chce zabrać nas w daleką podróż. Nic bardziej mylnego. 

Karolina Breguła. Skwer

Królikarnia, Warszawa, do 27 maja 2018

„Skwer” podzielony jest na dziewięć epizodów wyświetlanych na osobnych ekranach. Dzięki temu film rozrasta się do rozmiarów sporej wystawy. Breguła wyłożyła sale Królikarni wykładziną dywanową. By widzom było wygodniej, przytulniej. Poruszamy się od ekranu do ekranu. A na koniec możemy się napić chińskiej herbaty z tajskich szklaneczek, siedząc w fotelach w salonie zaimprowizowanym w pałacowej rotundzie. To pułapka: mamy poczuć się swojsko, by skonfrontować się z własnymi lękami.

Akcja filmu raz przyspiesza, raz zwalnia. Momentami można się w tym nieco zgubić. Breguła wciągnęła do produkcji tajwańskich aktorów amatorów. Ale są tu też sceny kręcone w Warszawie na wietnamskim targowisku. Mandaryński i tajwański mieszają się z polskim i wietnamskim.

Film można oglądać po kolei (poszczególne części są zsynchronizowane, gdy jedna się kończy, kolejna się zaczyna) lub tak jak się chce. Polecałbym jednak poddać się rygorowi instalacji. Inaczej łatwo się w tym zagubić.

Syreni śpiew

Całość, chociaż raczej spokojna, epatuje niepokojem. Mieszkańcy miasta na wieść, że rzeźba śpiewa, lgną do niej, jednocześnie się jej obawiając. Aż muszą napić się wódki. Nie wiemy, czego się boją. Głównego bohatera, rzeźby, nigdy nie dane nam będzie zobaczyć. Możemy nawet podejrzewać, że jej tam w ogóle nie ma. Pozostaje tylko jej głos. Zapomniana, porzucona, odzywa się, by wydobyć lęki przeszłości. Pytanie, o którym śpiewa, że chce je zadać, nigdy jednak nie pada.

To pytanie każdy z nas pewnie nosi w sobie. Film, niezależnie od tego, gdzie był kręcony, jest uniwersalny. Wykracza poza historie konkretnych miejsc. Albo inaczej – każdy odnajdzie w nim jakąś historię swojego kraju. Wyświetlany na Tajwanie może przywoływać czasy białego terroru, w Chinach – lata rewolucji kulturalnej, w Stanach – niewolnictwo i zagładę rdzennych mieszkańców Ameryki. Każde społeczeństwo nosi w sobie nieprzepracowane traumy. Ponieważ w „Skwerze” nie widzimy samej rzeźby, może chodzić zarówno o pomniki zapomniane (mówi się często, że stawiamy pomniki po to, by pamiętały za nas), ale też takie, których nigdy nie wzniesiono. Oglądając „Skwer” w Warszawie, też zastanawiamy się, jakie pytanie właściwie chciałaby zadać nam ta rzeźba.

Bohaterowie Breguły chcieliby zapomnieć, lecz nie mogą. Nie konfrontują się jednak z przeszłością. Nie zaznają spokoju. Sytuacja się raczej wycisza. Następuje co innego. Film zaczyna się rozpadać, ujawniać swój własny backstage, fikcja miesza z rzeczywistością kręcenia filmu. Widzimy więc aktorów uczących się swoich ról i malarza pracującego nad plakatem filmu, który przecież jeszcze nie powstał. Akcja się zapętla.

Niemoc

xxx xxBreguła zdecydowała się jednak pójść krok dalej. Pomiędzy scenami kręconymi na Tajwanie umieściła sceny kręcone w Warszawie, na targowisku. Oto sama artystka w przebraniu bajkowej księżniczki wybiega z salonu manicure na wieść o śpiewającej rzeźbie. Jednak znajduje się w innej czasoprzestrzeni. Księżniczka jest zagubiona. Biegnie, nie wie dokąd. Mówi o swojej niemocy. Wraz z napotkanym mężczyzną nie potrafią się wydostać z labiryntu targowiska, natykają się na płoty. Potem jakimś cudem jemu udaje się przez płot przebiec. Breguła zostaje po drugiej stronie. Banał tej metaforyki niebezpiecznie wciąga film na granicę żenady.

Rzuca się w oczy, że sceny kręcone w Warszawie zostały dodane do filmu na pewnym etapie jego powstawania. Ich bohaterowie nie znaleźli się na namalowanym w Tajwanie plakacie. Jakby artystka zwątpiła w swoją własną pracę. Zawarta w nich metaforyka i słowa wypowiadane przez Bregułę to manifest bezradności. Pewnie wielu z nas czuje się dziś podobnie. Informacje płynące z kraju i ze świata sprawiają, że czujemy się bezsilni, pogrążeni w marazmie.

Breguła tłumaczy: „Robiąc film o milczeniu wobec najważniejszych spraw, bezustannie sprawdzałam, jak ja sama radzę sobie z odpowiadaniem na takie sprawy. Niestety, nie wypadałam w tych testach najlepiej. I przygnieciona własną niemocą, widziałam w sobie właśnie szablonową bezczynną, smutną księżniczkę”.

Widoki wystawy, fot. B. Górka

Pytania

To jednak temat na nową pracę i zupełnie inny film. Breguła – całkowicie świadomie – postanowiła unicestwić swoją pracę. Jestem sprawna jako artystka, bezradna jako obywatelka, zdaje się mówić. Akcja „Skweru” jeszcze bardziej się rozbebesza. Ujawnienie emocji artystki jest intrygujące, ale szkoda, że zdecydowała się je ujawnić tak późno. Czy część nagrywana na Tajwanie jest nieszczera, a ta kręcona w Polsce szczera? I co można jeszcze zrobić po takiej artystycznej spowiedzi?

Abstrahując od poczucia niemocy, mam raczej wrażenie, że za deklaracją Breguły kryje się pewna artystyczna metaambicja, która zaprowadziła artystkę w ślepą uliczkę. Tworzy fabułę, by za chwilę odsłonić proces produkcji fikcji, opowiada o lękach przeszłości, by za chwilę odsłonić własną bezradność. Tworząc już i tak bardzo pojemny film, chce wspiąć się na poziom jeszcze bardziej meta.

Ciekawe jednak, że właśnie wystawą Breguły poświęconą rzeźbie, której nie widać, Królikarnia rozpoczyna cykl poświęcony rzeźbie w przestrzeni publicznej, w dodatku w setną rocznicy odzyskania niepodległości. Pomniki – te niszczone, te zapomniane, i te obecnie wznoszone – mogą okazać się świetnym pretekstem do dyskusji o tym, czego lękamy się w naszej wspólnej przeszłości. Czekam, aż to pytanie w końcu padnie.