Rozkosz i inne czynności śledcze
Bob May CC BY-NC-SA 2.0

13 minut czytania

/ Literatura

Rozkosz i inne czynności śledcze

Janusz Margański

W powieści Gaddy śledztwo przeradza się w swoistą penetrację. Rozum, reagując na skandal zbrodni, szuka motywów i kojarzy w czytelny układ najmniejsze drobiny rzeczywistości

Jeszcze 3 minuty czytania

Od dawna nie zdarzyło mi się w trakcie lektury powieści sięgnąć po słownik wyrazów obcych. I na pewno nigdy z powodu słownika nie zawiesiłem powieściowego śledztwa. A jednak Carlo Emilio Gadda zmusza czytelnika do tych zabiegów i, co dziwne, robi to z łobuzerskim wdziękiem. Gadda jest bowiem pisarzem niezwykle rozgaddanym, co w powieści kryminalnej, znanej raczej ze stylistycznej powściągliwości, zakrawa na prawdziwy skandal. Tymczasem wiadomo, że w kryminale skandalem ma być trup. Ma być skandalem dla rozumu, choć to oczywiście skandalizowany rozum ma znaleźć sprawcę. Gadda to wie, ale wie po swojemu, bo do skandalu dokłada eksces.

Otóż „Niezły pasztet na via Merulana” opowiada o śledztwie w sprawie dwóch przestępstw popełnionych w 1927 roku w Rzymie przy wymienionej w tytule ulicy: pospolitej kradzieży i makabrycznego zabójstwa. Gadda dba o realia. Historię zbrodni czerpie z kroniki kryminalnej (niczym ogarnięty pasją naukową pisarz naturalista) i lokalizuje pod rzeczywiście funkcjonującym adresem, a Rzym opisuje z dokładnością zarezerwowaną dla bedekera, dając zarazem jego niezwykle sugestywny portret: czytelnik słyszy gwarną ulicę, czuje jej zapach, wczuwa się w rytm kamienic, bram, świateł i cieni. 

Szkopuł jednak w tym, że komisarz Francesco Ingravallo osobiście angażuje się w śledztwo. Albowiem ofiarą morderstwa padła kobieta, do której miał wielką słabość. Toteż śledztwo przeradza się w swoistą penetrację, w trakcie której rozum, reagując na skandal zbrodni, szuka motywów i kojarzy w czytelny układ najmniejsze drobiny rzeczywistości, maskując skrywaną namiętność procedurą prawną i pozorami przyzwoitości. Szybko jednak przeradza się w eksces, bo nie tylko ogarnia dzieje przedmiotów należących do denatki, ale i odsłania na przykład historię sztuki zdobniczej z wszelkimi możliwymi porównaniami, zwłaszcza do mistrzów włoskiego renascimento. Gadda odtwarzając dzieje przedmiotów totalnie, nieuchronnie podejmuje wędrówkę po Rzymie, opowiada historię miasta. Na tym jednak nie poprzestaje. Lokalizując miejsca odwiedzane przez kolejnych posiadaczy dowodów rzeczowych, zarazem eksploruje ich organy wewnętrzne i snuje domysły, jaki wpływ na wątrobę czy trzustkę delikwenta miały zawieszone na złotym łańcuchu skradzione precjoza. Robi to z upodobaniem. Gaddzie nie wystarczy, że komuś odebrało mowę, że ktoś po prostu zamilkł, bo od razu musi dodać, że zaniemógł konkretny mięsień zawiadujący językiem. Często po prostu nagle zawiesza śledztwo, by opisać jakiś detal czy peryferyjne zdarzenie, choćby wtedy, gdy daje opis kury robiącej kupę czy analizę paluchów u nóg w kanonicznych dziełach malarstwa włoskiego, gdzie erudycja służy jedynie ekspresji regularnego natręctwa. Te uwodzicielskie erudycyjne divertimenta i dywagacje dowcipnie podkręca, inkrustuje francuszczyzną, angielszczyzną, niemczyzną, łaciną i greką.

Carlo Emilio Gadda, „Niezły pasztet na via Merulana”. Przeł. Anna Wasilewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, 385 stron, w księgarniach od marca 2018Carlo Emilio Gadda, „Niezły pasztet na via Merulana”. Przeł. Anna Wasilewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, 385 stron, w księgarniach od marca 2018Najbardziej niezwykłe jest to, że ten proceder wcale nie irytuje, nie zniechęca. Przeciwnie. Najpierw zdumiewa, potem zachwyca! Jakże by inaczej, skoro narrator zawiesza tok śledztwa i rozwija wielką orację, podczas gdy trup jeszcze dymi, a wciąż niewykryty sprawca swobodnie czmycha!  Skoro bez skrępowania folguje swoim natręctwom! I robi to metodycznie i finezyjnie! Od waginy, której zarysu wypatruje pod majtkami zamordowanej Liliany, Gadda wytycza przejście na ulice Rzymu, z wnętrza mieszkania denatki znajduje tajemną drogę do narządów wewnętrznych świadków. To fascynujące, jak stylistyczny eksces pozwala Gaddzie zestawić dzieje i mapę człowieka z dziejami i mapą miasta, nałożyć je na siebie w jakimś uniwersalistycznym, nieomal mistycznym roszczeniu. Zupełnie jakby chciał przywrócić integralną wizję świata. W ten sposób stylistyczny eksces toruje drogę szaleństwu rozumu.

Stylistyczny eksces bowiem, choć kompulsywny, nie odżegnuje się od rozumu. Bo chociaż w powieści Gaddy przypomina atak epilepsji, to jednak pojawia się w ramach prowadzonego zgodnie z zasadami dedukcji śledztwa, a nawet wydatnie je wspiera. Wspiera metodycznie! Ostatecznie zaś sprawia, że czynności  komisarza Ingravallo obejmują w istocie cały kosmos. Jego śledztwo zasila energia poniżenia, frustracji i niespełnionego pożądania. Tym usilniej więc śledczy poszukuje jakiegoś absolutnego sprawstwa. Przez szaleństwo racjonalności przebija się ślepa determinacja, zupełnie nieprzewidywalnie torująca sobie drogę. Kluczy, zawraca, błądzi, jest ewidentnie intencyjna, choć najwyraźniej nie ma wytyczonego celu. Raczej szuka wyładowania i cel sobie wytwarza. Nie bez racji w analizach tej powieści przywoływano rozważania Gilles’a Deleuze’a.

Anna Wasilewska, która precyzyjnie książkę Gaddy przełożyła na polski, w obszernym i bardzo instruktywnym „Posłowiu” kojarzy włoskiego pisarza z Gombrowiczem, dowodząc, że „rysem pisarstwa ich obu jest ton persy­flażu wobec całej tradycji rodzimego piśmiennictwa, obecny niemal w każdym zdaniu, w jego składni i lek­syce. I podobnie jak Gombrowicz jest pisarzem «arcypolskim», tak Gadda jest pisarzem «arcywłoskim». Włoski czytelnik rozpozna mrugnięcia do utwo­rów pisarzy figurujących w indeksie każdej historii literatury”. Trafnie, choć nie do końca, nawet jeśli zważyć, że Gadda podobnie jak Gombrowicz w „Ferdydurke” przywołuje w swojej powieści słynny incipit „Boskiej komedii”. Gombrowicz bowiem kanon literacki przywołuje – przynajmniej w „Ferdydurke” – jako narzędzie opresji. I robi to – jak się zdaje – o wiele precyzyjniej niż włoski pisarz, uruchamiając mianowicie skonstruowaną z tekstów machinę kulturowego zniewolenia, której precyzja budzi zachwyt zarówno hermeneuty, jak i miłośnika dialektyki, zniewolenia, z którego bohater (a z nim pisarz!) chce się wyrwać. I jakkolwiek Gombrowicz uparcie i z wyraźną rozkoszą adaptuje schematy śledztwa, to niezmiennie korzysta z dobrodziejstw bardzo wszak uporządkowanej konwencji powiastki filozoficznej, w której na erupcje uczuć miejsca nie ma. Śledcze szaleństwo – w opowiadaniach i w „Kosmosie” – precyzyjnie cyzeluje i stąd czerpie rozkosz. Żadnej egzaltacji, żadnych wybuchów: nic, tylko dreszcz zimnej rozkoszy. Tej zaś Gadda szuka gdzie indziej.

Nieoczekiwane zawieszenia śledztwa – szokujące dla miłośnika kryminału, ale i zachwycające stylistyczną dezynwolturą – przywodzą na myśl raczej Witkacego. Z taką samą powagą jak Witkacy Gadda odwołuje się do teorii fizjologicznych, do fizjonomiki czy frenologii, popisuje się znajomością anatomii, i z równie zdumiewającym jak u Witkacego efektem. Jak wszyscy (sfrustrowani!) idealiści per fas et nefas zmierza do morderczo spójnego opisu świata: od najmniejszych drobin organizmu po rozległe obszary kosmosu. Zmierza, nie zapominając o przyjemności gaddania i każdorazowym spiętrzaniu efektu. No bo jakże inaczej oddać dziwność istnienia w świecie, gdy czas wypadł z zawiasów?

I może dopiero w tym porządku ujawniają się siła i powab gaddatliwości. Otóż Gaddzie udaje się rzecz zdumiewająca.  Przekracza on mianowicie tradycję literacką wstecz. Sięga od swojej współczesności (Dashiell Hammett) ku Chestertonowi i dalej ku Conan Doyle’owi. Ale na tym nie koniec! Zahacza o Dostojewskiego (przemycając m.in. sławetny wierszyk o zającu, którym Porfiry Pietrowicz wprawia w konfuzję Raskolikowa) i niepostrzeżenie mknie dalej, czyli wstecz ku archaice gatunku, nie tylko powieści kryminalnej, ale i ku początkom romansu w ogóle, do Rabelais’go i dalej  do powieści greckiej. A im bardziej się w nią zagłębia, tym bardziej staje się nowoczesny. Trochę jak nasz Gombrowicz. Jednak. Zupełnie jakby chciał  spełnić życzenie Kundery ze „Zdradzonych testamentów”, za to na przekór arcynudnemu w tej materii Miłoszowi. Doprawdy nic dziwnego, że krytycy komentując Gaddę, jednym tchem przywołują wielkich XX-wiecznych powieściopisarzy z Jamesem Joycem na czele.

Ale przecież ambicją Gaddy nie było odnowienie powieści. Przeciwnie, marzył o napisaniu solidnej realistycznej cegły. Nie był też Gadda historykiem literatury i raczej nie kręciły go czcze stylizacje, mimo niebywałego rozgaddania. Zresztą, gdy przychodzi ostatecznie do rozwiązania zagadki kryminalnej, dyscyplinuje się, porzuca wielojęzyczne gaddulstwo i postępuje jak odpowiedzialny autor/narrator powieści kryminalnej i to taki, który wie, czym w literaturze był strumień świadomości, a czym monolog wewnętrzny, przykrawa według potrzeb frazę i dąży do maksymalnej precyzji. Toteż najciekawszy jest Gadda wtedy, gdy raz po raz sam się sobie wymyka, czmychając w rozmaite tradycje i porządki. Nie tylko dlatego, że jest nieobliczalny. Także dlatego, że ma również upodobanie do demaskacji. I to wcale nie przez to, że jawnie szydzi z Duce – w końcu robi to poniewczasie. Raczej przez to, że odsłaniając świat w kryzysie – może bezwiednie? – demaskuje również samego siebie, swoje własne i swoich bliźnich tajone pragnienia, natręctwa i uprzedzenia, które wyniosły Mussoliniego do władzy. Tak, Gadda ukrywa się za śledczym Ingravallo, wypuszcza go na niepewny grunt, na który sam chce, ale obawia się wejść.  Niby sam nie zapuszcza się w karnawałową historię, ale osobliwie ją podgląda, może jak Dostojewski, jakby sam po trosze był jej sprawcą. Bo maszyneria śledztwa odsłania świat, w którym żył, a który poniewczasie próbował zrozumieć.

Intuicja Gaddy rodzi się w dobie kryzysu powieści realistycznej, a zarazem w latach triumfu powieści kryminalnej. Co ważniejsze jednak, także podczas wielkiego kryzysu historycznego: w latach włoskiego faszyzmu, do którego sam początkowo przyłożył rękę, i następnie w latach II wojny światowej. I to ona już po wojnie popycha go do napisania powieści kryminalnej, której akcja rozgrywa się w roku 1927, a więc w latach triumfów Mussoliniego.

I kto wie, czy ta intuicja ostatecznie nie krystalizuje się w wyniku kryzysu osobistego. Gadda zasiadł do swojego „…pasztetu…” w 1946 roku, za namową redaktora, który oczekiwał komentarza do głośnej zbrodni. Miał wtedy 53 lata i sporo doświadczeń (udział w I wojnie światowej, wspomniany flirt z faszyzmem Mussoliniego, studia politechniczne i filozoficzne, dwuletnią wyprawę do Argentyny), które dyskontował w opowiadaniach, powieściach i esejach, także filozoficznych, w tym w uznanej za arcydzieło powieści „Poznawanie cierpienia” (1963, wyd. pol. 1980). Na dokończenie „…pasztetu…” potrzebował jednak aż dwunastu lat… i kilku przystawek. Z jednej strony był to napisany tymczasem scenariusz filmowy, osnuty wokół tej samej historii (odrzucony, ekranizacji gotowej już powieści podjął się w 1959 roku Pietro Germi), z drugiej – wysmażony pamflet na Mussoliniego i czasy faszyzmu („Eros i Priap”, 1967; pisarz, zmarły w 1973 roku, nie doczekał wydania nieocenzurowanej wersji). I dopiero w 1957 roku, gdy zebrała się duchowa masa krytyczna, „…pasztet…” ujrzał światło dzienne.

A więc Gadda swoją powieścią poniekąd powraca na miejsce zbrodni, której z jednej strony się wypiera, którą jednak – z drugiej – w geście podejrzanej rozkoszy chętnie wziąłby na siebie. I nawet rzecz nie w tym, choć to też smaczne, że Gadda insynuuje dobrze dziś już rozpoznaną postawę autora jako seryjnego mordercy. Kusi go chyba większa rozkosz i dreszczyk jeszcze większy. Bo w pospolitym przestępstwie na via Merulana chce znaleźć poszlakę zbrodni uniwersalnej, która wprawia świat w ruch i go odnawia, przestawia i porządkuje, która sprawia, jak u Szekspira, że czas wypada z zawiasów, a życie, świat zamienia się w powieść idioty, głośną, wrzaskliwą i nic nieznaczącą.

I właśnie ta głębinowa, ujawniana-skrywana identyfikacja z krytykowanym światem i z niszczycielskim, choć uniwersalistycznym dążeniem wydaje mi się u Gaddy najciekawsza, najbardziej intrygująca. Bo jakkolwiek trafne i ekscytujące są rozważania krytyków kojarzących intuicje pisarza z bliskim mu Leibnizem, z antyheglowskimi impulsami i dalej z rizomatyką Deleuze’a, to uwagę przykuwa ta właśnie strategia Gaddy. Bo nawet jeśli gaddatliwość służy zagaddywaniu, to właśnie ona osadza w realnym życiu, jakkolwiek na pozór od niego oddala. I ona jest najbardziej rewelatorska, skoro w znacznej mierze odsłania świat, który chciał zatrzymać czy zgoła zrekonstruować Duce.

Jakże przydałby się dzisiaj au(c)tor, śledczy, który by z równą pasją, choćby utajoną, dążył do identyfikacji ze sprawcą, w poszlakach i dowodach, ich układzie i związkach z mikro- i makrokosmosem odczytywałby ślady zbrodni większej, ukrytej za uniwersalistycznym roszczeniem, zbrodni strasznej, a zarazem niosącej dreszcz rozkoszy. Ale kogo musiałby dziś taki pisarz zabić, kogo następnie oskarżyć, by tym skuteczniej, choćby skrycie samemu się przyznać? Bo jak przypomina nieśmiertelny Roger Caillois, powieść kryminalna opowiada o tym, jak intelekt opuszcza świat, by oddać się swoim igraszkom, w które społeczeństwo wplata następnie swoje problemy.