Kolega koleżanki
Durst Britt & Mayhew w Leto, fot. M. Sadowski.

11 minut czytania

/ Sztuka

Kolega koleżanki

Karol Sienkiewicz

W miniony weekend do Warszawy przyjechały galerie prywatne z różnych stron świata. Goszczą je wybrane galerie z Warszawy. Wspólne pokazy składają się na projekt Friend of a Friend

Jeszcze 3 minuty czytania

Na chwilę w warszawskich galeriach zrobiło się międzynarodowo. Paryż, Berlin, Nowy Jork, Praga, Londyn, Zurych… W ramach inicjatywy Friend of a Friend (FOAF) osiem galerii z Warszawy przyjmuje u siebie galerie z Europy i Stanów Zjednoczonych, tworzą wspólne pokazy. Składają się więc na nie z jednej strony prace artystów, których nie mieliśmy jeszcze okazji zobaczyć w Polsce albo pojawiają się tu rzadko, z drugiej strony – dzieła dobrze nam znanych rodzimych twórców.

To model naśladujący imprezę Condo, która po raz pierwszy odbyła się w Londynie w 2016 roku, a potem rozszerzyła się na inne miasta: Nowy Jork, Meksyk, São Paulo. Latem planowana jest nawet edycja w Szanghaju. Polskie galerie też już w Condo uczestniczyły. Nad Wisłę podobną formułę postanowiły przenieść Galeria Wschód i Galeria Stereo, zapraszając do udziału swych polskich i zagranicznych kolegów.

Condo to rodzaj międzynarodowego spotkania galerii, które – przynajmniej w teorii – nie opiera się na właściwej targom sztuki konkurencji, lecz na współpracy i gościnności. Podkreśla to też nazwa warszawskiej imprezy. Wciąż jednak to targi są punktem odniesienia dla tego modelu – zwiedzanie targów zostaje zastąpione spacerem po galeriach, tak by doświadczanie sztuki było bardziej refleksyjne od przesuwania się między jednym i drugim stoiskiem.

xxx xxx xxxxGaleria Lucas Hirsch w galerii Dawid Radziszewski (na zdjęciu galerzyści i artyści Krzysztof Mężyk, Lucas Muller biorący udział w wystawie) 

Nietargi

Friend of a Friend
7-30 kwietnia 2018

Antoin Levy, Hunt Kastner w BWA Warszawa Chert Ludde i Jan Kaps w Fundacji Galerii Foksal
Durst Britt & Mayhew w Leto
Future, Lomex, Svit w Piktogramie
Lucas Hirsch w galerii Dawid Radziszewski
Bernhard i Ermes-Ermes w Rastrze
Crevecoeur, Reserve Ames w Stereo
Neue Alte Brucke, Union Pacific we Wschodzie 
Wiecej informacji: foaf.pl

Słyszeliśmy już to nie raz. Przy okazji wydarzeń organizowanych przez galerie prywatne często podkreśla się: „To nie są targi sztuki”. Twierdzili tak organizatorzy cyklu „willi” z warszawskiej Galerii Raster (Willa Warszawa, Reykavik, Tokio, Toronto). Michał Woliński z Piktogramu nazwał zaś tworzone przez siebie „nie-targi”, towarzyszące Warsaw Gallery Weekend, Not Fair. Ale jeśli Not Fair to nie targi sztuki, to co takiego odbywa się w Bazylei?

Targi sztuki rosną w siłę, a zarazem są coraz bardziej passé. Są mało dostępne, nastawione na konkretną grupę klientów, to model, który czyni sztukę ekskluzywnym towarem dla multimilionerów. Na najbardziej prestiżowe targi galeriom bardzo trudno się dostać, a udział w nich sporo kosztuje. Coraz częściej mówi się o usztywnieniu galeryjnej struktury. Władza i pieniądze skupiają się w rękach wąskiej grupy gwiazdorskich galerii. Galerie wchodzące na rynek i aspirujące mają mniejsze szanse na wybicie się, a ich działalność obarczona jest coraz większym ryzykiem. Stąd też poszukiwanie alternatywnych do targów modeli.

Dla polskiej publiczności targi to raczej półmityczne miejsce, do którego udają się polskie galerie z nadzieją zarobienia większych pieniędzy. Tymczasem FOAF to obok Not Fair impreza najbliższa międzynarodowym targom sztuki, z jaką mamy do czynienia w Warszawie.

Antoin Levy, Hunt Kastner w BWA Warszawa i Lucas Hirsch u Dawida Radziszewskiego, dzięki uprzejmości Friend of a Friend, fot. Mateusz Sadowski

Zaklinanie rzeczywistości

Słowa nie zawsze działają jak zaklęcia. Organizatorzy FOAF odwołują się do retoryki przyjaźni: Friend of a Friend, przyjaciel przyjaciółki, koleżanka kolegi. Ale to, z czym mamy do czynienia w galeriach w ramach tej imprezy, to nie wystawy, lecz pokazy prac, często w przypadkowych zestawieniach, czasami odległych od siebie o lata świetlne, czasami opartych na podobieństwach formalnych. Jak na targach właśnie.

Sprawa z przyjaciółmi wygląda tak, że tych prawdziwych można mieć najwyżej kilku. Reszta to znajomi, relacje o pewnym stopniu powierzchowności. No i, jak wiadomo, przyjaciół trzeba sobie bardzo starannie dobierać. Może dlatego FOAF to impreza elitarna, z około dwudziestu warszawskich galerii uczestniczących w jesiennym Warsaw Gallery Weekend, w FOAF bierze udział zaledwie osiem – jak same się określają – najlepszych.

Warto też podkreślić zasadniczą różnicę między Condo i FOAF. Gdy w Londynie czy Nowym Jorku to galerie biorą na siebie koszty imprezy (np. drogi transport dzieł), w Warszawie przedsięwzięcie sfinansowano z budżetu miasta, a organizację wziął na siebie Instytut Adama Mickiewicza, który zapłacił też za bilety gości – krytyków, kuratorów, a nawet kolekcjonerów. Przywieziono więc i dzieła sztuki, i publiczność. Odpowiedzialne za promocję kultury instytucje stworzyły nieco sztuczne wrażenie, że Warszawa to liczący się ośrodek na mapie świata sztuki. Polskich galerii może nawet nie byłoby na to stać, a galerie zagraniczne pewnie same z siebie nie byłyby aż tak bardzo zainteresowane wizytą w Warszawie. Dlatego zostały ugoszczone w szczególny sposób.

Chert Ludde i Jan Kaps w Fundacji Galerii Foksal i Future, Lomex, Svit w Piktogramie, dzięki uprzejmości Friend of a Friend, fot. Mateusz Sadowski

Z bieguna w kosmos

Nic więc dziwnego, że impreza okazała się atrakcyjniejsza dla samych galerzystów niż przeciętnych widzów. W weekend otwarcia widownia składała się raczej z przyjezdnych, gości zaproszonych przez IAM. W mniejszym stopniu zadbano o informacyjną stronę całego przedsięwzięcia z punktu widzenia lokalnej publiczności. W niektórych galeriach trudno nawet o podpisy do prac.

Ostatecznie o poziomie pokazów decydowało zaangażowanie galerii-gospodarzy. Gdy niektórzy galerzyści potraktowali wydarzenie jako projekt, który na chwilę wpuścili do swoich przestrzeni, inni postanowili pokazać artystów, którymi sami od dawna się interesowali, a nawet planowali zrobienie im wystaw. Galeria Leto wyłamała się nawet z obowiązujących na FOAF zasad i całą swoją przestrzeń przeznaczyła na projekt „Lift OFF, Land Ahoy” Sybrena Renemy (galeria Dürst Britt & Mayhew z Hagi), pokazywany w zeszłym roku w Pawilonie Antarktyki na Biennale w Wenecji.

Renema odnosi się do wyprawy Roberta Falcona Scotta statkiem „Discovery”. „Great God! This is an awful place”, słowa, które Scott zapisał w pamiętniku, gdy dotarł na biegun południowy i odkrył, że ubiegł go w tym Roald Amundsen, artysta przeniósł na neon. Kawałek drewna ze statku Discovery wysłał zaś na krótką wycieczkę w stratosferę. Historia sprzed ponad wieku nabiera tu uniwersalnego, współczesnego wymiaru. Czy ziemia widziana z kosmosu wydaje się równie okropna jak z bieguna?

Crevecoeur, Reserve Ames w Stereo i
Neue Alte Brucke, Union Pacific we Wschodzie,  dzięki uprzejmości Friend of a Friend, fot. Mateusz Sadowski 

Meblowanie

Ale wystawa Renemy to na FOAF wyjątek. Inne galerie raczej meblowały swoje przestrzenie pracami ze swoich magazynów i przywiezionych przez gości. Dosłownie umeblował prowadzoną przez siebie Galerię Wschód Piotr Drewko, nawiązując do tego, że mieści się ona w byłym mieszkaniu rzeźbiarza Mieczysława Lubelskiego. Mieliśmy tu więc małe fikuśne mebelki Bena Burgisa i Kseni Pedan (galeria Union Pacific z Londynu), w „kuchni” – rzeźbę z wnętrzności lodówki Mateusza Choróbskiego, a w „salonie” film Willa Benedicta z psami w roli głównej.

W większości galerii przewijały się zresztą asamblaże z przedmiotów znalezionych oraz rzeźby odnoszące się do przedmiotów codziennego użytku. Dałoby się nimi umeblować niejedno mieszkanie. Od efektownej rzeźby Briana Dario z rękawic roboczych używanych przez artystów (Reserve Ames z Los Angeles w Galerii Stereo), po telewizor i skrzynkę na listy Lukasa Müllera (galeria Lucas Hirsch z Düsseldorfu w Galerii Dawid Radziszewski).

Ale jedynie w Fundacji Galerii Foksal udało się to w jakiś sposób sproblematyzować, uporządkować, a z prac artystów reprezentowanych przez Fundację oraz goszczących u niej galerii Chertlüdde z Berlina i Jan Kaps z Kolonii stworzyć wystawę z prawdziwego zdarzenia. Świetnie korespondowały ze sobą rzeźby goryli Pawła Althamera, które stworzył wspólnie z synem Kosmą, mistycyzujące rzeźby Jean-Marie Appiou i intymne prace Petrita Halilaja, moim zdaniem – najciekawszego artysty na całej imprezie.

Ogłoszenie decyzji tttrrLaureaci nagrody Towarzystwa Przyjaciół MSN z organizatorami FoaF, ogłoszenie decyzji

No more tears

Wisienką na torcie dla zaproszonych galerii był rodzaj nagrody – zakup jednej z prac pokazywanych na FOAF przez Towarzystwo Przyjaciół Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie do kolekcji muzeum. Sama idea takiej „nagrody” naśladuje na przykład komisje zakupowe Tate na targach Frieze. Wątpliwości budzi jednak pomysł wybierania prac do kolekcji muzeum z tak wąskiej oferty, do tego w ramach imprezy, które odbywa się po raz pierwszy. Wybór kuratorów z MSN-u padł na niewielkie obrazy Seana Mullinsa i obiekty Davida Flaughera (galeria Lomex z Nowego Jorku goszcząca w Piktogramie).

Witek Orski, “No more tears”, 2018, dzięki uprzejmości BWA WarszawaWitek Orski, „No more tears”, 2018, dzięki uprzejmości BWA Warszawa

Pracą, która mogłaby opisywać FOAF, jest jednak fotografia Witka Orskiego z galerii BWA Warszawa. Przedstawia zbliżenie butelki szamponu. „No more tears” padała obietnica producenta z naklejki na opakowaniu, znana z reklam telewizyjnych z lat 90. Szampon miał nie szczypać w oczy. Hasło wpisywało się w nadzieje związane z nastaniem kapitalizmu, które charakteryzowało Polskę w tamtych czasach. Ale dziś mógłby to być slogan całej imprezy. Kryje się za nią jakaś niewypowiedzana jeszcze głośno nadzieja.

FOAF zaklina rzeczywistość. W Warszawie, która w przeciwieństwie do Londynu czy Szanghaju nie ma prawdziwych targów sztuki, FOAF pojawia się w pewnej próżni – jest alternatywą dla czegoś, czego tu jeszcze nie ma.

Z perspektywy warszawskich galerzystów FOAF było przedsięwzięciem jak najbardziej udanym. Pokazali się w międzynarodowym gronie, a lokalnie – wskazali na siebie jako pierwszoplanowych graczy, galerie pierwszej prędkości. Jeśli jednak chcą zapoznawać warszawiaków z międzynarodową sztuką za publiczne pieniądze, muszą się bardziej postarać i zadbać o lokalną publiczność. Na razie wydają się zapominać, czym jest wystawa i że sztuka nie musi się rządzić formatem stoiska targowego. FOAF okazał się imprezą hermetyczną, na której galerzyści bawili się w wąskim gronie swoich kolegów.