Dekameron po golonce

Monika Ochędowska

„Sonnenberg” Vargi to obfity, budapeszteński posiłek. Pörkölt z narodowych flaków ugotowany wedle sprawdzonego w węgierskiej trylogii przepisu. Podany w nowej powieściowej formie, wciąż ciepły i nawet smaczny, ale odgrzewany

Dekameron po golonce

Jeszcze 2 minuty czytania

Dekameron po golonce

Wielbiciele węgierskiej trylogii Krzysztofa Vargi, którzy w ciągu ostatnich dwóch lat zdążyli zatęsknić, będą zadowoleni. Składane po „Langoszu w jurcie” deklaracje o finiszu literackich peregrynacji w okolice Dunaju okazały się najwyraźniej przedwczesne. Oto dostajemy od wytrawnego (i gorzkiego momentami) hungarysty powieść „Sonnenberg”, równie mocno jak poprzednie książki przesiąkniętą smogiem węgierskiej nostalgii. Powieść, która – powiedzmy to sobie od razu – wcale nie udaje, że będzie olśniewać fabularną atrakcją. By pokusić się o podróżniczo-kulinarne porównania bliskie autorowi: to budapeszteński slow-trip Markiza de Sade wzdętego kapustą po szeklersku.

Na tę kłopotliwą dolegliwość powołuję się z rozmysłem, bo narzucony książce powieściowy gorsecik nabrzmiewa i wprost rozłazi się pod naporem tłustej, dygresyjnej materii. Nieprzypadkowo – w końcu András, bohater Vargi, jako badacz literatury niemieckojęzycznej, głównie austriackiej, zawodowo czyta Hermanna Brocha, Roberta Musila i Heimito von Doderera. Jak w „Człowieku bez właściwości” przyglądaliśmy się procesowi tworzenia „Człowieka…”, tak „Sonnenberg” jest w dużej mierze o konstruowaniu „Sonnenberg”, którego bohater sam sobie udziela redaktorskich wskazówek, karcąc się przy tym za wybraną dla tekstu formułę („trzeba było wcześniej uporządkować narrację, urealnić fabułę, spowolnić akcję, ze strumienia świadomości wyciosać poważną realistyczną opowieść”).

Krzysztof Varga, „Sonnenberg”. Czarne, 480 stron, w księgarniach od kwietnia 2018

Varga – wzorem Austriaków – nie tyle zresztą spowalnia, ile pozornie podejmuje akcję, która ostatecznie albo nie rozwija się wcale, albo rozwija tylko w krótkich, wyizolowanych fragmentach. Jak u Musila, to seks – sygnalizowany już w pierwszym zdaniu książki – jest czynnikiem najczęściej popychającym „Sonnenberg” w kierunku normalnej powieści. Choć jest to seks zawsze „opowiadany”, a więc niepozbawiony autotematycznych skłonności.  

Po seksie zawsze czułem bezbrzeżny smutek. Spełnienie w pewnym sensie nieodmiennie oznaczało rozpacz i nie chodziło wcale o to, z kim do zbliżenia doszło. (…) Po stosunku seksualnym, gdy opadało mi wszystko, z napięciem włącznie, czując oczywiście ulgę, poniekąd radość oraz tę rozkoszną słabość i bezbronność, jednocześnie odczuwałem niepojęty żal, że to się stało, że już po wszystkim i właściwie co mam teraz zrobić? Jak wybrnąć z tej sytuacji, zamaskować swój wstyd? Bo przecież wolałem wyobrażać sobie, fantazjować, niż fantazje realizować i wyobrażenia wprowadzać w życie. Fantazje dawały mi pozór bezpieczeństwa, dobrostan perwersji pozbawionej odium grzechu. Dlatego też najchętniej robiłem to nie w swoim mieszkaniu na Naphegy, tylko w mieszkaniach kobiet, szczególnie w mieszkaniu Ágnes.

Miłosne schadzki z atrakcyjną mężatką i kumpelskie wypady na szprycera stają się punktem wyjścia do dyskusji i dygresji dotyczących węgierskiej polityki (często aktualnej, jak antyrządowe protesty z 2006 roku), architektury, historii (również rodzinnej) czy obyczajowości. Jest tu na przykład piękne studium kobiecych zapachów, węgierskiej pornografii i prasowych ilustracji oraz historyjek obrazkowych. Wszczepienie dygresyjnej narracji w tkankę miasta jest tyle logiczne i literacko atrakcyjne, ile stereotypowe. Naturalnie Varga zdaje sobie z tego sprawę. Epizodyczny, przesiąknięty charakterystyczną melancholią i ironią „Sonnenberg” koresponduje ze wszystkimi „niebywale osobistymi” lekturami Andrása, traktującymi – jak zresztą nieprzypadkowo podpowiada sam narrator – „o upadku kultury i cywilizacji”.

Jakkolwiek centralną pozycję w powieści Vargi zajmują miłosne awantury i przypadki Andrása, to kluczową dla niej postacią jest prowokacyjnie staroświecki patologiczny esteta, wydawca Trakla i Rilkego oraz „esejów o naturze dość enigmatycznej” – Laci. „Kobieciarz, uwodziciel, kolekcjoner burzliwych i zaskakujących romansów” z „fenomenalnymi” pianistkami i śpiewaczkami, rzadziej – gimnastyczkami. Jego słabość do dawnej literatury oraz sypiania z młodymi kobietami, zaliczana u  Vargi do „kanonu zachowań każdego starzejącego się mężczyzny o konserwatywnym poglądzie”, bliska jest bohaterowi „Uległości” Houellebecqa, profesorowi paryskiego uniwersytetu, François. Przejawiający się w czynnościach seksualnych „odpór dawany politycznej poprawności i lewicowej narracji”, traktowany jest w „Sonnenberg” co najmniej pobłażliwie. Tymczasem ślinę kapiącą na podłogę w najbardziej kuriozalnych scenach powieści, gdy kobiety – całkiem serio – złoszczą się tylko po to, by pięknięć, a następnie z powodu wzburzenia kajać się i peszyć, trzeba po uczestnikach tego „ruchu oporu” zmywać mopem. Legendarna słabość, którą do Laciego zdradzają nawet (sic!) lewicujące teatrolożki i zadeklarowane bojowniczki ruchów kobiecych usprawiedliwiać ma jego kłopotliwy wizerunek „patriarchalnego samca o konserwatywnych poglądach”.

Houellebecqa i Vargę łączy także przeświadczenie o kruchości i rychłym końcu zachodnioeuropejskiego modelu kultury. Laci jako wydawca widzi siebie w roli pastora prowincjonalnego miasteczka, ratującego przed wiecznym potępieniem (czytaj: kontaktem z bylejakością oraz produktami pseudopowieściowymi) bezbronne, nieotrzaskane z kulturą węgierskie duszyczki.

Mam pretensje do tych wszystkich, których powinnością jest bronić kultury i cywilizacji przed tandetą, a którzy otworzyli na oścież bramy zamku i wpuścili najeźdźców, rozwijając na dodatek przed ich utytłanymi w błocie i gnoju butami czerwone dywany. Mam pretensje do tych, którzy nazywali siebie orędownikami dobrej literatury, a płaszczyli się przed producentami pulpy, paździerza i trocin, tłumacząc, że nie wolno pogardzać gustami ludu. Lud bowiem ma swoje gusta i potrzeby, które należy zrozumieć i uszanować, a jeśli lud czyta jakiekolwiek książki, to należy go pochwalić, że w ogóle cokolwiek czyta, przecież lepsze jest byle co niż nic. A ja myślę, że lepsze jest nic niż byle co.

Nasze geny, a więc i dyspozycje smakowe, sytuują nas bliżej Debreczyna niż, dajmy na to, San Gimignano – pisał niedawno w „Tygodniku Powszechnym” Paweł Bravo. Węgrzy Vargi (którzy prawdopodobnie, jak punktował w recenzji „Langosza” Dariusz Nowacki, poza jego esejami raczej nie występują) tego zdania najwyraźniej nie podzielają. Symbolem miernoty jest dla budapeszteńczyków (czujących względem Europy pewną jednak odrębność) wszystko co słowiańskie. Zresztą przecież cała nudna Mitteleuropa to zaledwie dalekie peryferia kultury niemieckiej. „To, co teraz budujemy – wyzłośliwia się jeden z bohaterów – wygląda „jakbyśmy stali się nagle jakimiś rozprężonymi umysłowo Słowianami, którzy w swoim nierozgarniętym poczuciu wolności klecą byle co, byle jak i byle gdzie”. Już sam porządek tej prozy ma dać odpór „słowiańskiemu bezhołowiu”, znienawidzonej dostojewszczyźnie, „wschodniemu ględzeniu i mamieniu”.

Krytyka Słowiańszczyzny miesza się w „Sonnenberg” z nostalgią za czasami, gdy „reklama potrafiła rozbudzić tęsknotę i do tego wmówić, że ta tęsknota jest możliwa do ukojenia”. Gdy András odkrywa, że seks jest dla niego ziszczeniem pragnień rozbudzonych przez telewizyjne reklamy przed ćwierćwieczem, znów blisko mu do bohaterów Houellebecqa, którzy w erotyce widzieli ostatni mit Zachodu.

„Sonnenberg” to obfity, budapeszteński posiłek. Pörkölt z narodowych flaków ugotowany wedle sprawdzonego w węgierskiej trylogii przepisu. Podany w nowej powieściowej formie, wciąż ciepły i nawet  – poza momentami powodującymi chorobliwy ślinotok – smaczny, ale odgrzewany. Varga przeżuwa i trawi dobrze już znane i opisane kompleksy wschodnioeuropejskiej inteligencji. Na przykład ten o „Nowej Europie”. To charakterystyczne określenie, jak przypomina Agata Pyzik w wydanych właśnie po polsku „Biednych, ale sexy”, węgierskie linie lotnicze wykorzystywały w sloganie reklamowym „Wizz off to New Europe” („Odfruń do Nowej Europy”). Tymczasem, ubolewa Varga, nasz region nadal nie ma żadnego ożywczego pomysłu na siebie. „Światło w Europie Środkowej, wiecznie przybrudzone jak niedomyta szyba, jak niewyprana od lat firanka, (…) skażone, zmęczone (…), stara się mieszkańca tego przeklętego kawałka kontynentu wcisnąć w ziemię, przygnieść, a potem ładuje się na plecy i żąda, by je dźwigać na barana”. W „Sonnenberg” widać natomiast bardzo wyraźnie, że duch nieudanego eksperymentu Habsburgów nawiedza nie tylko – jak pisze Ivan Krastew – umysły, ale i obżarte ciała Europejczyków.