Antyhaiku

6 minut czytania

/ Film

Antyhaiku

Bartosz Żurawiecki

„Wyspę psów” można uznać za starcie między  japońskimi i amerykańskimi wartościami. Zwycięzca jest oczywisty od samego początku – wiadomo wszak, skąd pochodzą twórcy, a przede wszystkim, kto dał pieniądze na produkcję

Jeszcze 2 minuty czytania

Nowa animacja Wesa Andersona cała zanurzona (wręcz unurzana) jest w Japonii. Tam się rozgrywa lekko futurystyczna akcja, tamtejszym językiem mówi większość ludzkich postaci (co w zabawny sposób bywa tłumaczone na angielski), toposy i artefakty tamtejszej kultury wypełniają niemal każdy centymetr taśmy filmowej. Dwukrotnie pojawia się też haiku, które stworzył 12-letni Atari poszukujący swego psa, zesłanego na Wyspę Śmierci. Ale film Andersona jest wszystkim, tylko nie haiku. To istna popkulturowa karuzela o japońskim sztafażu. Kręci się bez zgrzytów, jest na swój sposób imponująca – choćby ze względu na bogactwo szczegółów i precyzję napędzających ją mechanizmów, lecz zarazem sprawia przyjemność tylko przez chwilę. Potem głównie nuży.

Myślę, że dla twórczości Andersona warto wskrzesić nieco już archaiczne hasło „sztuki dla sztuki”, zwłaszcza że – przypominam – jego poprzedni film, „Grand Budapest Hotel” utrzymany był w, cokolwiek nonszalancko potraktowanych, klimatach europejskiego modernizmu. Szkopuł (lub, jak kto woli, cymes) w tym, że Anderson nie toczy żadnych wojen estetycznych, tak jak to robili moderniści. On jest postpostmodernistą. Po prostu rzeźbi swoje kino z entuzjazmem nastolatka i pracowitością rzemieślnika, bez naddatku w postaci jakichkolwiek wzniosłych idei. Nie inaczej rzecz wygląda w przypadku „Wyspy psów”, gdzie geniusz amerykańskiego geeka zderza się z kaligrafią dalekowschodnich mistrzów. Komiksowa dezynwoltura Nowego Świata z tradycją świata bardzo starego. Owszem, taka mieszanina działa ożywczo, nawet jeśli w zglobalizowanej kulturze nie jest ani nowością, ani ewenementem. W efekcie jednak budzi w widzu tęsknotę za czystością stylu. Za prostotą, zwięzłością i wieloznacznością haiku. Bo czy Anderson musi tyle gadać, by nie powiedzieć niczego?

Akcja „Wyspy psów” rozgrywa się w Japonii niedalekiej przyszłości, gdzie przedstawiciel rządzącego od wieków rodu Kobayashi, z powodu odziedziczonej po przodkach antypatii, postanawia skazać na zagładę wszystkie psy. Najpierw więc przez swych agentów rozprzestrzenia wśród czworonogów wirusy groźnych chorób, a potem – niby w imię bezpieczeństwa i porządku publicznego – deportuje sobaki na bezludną wyspę. Tam czeka je nieuchronna śmierć, ale w pewnym momencie pojawia się ów mały człowiek o imieniu Atari i zagrzewa czeredę do boju o swoje prawa. W gruncie rzeczy film nie wystawia psom zbyt pozytywnego świadectwa, pokazując je jako stworzenia aż nazbyt posłuszne i przywiązane do rodu ludzkiego, w dodatku łatwo dające się kupić i podporządkować, czego najlepszym przykładem Szef, mówiący głosem Bryana Cranstona – najpierw bestia dzika i nieufna, potem najwierniejszy strażnik i sługa Atariego.

Zwolennicy posthumanizmu nie będą więc z „Wyspy psów” zadowoleni, ale też intelektualnie filmy Andersona nigdy nie ważyły zbyt wiele. Lekkość nie jest zresztą niczym zdrożnym, wręcz przeciwnie, zwłaszcza że amerykański twórca potrafi być błyskotliwie inteligentny i dowcipny, także w warstwie muzycznej. Tym razem ucho cieszy przerobiony na japońską modłę „Porucznik Kiże” Sergiusza Prokofiewa. Te i inne perełki gubią się jednak w ogólnej masie fajności, jaka wypełnia film.

„Wyspa psów”, reż. Wes Anderson„Wyspa psów”, reż. Wes Anderson. USA-Niemcy 2017, w kinach od 20 kwietnia 2018Scenariusz Anderson napisał wraz z trzema kumplami – Romanem Coppolą, Jasonem Schwartzmanem i Kunichi Nomurą. Zdaje się, że każdy dorzucił garść własnych zajebistych pomysłów, toteż akcja nie ustaje ani na chwilę – jakby tytułowe psy cierpiały na grypę nie psią, lecz żołądkową. Obrazy zmieniają się kalejdoskopowo, a dialogi brzmią niczym przekomarzania wygadanych i przemądrzałych nastolatków. Anderson nigdy zresztą nie ukrywał, że jego świat jest par excellence chłopięcy. Niemal w każdym filmie swym alter ego czyni jakiegoś zakwitającego młodzieńca; tutaj jest to wręcz dziecko, Atari, który zafiksował się na wieku 12 lat, w epilogu zaś – wbrew wszelkiej logice i zasadom dorosłego świata – przejmuje władzę nad metropolis (może w następnej kolejności Anderson powinien wziąć na warsztat „Króla Maciusia Pierwszego” Korczaka?). Jego towarzyszką stanie się rebeliancka panna z fryzurą afro, a jeszcze inny podrostek, haker o czarcim spojrzeniu spod oldskulowych okularów, pomoże Atariemu rozwalić system kilkoma kliknięciami myszki. „Wyspa psów” wpisuje się więc w wizję anarchistycznej młodzieńczej rewolucji, która zmiecie z powierzchni kurczowo trzymających się władzy cynicznych staruchów. Jeśli chcą przetrwać, to niech biorą przykład ze starych, wiernych psów, które są posłuszne rozkazom małolata. Zważywszy na to, jak wysoko w Japonii ceni się starość, a w Stanach Zjednoczonych młodość, „Wyspę psów” można uznać za starcie między wartościami japońskimi i amerykańskimi. Starcie, w którym zwycięzca jest oczywisty od samego początku – wiadomo wszak, skąd pochodzą twórcy, a przede wszystkim, kto dał na produkcję pieniądze.

Czyżby więc film Andersona stanowił przykład kolonizacji kulturowej? Obawiam się, że trochę tak, choć należy o to zapytać Japończyków, jeśli się samemu nie chce wyjść na białego mądralę, który zawsze decyduje za innych. Niewątpliwie jednak żwawa chłopięca fascynacja samurajami, kamikadze, mangą i technologicznymi nowalijkami rodem z Nipponu nie wykracza w „Wyspie psów” poza onanistyczną radochę.