Powstanki w pełnym makijażu
fot. B. Górka

11 minut czytania

/ Sztuka

Powstanki w pełnym makijażu

Karol Sienkiewicz

Znany wcześniej z performerskiego duetu Polen Performance Mikołaj Sobczak powraca jako malarz i piewca kultury drag. Jego najnowszą  wystawę można uznać za malarski debiut z prawdziwego zdarzenia

Jeszcze 3 minuty czytania

Wojenne fronty dawno już przeszły. Powstania upadły. Na miejsce starej władzy pojawiła się nowa. A drag queen uciekły do lasu. Nie składają broni. Na strojne sukienki narzuciły mundury. Na perukach noszą rogatywki. W leśnych kryjówkach, całymi rodzinami gotowe są stawić zbrojny opór wrogowi. Nawet tu nie zapominają o makijażu. Podczas leśnych egzekucji, w pełnym dragu zachowują anielski spokój. I nawet po latach, na trupich wykopkach, wciąż prezentują swe kolorowe twarze, rozwiane peruki i długie paznokcie.

Taką wizję alternatywnej historii snuje Mikołaj Sobczak, którego obrazy i rysunki pokazuje warszawski Polana Institute. W pomieszczeniach byłego salonu ślubnego rozgościły się drag partyzantki. Sobczak maluje je na obrazach w kształcie tond. To nie Botticelli, drag queen z jego obrazów przypominają raczej komiksowych bohaterów Roberta Crumba. Wielokolorowe płótna pełne są detali. Sobczak jako malarz ma trudne zadanie – tworzy karykaturę postaci, które z definicji są już przerysowane. Do tego w podwójnym przebraniu.

Znany wcześniej z performerskiego duetu Polen Performance Mikołaj Sobczak powraca jako malarz i piewca kultury drag. Jego prace z nowych cykli pojawiały się już na kilku zbiorowych wystawach, ale dopiero jego najnowszą indywidualną wystawę, „Drag niezłomne”, można uznać za malarski debiut z prawdziwego zdarzenia.

Partyzancka realness

Mikołaj Sobczak, „Drag Niezłomne”

Polana Institute, Warszawa, do 27 kwietnia 2018

Za sprawą starych rekwizytów wypożyczonych z teatru wystawa zamienia się w rodzaj buduaru. To wszystko spektakl – zdają się mówić. Na zdobnym stole z tac i pater wysypują się sztuczne owoce. Na ścianach obok obrazów zawisły ogromne wachlarze, grające kiedyś w „Madame Butterfly”. Wszak to w teatrze, od Szekspira po japońskie kabuki, mężczyźni grali rolę kobiet. Wtedy jednak nie było jeszcze mowy o genderze.

W dzisiejszym odcinku „the category is”: partyzancka realness. Tyle że nie na wybiegu, lecz na wielokolorowych płótnach i delikatniejszych akwarelach na papierze, technice, w której Sobczak zdecydowanie czuje się lepiej.

Widoki wystawy, fot. B. Górka, dzięki uprzejmości Polana Institute

Czego tu nie ma! Każdy obraz, każdy rysunek opisuje jakąś historię, której tylko częściowo możemy się domyślać: Na leśnej polanie zatrzymała się partyzancko-queerowa święta rodzina. Dwójka drag dzieci ssie mleko drag matki z tęczową maską na twarzy. Na barykadzie drag queen demaskuje faszystę w patriotycznym przebraniu. Wypięte pupy świecą latarkami spomiędzy ściśniętych pośladków. Tylko jednej z drag queen jakiś wewnętrzny sabotażysta każe wziąć spluwę w usta.

Jeśli przyjrzeć się obrazom i rysunkom bliżej, rozwinie się przed nami cały wachlarz współczesnych odniesień. Sobczak raz sięga po Biuletyn IPN, raz po zdjęcie z Instagrama jednej z drag queen, raz – po dokumentację własnych drag performansów. Niecodzienna uczta, sushi rozłożone na szkielecie, to z kolei parodia performansu Mariny Abramović.

Niektóre z bohaterek możemy nawet rozpoznać – to warszawskie gwiazdy Kim Lee, Charlotte, Uel. Popełniająca samobójstwo drag queen, którą Sobczak uchwycił tuż przed momentem naciśnięcia spustu, ma drugą, białą głowę – fani „RuPaul’s Drag Race” rozpoznają w niej Ornacię, którą w szóstym sezonie nosiła Vivacious, jedna z nowojorskich club kids z lat 90.

Pożegnanie z bronią

Historie niezłomnych drag queen przypominają wyklętych żołnierzy. Słowo „wyklęte” robi dziś karierę. Wyklęte może być wszystko, co dzięki nowej władzy staje się częścią mainstreamu, pisanej na nowo historii (także historii sztuki, mamy przecież artystów wyklętych). Wyklęte, niezłomne drag queen z obrazów Sobczaka to oczywiście kpina z obecnej polityki historycznej, która nie tylko nie pozwala na obiektywną ocenę nowych bohaterów narodowych, ale też militaryzuje naszą zbiorową pamięć. Jedyny bohater to ten z karabinem w ręku. Nie ma lepszego narzędzia niż drag, by tę muskularno-partyzancką męskość i militarny kult poddać krytyce.

Bo jako partyzantki drag queen nie są przekonywające. Celowo. Chociaż im też grozi śmierć i mogą wylądować w bezimiennym grobie, ich bronią nie są karabiny. To raczej sztuczne rzęsy i obcasy, którymi grają na nosie stereotypom męskości. I kobiecości.

Drag queen u Sobczaka wypalą co najwyżej z kapiszona. Nawet w gablotach obok jego rysunków znalazły się teatralne atrapy pistoletów. To wszystko jest na niby, mówią nam teatralne dekoracje. Drag queen w przebraniu partyzantek trafiają do leśnych kryjówek, ale sam las jest trochę z komiksu, trochę z Disneya.

Widok wystawy, for. B. Górka, dzięki uprzejmości Polana InstituteWidok wystawy, for. B. Górka, dzięki uprzejmości Polana Institute

Drag powstańcy

Czy drag queen walczyły w powstaniu? Chociaż wiemy, że nie, możemy to sobie wyobrazić. Ale wiemy przecież, że to drag queen staranowały wejście do nowojorskiego baru Stonewall Inn, gdy zabarykadowała się tam policja. To one były na pierwszym froncie zamieszek, które uznaje się za początek współczesnego ruchu LGBTQ. Stonewall to legenda, jesteśmy dziś beneficjentami tamtych wydarzeń, chociaż działo się to w 1969 roku.

Ówczesne nowojorskie prawo wymagało, by każda osoba miała na sobie przynajmniej trzy sztuki garderoby przypisane do swojej płci. Drag queen i transwestyci ze Stonewall były regularnie aresztowane przez policję. Do czasu, aż zdecydowały się oddać cios.

Militarne przebrania z prac Sobczaka to nie tylko karykatura militarnej męskości. Partyzanckie kostiumy to też rodzaj hołdu dla drag i trans bohaterek ruchu LGBTQ, często z tej historii wygumkowywanych.

Do takiej historii odnosił się film Sobczaka „STAR”, który Polana Institute pokazywał jesienią na zbiorowej wystawie w warszawskim Muzeum Geologicznym („queerowanie historii naturalnej”), a w którym wystąpiły polskie drag gwiazdy: Kim Lee, Aldona Relax i Lucy d’Arc. Film ironizował z ruchów walki o „prawa mężczyzn” i tzw. kryzysu męskości. „Proszę państwa, teraz mamy kryzys”, ogłasza Kim Lee. Biali heteroseksualni mężczyźni przechodzą do defensywy i zbroją się w muskuły i race, by zatrzymać inwazję obcych. Nadchodzi zlodowacenie.

W swym filmie Sobczak przywoływał queerowe bohaterki, Sylvię Rivierę i Marshę P. Johnson, założycielki STAR (Street Transvestites Action Revolutionaries).

fot. B. Gorka, dzięki uprzejmości Polana Institutefot. B. Gorka, dzięki uprzejmości Polana Institute

Transrewolucjoniści

Uczestniczka zamieszek w Stonewall, drag queen Marsha P. Johnson, współtworzyła Gay Liberation Front oraz brała udział w Christopher Street Liberation Pride w pierwszą rocznicę wydarzeń w Stonewall. Szybko usłyszała jednak, że nie ma dla niej miejsca na paradach. Wspólnie z Sylvią Rivierą otworzyły dom dla bezdomnych gejów, trans i innych dzieci ulicy. Na jego utrzymanie zarabiały, prostytuując się.

Jeśli przyjrzymy się rysunkowi Sobczaka, na którym drag queen przemawia przed tłumem w pozie Lenina na wiecu, w tym politycznym lip-syncu dostrzeżemy Sylvię Rivierę, której podczas parady w 1973 roku udało się dostać na scenę i wykrzyczeć w stronę białych gejów z klasy średniej – my też walczymy o nasze i wasze prawa. Wtedy ją wybuczano. Jej przyjaciółka Marsha została zamordowana na początku lat 90., jej śmierci nigdy nie wyjaśniono; a Sylvia wylądowała na ulicy.

Film „STAR” Sobczaka można odczytać dwojako. Z jednej strony wyśmiewa fantazję o homogenicznym społeczeństwie, podkreśla realną groźbę wprowadzania tych fantazji w życie, ale to też prztyczek w nos gejów przebranych w wyobrażenia o męskości, w nieustającej pogoni za „straight acting”. Bo przecież „rodzimy się nadzy, reszta to drag”, jak powtarza RuPaul.

Sashay! Shantay!

Tymczasem kultura drag od kilku lat przeżywa swój renesans, w Stanach za sprawą reality tv drag wszedł do mainstreamu popkultury. To wszystko dzięki popularności „RuPaul’a Drag Race”, programu, w którym w szranki o tytuł nowej drag supergwiazdy Ameryki stają drag queen, oceniane surowym, ale empatycznym okiem samego RuPaula. Najsłynniejsza amerykańska drag queen, uhonorowana gwiazdą na hollywoodzkim bulwarze, poszukuje takich cech jak: „charisma, uniqueness, nerve and talent”, w skrócie C.U.N.T. Najpopularniejsze bohaterki programu, jak Bianca del Rio, Alaska Thunderfuck, Trixie Mattel, Katya czy Jinkx Monsoon, stały się niemal celebrytkami. Ale pojawiła się też nowa publiczność, która kulturę drag zna tylko z telewizji.

Tymczasem, co sam RuPaul nie raz przypomina, cały ten drag splendor ma dług wdzięczności wobec swych poprzedników. Nie tylko takich gwiazd jak Sylvester śpiewający „You Make Me Feel” czy awangardowy filmowiec John Waters, ale też zastępom drag queen, tych z klubów, z ulicy, ze Stonewall. Dlatego widzowie „Drag Race”, muszą obowiązkowo obejrzeć też „Paris is burning”. Edukacja, głupcze! Choćby na Netfliksie.

W Polsce drag to wciąż jednak kultura – jak u Sobczaka – nieco partyzancka. Polskim drag queen daleko może do splendoru amerykańskich koleżanek z telewizora, pieniądze zarabiane w klubach i na imprezach też są nie te. Ale to łamiący stereotypy drag jest na pierwszym froncie genderowej batalii.

fot. G. Bórka, dzięki uprzejmości Polana Institutefot. G. Bórka, dzięki uprzejmości Polana Institute

Seksplozja

Mogłem się o tym przekonać w ostatni sobotni wieczór, oglądając w warszawskim barze Studio „Queer Explosion”, queerową odpowiedź na „Pożar w burdelu”. Gdy Sobczak bierze na warsztat politykę historyczną, twórcy „Queer Explosion” bawią się polityką prokreacyjną w imperium rządzonym przez Jego Impotencję, połączenie Klausa Nomi i Chaplinowskiego dyktatora (w tej roli Twoja Stara). Z nieodzownym rozkładanym stołkiem, którym nadrabia niski wzrost, Jego Impotencja marzy o społeczeństwie identycznych szarych obywateli. Ale nie dziś, szatanie! Jego plany krzyżuje bowiem komedia pomyłek.

Nieco czerstwe żarty z pierwszej części spektaklu, ubarwione jedynie świetną burleską farmaceutki o ambicjach niespełnionej striptizerki (Lola Noir), w drugiej części przyćmiewa tytułowa eksplozja, a dokładnie – seksplozja. W pełni ujawnia się talent Uel w roli dziennikarki, a na widok tarzana na obcasach, który rodzi się w wyniku nieudanego eksperymentu genetycznego, publiczności cieknie ślinka. O Mario Curie-Skłodowska!

W końcowej scenie niczym deus ex machina pojawia się Jezus-Dionizos w rozwianym perizonium z przezroczystej folii, by wszyscy w happy endzie mogli zaśpiewać za Majką Jeżowską „Wszystkie dzieci nasze są” przy powiewających flagach: tęczowej i trans.

Przy bogactwie „RuPaul’s Drag Race”, a nawet galeryjno-teatralnym sznycie wystawy Sobczaka, „Queer Explosion” jest jak powrót do korzeni. To coś między jasełkami i amatorskim musicalem; ciało-pozytywny (nikomu nie przeszkadzają tu „back rolls”), queerowy, inkluzywny spektakl. Nawet jeśli brak mu eleganzy, z nawiązką nadrabia extravaganzą. Niezbędną do życia w czasach, w których naprawdę jesteśmy zmęczeni rzeczywistością.