Pan Samochodzik i porno
Shareheads CC BY 2.0

20 minut czytania

/ Literatura

Pan Samochodzik i porno

Ewa Stusińska

Pornograficzna trylogia Zbigniewa Nienackiego, autora cyklu powieści o Panu Samochodziku, okazuje się pulpowym wglądem w mentalność mizogina. Przy grafomanii Nienackiego nie trzeba szukać ukrytych znaczeń. Autor obnaża się sam

Jeszcze 5 minut czytania

Gdy jako dziecko trafiłam w szkolnej bibliotece na „Niesamowity dwór” Zbigniewa Nienackiego, a potem pożerałam kolejne części Pana Samochodzika, nie miałam pojęcia, czym jest ORMO (do którego należeli i pan Zbigniew, i pan Tomasz), porno czy PRON (któremu Nienacki udzielił poparcia w 1982 roku), nie rozumiałam słowa „konformizm”, a „pryszczaty” było określeniem osobnika zmagającego się z trądzikiem. Liczyła się przygoda, przyroda, zagadka i intelekt, który – pomimo wątłej siły fizycznej – mógł wyprowadzić z niejednej opresji. Dla dzieciaków takich jak ja, które książki przygodowe najczęściej pochłaniały podczas choroby, to była rzecz bezcenna.

Kolejne Samochodziki zlały mi się z pewnymi wakacjami nad jeziorem Narty i do dziś zajmują nienaruszalne miejsce wśród wspomnień z dzieciństwa. Chociaż – muszę wyznać – już jako nastolatka przestałam podkochiwać się w panu Tomaszu. Jego staroświeckie, konserwatywne poglądy na kobiety kłóciły się z moim gustem (w „Panu Samochodziku i złotej rękawicy” nie podobają mu się dziewczyny w spodniach, zwłaszcza w „szwedach”, bo lubi, gdy kobieta chodzi w sukienkach i spódnicach; w „Panu Samochodziku i tajemnicy tajemnic” Helenka Dohnalowa zauważa, że pan Tomasz jest przeciwnikiem równouprawnienia kobiet), jednak winę zwalałam na różnicę wieku.

Kilka lat później jako studentka literaturoznawstwa uświadomiłam sobie, że gdyby powstawała kolejna część „Zniewolonego umysłu” Miłosza, Nienacki byłby epsilonem („libertynem”). Jego związek z władzą komunistyczną można by było wytłumaczyć mieszanką braku wykształcenia (nie ukończył szkoły średniej) i wielkich ambicji, kompleksu niższości i pragnienia bycia uznanym, lęku wobec innych i pozy libertyna, który śmiałością obyczajową maskował zwykłą nieśmiałość.

Zbigniew Tomasz Nowicki – bo tak naprawdę nazywał się autor serii o Panu Samochodziku – był wierny władzy komunistycznej od początku, gdy jako ormowiec pomagał wyłapywać ukrywających się w lasach żołnierzy AK, a także gdy tworzył produkcyjniaki w rodzaju „Worka Judaszów”, gdzie sprawiedliwy ubek walczy z dowódcami Konspiracyjnego Wojska Polskiego: Stanisławem Sojczyńskim, pseudonim „Warszyc”, i jego podkomendnym Henrykiem Glapińskim, „Klingą”. I wierny pozostał do końca. Za poparcie stanu wojennego i krytykę Solidarności otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Sądził, że dzięki wieloletniej wierności państwu komunistycznemu jego rola w klubie samców będzie niezagrożona. Jednak powstanie ruchu robotniczego i zagrożenie dla systemu, na którym oparł swoje bezpieczeństwo, zmiany obyczajowe, emancypacja kobiet, zachwianie patriarchalnego uniwersum i coraz większe osamotnienie pisarza – nadszarpnęły tę pewność.

Pod koniec lat 70. Zbigniew Nienacki – jak sam o sobie pisał: „autor pogodnych historyjek dla chłopców i dziewcząt w okresie pokwitania” – był na fali. Stworzona przez niego postać, Pan Samochodzik – jak z kolei pisze o nim biograf Piotr Łopuszański – „zakompleksiały, chcący wszystkim imponować i być we wszystkim najlepszym, mocno infantylny i komunizujący bohater stał się idolem młodych czytelników od lat 60. po dzień dzisiejszy”. Uwielbiany przez nastolatków i popierany przez władzę pisarz zapragnął jednak najwyższych laurów pisarskich – uznania krytyki dla swojej dojrzałej twórczości. Postanowił więc stworzyć dzieło, które odkłamie pogodną dydaktykę literatury młodzieżowej. Zdecydował się napisać prawdę „o dramatach, które rozegrały się pod kolorowymi namiocikami, o gwałtach, o syfilisie, którym zaraził się ten lub ta – naiwna młoda istota”. W rezultacie stworzył pornograficzną trylogię: „Uwodziciel” (1978), „Raz w roku w Skiroławkach” (1983), „Wielki las” (1987), którą krytycy dość jednoznacznie potępili, a którą dziś traktuje się jak każde pornograficzne dzieło: przemilcza, neguje, bezkrytycznie konsumuje lub niezdrowo się nim ekscytuje.

Tymczasem pornografia literacka przepełniona jest ideologią, która w innych formach gatunkowych tak łatwo się nie obnaża. Dzięki temu stanowi papierek lakmusowy wrażliwości i osobowości twórczej, który warto sobie dokładnie obejrzeć. Papierek, który zabarwia się już lekko w kontakcie z literaturą dla młodzieży – co ostatnio znakomicie pokazała Eliza Szybowicz na przykładzie Jeżycjady – jednak najwyższe stężenie wskazuje przy literaturze, która się nie kryguje.

Pan Tomasz i uwodziciel

Pierwsza część trylogii, „Uwodziciel” jest próbą nowego stylu, który pełną manifestację znajdzie dopiero w kolejnych powieściach. Oto pisarz Henryk postanawia stworzyć dzieło, które odkłamie miłość romantyczną i pokaże jej biologiczne podłoże. Pragnie dać wzorzec kochanka idealnego i właśnie w tym celu tworzy tytułową postać uwodziciela – Martina Evena, który z miłości do kobiet chce je nauczyć, jak cieszyć się seksem.

Czytelnik, uwiedziony tak zarysowaną fabułą, srogo się jednak rozczaruje. „Uwodziciel” to nie porywająca historia przygód polskiego rozpustnika, ale teoretyczna rozprawka na zadany temat. Zamiast pornografii otrzymujemy powieść autoteliczną o odpowiedzialności literatury; zamiast scen rozpusty – niekończące się dysputy między różnymi alter ego autora. W żmudnych tyradach i jałowych autoanalizach tworzy się bowiem nowy model literatury biologiczno-społecznej. Jaką prawdę skrywa rzeczony wzorzec? Przeprowadźmy ten wywód za autorem. Trwa kryzys społeczny. „Mamy do czynienia ze zjawiskiem narastającego homoseksualizmu, transwestytyzmu, gwałtów, skłonności do rozpusty”, a główną winę za to ponosi wzrastająca pozycja kobiety. Do tej pory funkcjonował jasny model: „Żyjesz z żoną, tworzycie dobrą rodzinę, od czasu do czasu ją zdradzasz, ale wracasz do niej i dlatego jesteś szanowanym obywatelem”. Istniały kobiety-żony (dla których mąż był pierwszym i ostatnim partnerem), kobiety-córki (które czciły ojców) i kobiety-kochanki. I właśnie coś złego zaczęło dziać się z tą trzecią kategorią kobiet: „Zniknęły gdzieś cudowne i wiotkie Lotty oraz powabne samiczki w rodzaju Marilyn Monroe, a zamiast nich mamy kobiety-wampiry, kobiety-modliszki, że wspomnę tylko «Polowanie na muchy»”. Kobiety agresywne, a nawet asertywne zaczęły zagrażać męskiej władzy. Zgodnie z powieściową wykładnią winna temu jest choroba („liczba chorych na anorgazmię [kobiet – przyp. E.S.] sięga osiemdziesięciu procent”).

I tu właśnie wkracza stworzony przez pisarza Henryka uwodziciel Martin Evens, a my jako czytelnicy możemy przekonać się, jak ten wybitny znawca kobiet – „błędny rycerz vaginy”, „Chrystus seksu” – radzi sobie z cierpiącymi na oziębłość kobietami. Najlepszym sposobem jest podstęp i lekki przymus. W praktyce obserwujemy, że każdą kobietę można zaciągnąć do łóżka i zadowolić, nawet wbrew jej woli:

– Jesteś bydlę – powiedziała – zaraz pójdę na milicję. Zgwałciłeś mnie.
Ale czuła do tego mężczyzny tylko wdzięczność. I zarazem przejmował ją jakimś pełnym rozkoszy strachem.

I choć akcja „Uwodziciela” jeszcze asekuracyjnie dzieje się na metapoziomie dyskusji, szkiców, scenariuszy i listów, choć narrator kreśli „akty męskie i damskie bez odchyleń w stronę pornografii”, a autor obwąchuje uważnie wszystkie tropy literackie, zanim zapuści się na nowy teren literatury gatunkowej, to my już wiemy – jak w słynnym kazaniu perorował ksiądz Natanek – że tam się już coś bardzo mocno burzy.

Pan Tomasz i Skiroławki

Wieś Skiroławki, gmina Trumiejki, 45 dymów i 229 dusz, okolica Pojezierza Iławskiego. Tu właśnie Nienacki osadził akcję drugiej części trylogii, „Raz w roku w Skiroławkach” (Pierwowzorem miejscowości i jej bohaterów był Jerzwałd, mazurska wioseczka, gdzie autor spędził prawie 30 lat). Choć geograficznie daleko jej do Taplar Redlińskiego czy Lufcugu Tokarczuk, mamy do czynienia z tym samym imaginarium. To świat, w którym mieszają się pogańskie przesądy, staropolska rubaszność, odpustowa religijność, przyrodnicza metaforyka i chłopski rozum. Wiadomo, jakie danie wyjdzie z tego połączenia – bigos. W dodatku cuchnący knurem.

Lekarz Jan Krystian Niegłowicz, pisarz Nepomucen Maria Lubiński, malarz Bogumił Porwasz, proboszcz Mizerera – to najważniejsi przedstawiciele Skiroławek. Ludzie „wykształceni, rozumni, a także krytyczni” (kolejni w serii pisarskich alter ego). Justyna, Józia, pani Basieńka, Gwiazdowa i Sewrakowa to już – jak same nazwy wskazują – gatunek pośledniejszy. Pozornie panuje tu tradycyjny patriarchalny układ. Jednak Skiroławki, tak jak niegdyś Taplary, zostały już nawiedzone przez pierwsze jaskółki edukacji (seksualnej). Kobiety wiedzą, że mogą domagać się czegoś więcej niż regularnego pokrywania w nocy, że nie muszą być ofiarami, ale że mogą swoich praw dochodzić, krzywdzących je mężczyzn karać, a co najgorsze – obywać się bez nich.

To wzbudza lęk, który dotyka absolutnie wszystkich mężczyzn: od najbardziej światłego doktora Niegłowicza (który boi się kobiet równych sobie, bo traci wtedy kontrolę nad rzeczywistością), przez malarza Porwasza (którego wyemancypowane kochanki z miasta wyczerpują fizycznie, uniemożliwiając pracę), pisarza Lubińskego (którego cztery żony domagały się w łóżku znacznie więcej niż szybkich stosunków, a każda zostawiała go dla innego mężczyzny), po Dymitra (którego żona nie daje mu potomstwa pomimo „lania nasienia w jej dziuplę każdej nocy”).

Lęk mężczyzn przed detronizacją z „naturalnej” wyższej pozycji znajduje wyraz w lęku przed seksualnością kobiet. To typowy pornograficzny topos. W tym sensie powieść Nienackiego jest bardziej dosadną i wulgarną kontynuacją „Konopielki” Redlińskiego – opowieścią o końcu pewnego uniwersum i pornograficznej reakcji na ten koniec. Winne tego stanu rzeczy są oczywiście same kobiety, których seksualność jest nadmierna, nieokrzesana i patologiczna. Na prawie 400 stronach nie znajdziemy nawet jednej niewinnej.

Jak głosi tytuł książki, istnieje jedno wydarzenie, które łagodzi wszelkie kłótnie i koi lęki – „noc mieszania krwi”. To ceremonia, w trakcie której wszyscy mieszkańcy pod osłoną nocą spotykają się w jednym miejscu, by uprawiać seks bez względu na różnicę stanu cywilnego, wieku, wykształcenia czy niesnasek. Niczym w średniowiecznym karnawale wszyscy zrównują się ze sobą, by przywrócić ład świata. Czego jednak dowodzi ten mit założycielski Skiroławek (czy też – jak określił je Tadeusz Konwicki – Skirowałek)? O czym traktuje ta przewijająca się niczym echo tytułowa historia o zniesieniu wszelkich podziałów i nieskrępowanym wolnym seksie? Czy faktycznie mamy do czynienia z powrotem prastarego uniwersum – sakralnej orgii – w miejsce nowoczesnych i wyemancypowanych stosunków seksualnych? Ta coroczna schadzka okazuje się ostatecznie fantazją (coś się wydarza, ale nie wiadomo co) – poręcznym mitem, bez którego wieś byłaby jedynie kolejną siedzibą polskiego kołtuna. Tyle że narrator – podobnie jak powieściowy pisarz Nepomucen Maria Lubiński – zdaje się wierzyć, że literacka legenda przysłoni siermiężną rzeczywistość, a bajka o zniesieniu podziałów zamaskuje faktyczny rozdział płci i lęk przed kobietami. W „Uwodzicielu” taką rolę odgrywała „prawda społeczno-biologiczna”, w Skiroławkach pojawia się mit o mieszaniu krwi. Tymczasem ich bazę stanowi wzrastająca nienawiść do kobiet.

Pan Tomasz i męskie fantazje

O ile Skiroławki można było czytać jako wyraz lęku, zrodzony prawdopodobnie w wyniku szerszych zmian społecznych (czas ich pisania nakłada się bowiem na karnawał Solidarności, pojawienie się realnego ryzyka dla systemu komunistycznego i wzrastającą izolację pisarza, zerwanie kontaktów z dawnymi przyjaciółmi), o tyle późniejszy o cztery lata „Wielki las” (1987) przekroczył granicę zwykłego lęku, wkraczając na terytorium… faszyzmu.

W „Męskich fantazjach” Klaus Theweleit dowodzi, że faszyzm jest próbą znalezienia możliwości przetrwania dla określonej męskiej (czy po prostu patriarchalnej) organizacji życia, przede wszystkim przejawiającej się w stosunkach między mężczyznami i kobietami:

Mężczyznom z klasy panującej wszystkie kobiety jawią się więc jako dziwki. Konsumują oni kobiety w klas niższych jako bywalcy burdeli lub roszczący sobie do nich prawo uwodziciele. Wobec „dziwek” nie mają żadnych zobowiązań. Występują w roli kupujących, rabusiów bądź mecenasów. W stosunku do swych żon i córek są natomiast sutenerami, sprzedającymi z pierwszej ręki dziewice – albo przynajmniej niezbyt zużyte egzemplarze – z wyższych sfer sferom niższym.

„Wielki las” Nienackiego można czytać jak przytaczane przez Theweleita wyznania żołnierzy freikorpsów. Główny bohater, Józef Maryn, strażnik łowiecki w jednym z warmińskich nadleśnictw, przebieża konno lasy, polując na kłusowników, ale tak naprawdę próbuje poradzić sobie z obrazami z przeszłości. Jest agentem nieznanej bliżej organizacji, dla której pod różnymi pseudonimami realizuje specjalne zadania. Jest zupełnie sam, a swoje życie osobiste każdorazowo mistyfikuje na potrzeby konkretnych misji. Maryn jest żołnierzem – sprawnie naoliwioną bronią, gotową wypalić, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Ale wewnętrznie jest martwy. Nie ma dla niego życia bez broni i walki, jednak z powodu zdrady przyjaciela organizacja chce go odsunąć na boczny tor. Wobec braku zadań musi skonfrontować się z życiem samym, które w powieści przyjmuje postać – specyficznie skonstruowanej – kobiety.

Każda kobieta jest w oczach Józefa rozwiązła, chutliwa, nigdy niezaspokojona, wulgarna i bezwstydna. Istnieją trzy sposoby obcowania z nią: zaspokojenie jej chuci („nic tak nie przywiązuje kobiety do mężczyzny jak właściwe i dokładne zaspokojenie jej pożądliwości. Jeśli się dobrze rżnie kobietę – można ją zmusić do każdej podłości, a nawet zbrodni”), miłość czysta (macierzyńska) i gwałt (i to on staje się najbardziej typową formą obcowania w powieści).

– Z każdą jest tak samo. Z początku nie chcą dawać. Ale przyszli do mnie koledzy, położyli moją babę na łóżku i powiedzieli «Bierz, bo to twoje». Przytrzymali babę i zrobiłem, co trzeba.
– To jest po męsku – przytaknął Wzdręga.
– Moja żona też lubi na siłę – wstydliwie dorzucił Tarchoński.

Cały powieściowy seks jest domeną gwałtu, przemocy i manichejskiego zła. W prozie Nienackiego można: „załatwić kobietę”, „włazić na nią”, „spełnić się w niej z niezwykłą rozkoszą”, „strzyknąć w nią nasieniem” itp. W całej powieści nie ma nawet jednego sformułowania na stosunek zwrotny, w którym obydwoje kochankowie się starają, obdarzają przyjemnością i czerpią na równi rozkosz. Pod wieloma względami przypomina to seksualność średniowieczną, gdzie – jak pisała Ruth Mazo Karras – seks uprawiano na kimś, a nie z kimś. Nie istniały czasowniki zwrotne, odpowiadające dzisiejszemu „kochać się”, co generowało wyraźny podział na aktywność/bierność i podmiotowość/przedmiotowość. Niezdolność do doświadczenia siebie nawzajem poza kontekstem lęku, zdrady, nieufności i panowania zagnieżdża się w poszczególnych jednostkach na tyle silnie, że seks przyjmuje jedynie zwyrodniałe formy.

W kulturze europejskiej nie brakuje obrazów mężczyzn, którzy z powodu lęku nienawidzą kobiet. Jednak faszysta doprowadza ten lęk do skrajności. W jego umysłowości kobiecość – ze swoją tajemnicą, nieposkromieniem, ciągłym stawaniem się, niepokojącą wielorakością tego, co żywe – jest największym zagrożeniem ładu. „Mężczyźni ci – pisze Theweleit – czują się tym bezpieczniej, im bardziej rzeczywistość jawi się jako martwa, uporządkowana, monumentalna. Niebezpieczeństwo tkwi w samej żywotności”. Dlatego produkuje obrazy świata, w których na uśmiercenie zasługuje wszystko, co żywe. Zwłaszcza kobiety. „Przełknął głośno ślinę. Miał przeczucie grozy. Ta kobieta, wielka i gruba, tak dziwnie do niego mówiła, tak dziwnie na niego patrzyła. Zdawało się, że dostrzega w jej oczach jakąś ogromną zachłanność, jak gdyby go pragnęła połknąć”.

Wujcio

Z prozą Zbigniewa Nienackiego jest jak z wujkiem Zbyszkiem, którego każde z nas ma w swojej rodzinie. To mężczyzna około sześćdziesiątki, zaokrąglony i rumiany, walczący z nadciśnieniem i cukrzycą, choć niestroniący od tłustych dań i alkoholu, głośny i frywolny, tu podszczypujący swoją żonkę, tam oglądający się za przechodzącą kelnerką. Za młodu uwielbialiśmy go – jak powieści o Panu Samochodziku – gdy opowiadał niestworzone historie o życiu przyrody i zagadkach historii albo sypał zabawnymi powiedzonkami na każdą okoliczność. Gdy dorośliśmy, jego opowieści zaczęliśmy podawać w wątpliwość, dostrzegliśmy z lekkim zażenowaniem stosunek do kobiet, polityki, inności. A wujcio pozostał głuchy na zmiany obyczajowe, poprawność polityczną, prawdę naukową. Wciąż liczy, że kolejnym obscenicznym dowcipem wywoła zawstydzenie wśród kobiet i rechot poparcia u mężczyzn, a swoją bezpruderyjnością nadrobi kompleksy. Ale czasy się zmieniły, kobiety patrzą surowo bez mrugnięcia oka, mężczyźni nie śmieją się z nieśmiesznych żartów.

Ale to już wiemy – odbrązowienia Nienackiego dokonał w biografii „Pan Samochodzik i jego autor” Piotr Łopuszański. Czy należałoby ponownie uważnie przeczytać powieści dla młodzieży, by ujawnić ukryte w nich patriarchalne wzorce? Obserwując własne zmieniające się podejście do pana Tomasza czy rodziny Borejków, myślę, że uważny czytelnik prędzej czy później rozpozna, z kim ma do czynienia.

Czy powinno się zatem zapomnieć o dorosłej twórczości Nienackiego? Wprost przeciwnie! Pornografię dobrze poznać, by móc ją różnicować. Wszak seksualność dotyka kwestii uwikłania człowieka we własną cielesność, niemożności ustalenia wyraźnych granic między wnętrzem a powierzchnią, ja i innym, przyjemnością i bólem, wolą i poddaniem, tak kluczowych dla pornograficznego gatunku. Wystarczy wspomnieć o zasługach kilku klasyków pornografii. Sade – jak pisze Bogdan Banasiak – swoją pornograficzną twórczością „antycypował «panseksualizm» Freuda (…), a nawet wbrew freudowskiemu dualizmowi pokazał, że «Eros jest Thanatosem»”. Emil Zegadłowicz w pornograficznych „Zmorach” ujawnił utrwalone w mowie struktury opresji seksualnej wymierzone w najmłodszych, a Marian Pankowski w obscenicznym „Putto” stawiał pytania, gdzie są granice prawdy seksualnej; co można opisać publicznie; z kim trzeba się liczyć?

Jak w tym kontekście wypadł Nienacki? Jego śmiałość nie tylko nie zakryła słabości pisarskiej (powtórzenia, brak dramatyzmu, grafomania) czy licznych błędów (krytycy szydzili z użycia języka angielskiego, którego Nienacki nie znał), ale zdemaskowała również ledwo wyczuwane w postaci Pana Samochodzika demony. Pornograficzna trylogia okazuje się pulpowym wglądem w mentalność mizogina. Cennym, bo przy grafomanii Nienackiego nie trzeba szukać ukrytych znaczeń, nie trzeba sięgać po subtelne narzędzia analityczne. Autor – nie znając cnoty umiaru – obnaża się sam.