Świat wyszedł z formy

Michał R. Wiśniewski

„Kanye to chwilowo nasz najlepszy marksista”, napisał na Facebooku magazyn „Jacobin”. Kanye West, artysta o ego porównywalnym z sumą ego kilkunastu wikipedystów, wrócił do mediów społecznościowych i ma nam coś do powiedzenia

Kanye West ma wiele twarzy. Wybitny muzyk hip-hopowy, mąż megacelebrytki Kim Kardashian, internetowy mem, niespełniony architekt, spełniony projektant, otaku (uwielbia „Akirę” i wielkie roboty), wreszcie wannabe filozof, który zapowiedział książkę. Początkowo myślałem, że jego powrót na Twittera wiąże się właśnie z tym ostatnim przedsięwzięciem.

West wrócił, bo wcześniej z niego zniknął po serii żenujących postów, wyglądających na klasyczny meltdown (co zresztą swego czasu opisał Maciej Jakubowiak). Wtedy wzbudził zainteresowanie (i klikalność), bo ludzie lubią oglądać upadki – zwłaszcza architektów narracji o własnej wielkości. Ale równie ciekawe są powroty – czy wrócił się dotopić, czy wręcz przeciwnie, odzyskać formę jak morderczy android z „Terminatora 2”?

 

Zaczęło się niewinnie, od fotek butów projektowanych przez Westa, potem wpisy weszły w fazę filozoficzno-coachingową. Każdy tweet gromadził kilka tysięcy odpowiedzi, co nie dziwi – w tej chwili konto artysty śledzi 18 milionów użytkowników. Nawet jeśli część z nich to boty, to i tak dość imponująca liczba (dla porównania konto Donalda J. Trumpa obserwuje 50 milionów). Sam Kanye obserwuje tylko swoją żonę.

Dlaczego ktoś obserwuje Kanye Westa na Twitterze? Mogę odpowiedzieć za siebie. Zainteresował mnie najpierw jako twórca, wychodzący z podobnych co moje fascynacji – jego teledysk „Stronger” do piosenki z daftpunkowymi samplami zawierał sceny wyjęte wprost z kultowego anime „Akira”, okładkę jego płyty „Graduation” z 2007 zaprojektował Takashi Murakami (którego twórczością inspirowałem się, projektując okładkę własnej książki). Podoba mi się jego muzyka – i oprawa tej muzyki, jak „Runawat”, teledysk-gigant do płyty „My Beautiful Dark Twisted Fantasy”. 


A potem zaczął mnie fascynować jako osoba, artysta, który ma ego, bo jest artystą. Czy można być twórcą i nie mieć ego? Kronika jego skandali i wyskoków – wejście na scenę, gdy Taylor Swift odbierała nagrodę za najlepszy teledysk, żeby upomnieć się o „najlepszy teledysk wszech czasów” Beyoncé; słynne słowa „George Bush nie troszczy się o czarnych” w czasie zbiórki dla ofiar huraganu Katrina – to pop zmieszany z polityką, zwłaszcza rasową. Do tego problemy osobiste, zawody miłosne, depresja po śmierci matki; wszystko odbijało się w twórczości, niczego nie zapominał, czasem przepraszał, czasem przetwarzał w piosenki, śmiał się z siebie i ze świata.

A potem był wspomniany meltdown, okazało się, że Kanye ma wielkie długi, pokazywał się w czapce Trumpa… Kult celebrytów to współczesna mitologia, znani ludzie są potrzebni do utrzymania zbiorowego imaginarium, w którym odgrywają antyczne tragedie: upadek i powstanie. Jak Britney Spears, która w 2008 przeżyła załamanie nerwowe, straciła prawo do opieki nad dziećmi, papparazi fotografowali ją z ogoloną głową – ale po leczeniu wydała doskonały album, odzyskała dzieci i do dziś jest w formie.


Ale Kanye West nie wrócił silniejszy, tylko dziwniejszy. Po kilkunastu postach, w których wyrażał zdanie na temat życia i świata, czasem banalne, czasem trafne (jego opis kapitalizmu zachwycił lewaków z magazynu „Jacobin”) i zabawne (poczułem więź, gdy napisał, że będzie pisać książkę, kiedy „poczuje to”; i że każdego ranka jest przeładowany pomysłami, to zupełnie jak ja!), zapowiedział nowe płyty. A więc nie chodziło o książkę, tylko o muzykę, doskonale! Ale nie, pociąg @kanyewest dopiero się rozpędzał. Zaczął pisać o polityce. Ale to nie jest już ten West, który upominał Busha, to nowy alt-West, rozczarowany rządami Obamy, który „przez osiem lat nie zrobił nic dla Chicago”. Wyraził więc poparcie dla afroamerykańskiej konserwatywnej komentatorki: „Kocham sposób myślenia Candace Owen”. I samego Trumpa, którego uważa za „wolnomyśliciela” (za takiego uważa sam siebie), kogoś, kto ma odwagę naruszać status quo. Na te posty od razu zareagowała amerykańska prawica, chwaląc rapera pod niebiosa – taka jest głodna poparcia artystów.

Damon Young z portalu „Very Smart Brothas” problemów Westa z myśleniem o polityce doszukuje się w tym, że stroni od książek. Chociaż jego matka była profesorką języka angielskiego na uniwersytecie, Kanye deklarował z dumą, że zamiast z książek woli czerpać wiedzę z rozmów z ludźmi i „prawdziwego życia”. Według Younga to właśnie powód, dla którego nabiera się na „wolnomyślicielstwo” Trumpa, zamiast dostrzec jego toksyczny antyintelektualizm.

Kanye West na Twitterze

Tymczasem West ma wielkie plany. Hejterom i osobom posądzającym go o chorobę psychiczną przesyła wyrazy miłości. Upomniany przez własną żonę tłumaczy, że nie zgadza się z Trumpem w 100%, bo w 100% zgadza się tylko z sobą, i deklaruje miłość dla Hilary Clinton. Chwali się zyskami swojej firmy odzieżowej i sprzedawanymi na pniu butami Yeezy. Pisze o sile miłości. Umawia się na spotkania z władcami Doliny Krzemowej i mimochodem rzuca, że w 2024 roku zostanie prezydentem USA. I może tak właśnie będzie, tak jak Michael Jackson został królem popu po tym, jak powiedział, że chce zostać królem popu. Może kolegowanie się z Trumpem, który odpisuje na posty Westa, to nie szaleństwo, ale metoda. To mitologiczna, celebrycka Ameryka, w której wszystko jest możliwe. Tej siły już nie zatrzymamy.

Kanye West na Twitterze