Opowieści zwyczajne
Shareheads CC BY 2.0

11 minut czytania

/ Literatura

Opowieści zwyczajne

Maciej Jakubowiak

„Opowiadania bizarne” Olgi Tokarczuk wcale bizarne nie są, wprost przeciwnie, są całkiem oswojone. Niesamowity sztafaż przesłania w nich to, co najbardziej swojskie: zwykłą samotność

Jeszcze 3 minuty czytania

Najdziwniejsze, że nic już nie dziwi. Ma to pewnie jakiś związek ze skróceniem obiegów informacji i przyspieszeniem ich produkcji, ale nie bez znaczenia są też rosnące możliwości ludzkiej bezczelności, która zadziwia tylko wtedy, kiedy się ogranicza. Rządząca internetem ekonomia uwagi jednym ze swoich podstawowych instrumentów uczyniła niezwykłość. Stąd te wszystkie nagłówki o szokujących odkryciach, odpychających deformacjach, mężczyźnie, który w tydzień nauczył się 27 języków, i rosyjskich przyjęciach weselnych. Przebodźcowanie takimi komunikatami sprawiło, że zaledwie wzruszenie ramion towarzyszyło aneksji Krymu, pomniejszeniu Unii Europejskiej, elekcji Donalda Trumpa czy – wydobądźmy się już z tych przygnębiających rejestrów – wysłaniu kabrioletu w kosmos. Bo też naprawdę – trudno się dziwić.

Być może dlatego, że poczucie dziwności jest już tylko pieśnią przeszłości, Olga Tokarczuk musiała zatytułować swój zbiór próz fantastyczno-niesamowitych w tak ostentacyjnie anachroniczny sposób: „Opowiadania bizarne”. Skądinąd ten anachronizm jest stylizowany, bo żaden ze znanych mi korpusów dawnej polszczyzny nie odnotowuje takiego przymiotnika. Zresztą stylizacja – szczególnie na klasyczną literaturę dreszczu i grozy w wydaniu Edgara Allana Poe, E.T.A. Hoffmanna czy Stefana Grabińskiego – jest tu konsekwentna. W dziesięciu opowiadaniach pojawia się kompletny zestaw motywów fantastycznych: sobowtóry (tajemnicza postać w „Pasażerze”, nagromadzenie bliźniąt w „Górze Wszystkich Świętych”), powroty zmarłych (matka spełniająca z zaświatów zemstę w „Przetworach”, ożywający co roku na nowo bóg-człowiek w „Kalendarzu ludzkich świąt”), złe spojrzenia (kategorycznie zakazane w świecie „Wizyty”), przedmioty porzucające swoje właściwe funkcje (w „Szwach”). Jest też upiorne powracanie tego samego, o którym w pierwszym opowiadaniu zbioru narratorka mówi: „Najgorsze bywa to, co powtarzalne, rytmiczne, niezmienne, przewidywalne, nieuchronne i bezwładne — to, na co się nie ma wpływu, a co chwyta w swoje kleszcze i targa ze sobą do przodu”. Pojawia się wreszcie (w „Wizycie”) „jeden z najpewniejszych chwytów artystycznych służących do łatwego wywoływania niesamowitych oddziaływań przez opowiadania”, polegający na tym, że „pozostawia się czytelnika w niepewności co do tego, czy w wypadku pewnej postaci ma się do czynienia z osobą czy na przykład z automatem”.

O tym, jak konwencjonalny to zestaw chwytów, niech świadczy fakt, że powyższy cytat pochodzi z psychologicznej rozprawy Ernsta Jentscha z 1906 roku. Powoływał się na nią z kolei Sigmund Freud w tekście „Niesamowite” (z 1919 roku), w którym wyjaśniał, że wrażenie niesamowitości bierze się z tego, że wierzenia czy lęki, które miały być już dawno za nami (czy to w historii kultury, czy w rozwoju psychiki), nagle o sobie przypominają. Ten mechanizm może jednak zadziałać tylko pod warunkiem, że stanem wyjściowym jest panowanie rozumu. Na początku XX wieku można było w nie jeszcze wierzyć; sto lat później to już co najwyżej zgrzebny dowcip.

Olga Tokarczuk, „Opowiadania bizarne”. Wydawnictwo Literackie, 256 stron, w księgarniach od kwietnia 2018Olga Tokarczuk, „Opowiadania bizarne”. Wydawnictwo Literackie, 256 stron, w księgarniach od kwietnia 2018Mimo to autorka „Opowiadań bizarnych” próbuje rozruszać ten lekko zardzewiały mechanizm. Nieprzypadkowo najlepiej to wypada w jedynym z opowiadań, którego akcja toczy się w przeszłości. W „Zielonych dzieciach” – fikcyjnym dzienniku podróży autentycznego Williama Davissona, nadwornego medyka Jana Kazimierza – atmosfera niesamowitości znajduje uzasadnienie nie tylko w realiach prowincjonalnej Rzeczpospolitej, w której chrześcijaństwo miesza się z pogańskimi praktykami, ale również w oddaleniu bohatera od centrum cywilizacji i rozumu, Paryża. Tajemnicza choroba króla odzwierciedlająca bolączki kraju (jakby literalne połączenie metaforycznych „dwóch ciał króla” – ale to przecież chwyt pożyczony wprost z „Portretu Doriana Graya”) czy tytułowe dzieci o skórze zrośniętej z mchem – w gruncie rzeczy nie dziwią specjalnie (ani bohatera, ani czytelników) w tym kraju na końcu cywilizowanego świata: „im bliżej środka, tym bardziej wszystko wydaje się prawdziwe i namacalne, im dalej zaś, tym mocniej świat jakby się rozłazi, jak zetlałe płótno w wilgoci”.

W „Opowiadaniach bizarnych” Tokarczuk wykorzystuje również najpewniejszą receptę na wskrzeszenie dawnych lęków: przenosi je w przyszłość. I tak w „Wizycie”, przy okazji pozornie zwyczajnej sytuacji towarzyskiej, opisuje społeczeństwo, w którym nieodłącznymi towarzyszami ludzi są androidy, zajmujące miejsce mniej uprzywilejowanych grup społecznych. Podobne wątki transhumanistyczne – dotyczące zacierającej się różnicy między człowiekiem a innymi formami życia – pojawiają się w „Transfugium”, w którym jeden z bohaterów pyta: „Dlaczego przepaść między tobą a tym modrzewiem jest filozoficznie poważniejsza niż pomiędzy tym modrzewiem a na przykład tam­tym dzięciołem?”.

W futurystycznych opowiadaniach powraca także kwestia obecna w pisarstwie Tokarczuk praktycznie od początku: nieusuwalności religijnych sposobów myślenia i odczuwania, skrywających się pod nawet najbardziej zaawansowanymi technologiami. Ten postsekularyzm (który filozoficznie opracowuje w kolejnych publikacjach Agata Bielik-Robson, a literacko ostatnio Michał R. Wiśniewski) pojawia się wyraźnie w dwóch opowiadaniach, których tytuły same naprowadzają na ten trop: „Górze Wszystkich Świętych” i „Kalendarzu ludzkich świąt”. W tym ostatnim upadek cywilizacji, związany z katastrofą ekologiczną, zostaje częściowo zażegnany dzięki pojawieniu się na świecie tajemniczego boga. Ten jednak szybko zostaje zagarnięty przez zorganizowany kult, na czele którego stoi kasta wtajemniczonych, zarządzająca za pomocą mediów (niemal jak w „Faraonie” Prusa) religijnym spektaklem.

Jasne, Tokarczuk celnie rozmontowuje fantazje o racjonalności, wpisane w narracje o postępie technologicznym, i przekonująco pokazuje, że pod zmiennością urządzeń społecznych kryje się niezmienny lęk, który szuka dla siebie ratunku albo w religijnym eskapizmie, albo w zwykłej przemocy (albo w jednym i drugim naraz). Tyle tylko, że przy takim postawieniu spraw nie sposób wciąż liczyć na efekt zadziwienia. W końcu trudno nie zauważyć, że ten zestaw tematów: relacje człowieka ze sztuczną inteligencją, transhumanizm, nadciągająca katastrofa ekologiczna – od kilku (jeśli nie kilkunastu) lat dominuje w kulturze popularnej i masowej wyobraźni, a skojarzenia choćby z serialem „Black Mirror” są więcej niż uzasadnione.

To wyczerpanie bizarności dobrze ilustruje „Wizyta”, opierająca się na efekcie „doliny niesamowitości” – dyskomfortu czy nawet obrzydzenia odczuwanego na skutek spotkania z maszyną do złudzenia przypominającą człowieka. Problem polega na tym, że za sprawą doskonalenia technologii oraz, co nie mniej ważne, przyzwyczajenia do obrazów humanoidalnych robotów, którymi jesteśmy zasypywani przez kulturę masową – ten efekt przestaje działać. W podobny sposób przestają zadziwiać irracjonalność czy żądza władzy skrywane pod opowieściami o postępie: nikt już przecież nie wierzy, że Mark Zuckerberg naprawdę chce zbudować globalną demokratyczną wspólnotę, a Elon Musk zapewnić ludzkości lepszą przyszłość na Marsie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że pisarstwo Tokarczuk jest wtórne, czy to wobec konwencji literatury grozy sprzed wieku, czy względem współczesnej popkultury. Autorka „Ksiąg Jakubowych” wyznacza jakość, której brakuje w polskiej literaturze, a przy tym jest jedną z niewielu osób piszących fikcję, które zadają sobie trud wyjrzenia poza lokalny horyzont. „Opowiadania bizarne” stanowią raczej dowód na to, że strategia, tak literacka, jak światopoglądowa, polegająca na nagłym i niepokojącym odsłonięciu podszewki rzeczywistości – nie jest już dziś skuteczna. Ani literacko, ani światopoglądowo.

Choć trzeba przyznać, że istnieje jeszcze jeden powód, dla którego opowiadania Tokarczuk chybiają celu wyznaczonego w tytule. Otóż charakterystyczny styl pisarki nie pozostawia miejsca na niepewność: każda sugestia musi zostać dopowiedziana, każdy domysł skonkretyzowany, każde pojęcie wyjaśnione. W „Opowiadaniach bizarnych” przynosi to momentami zabawne skutki, np. narrator „Zielonych dzieci” zapisuje: „miałem siebie za jakiegoś eks-centryka”, by zaraz dodać: „kogoś, kto wychodzi poza centrum, w którym wiadomo, czego się spodziewać”; natomiast w „Przetworach” dowiadujemy się, że bohater lubi oglądać mecze piłki nożnej, ale dla kogoś, kto przypadkiem nie wie, na czym to polega, autorka przygotowała dodatkowe wsparcie: na „śledzeniu dwóch grup mężczyzn prze­branych w kolorowe koszulki i przemieszczających się w pogoni za piłką z jednej połowy boiska na drugą”. Bywa to również zgubne dla budowanego w opowiadaniach napięcia: w „Szwach” kolejne znane elementy świata nieoczekiwanie zmieniają swoje funkcje, ale narratorka w pewnym momencie nie może się powstrzymać przed ujawnieniem tej zasady konstrukcyjnej i stwierdza: „Potem przyszła kolej na znaczki”; natomiast w zakończeniu, zamiast utrzymać tworzone skrupulatnie poczucie niepewności, rozbraja je w uspokajającej formule. Tokarczuk, dbając o dobre samopoczucie swoich czytelników, jednocześnie niweluje poczucie dyskomfortu, które jest niezbędnym składnikiem niesamowitych opowieści.

Ta troska – chcę to mocno podkreślić – sama w sobie nie jest niczym złym. Sprawia ona, co prawda, że „Opowiadania bizarne” wcale bizarne nie są, wprost przeciwnie, są całkiem oswojone. Przynosi za to efekty na innym poziomie. Najlepiej to widać w tych opowiadaniach, które są osadzone we współczesności i, co charakterystyczne, za bohaterów mają emerytów. W „Sercu” (wobec którego zgłosiłbym tylko takie zastrzeżenie, że jakim cudem dwoje polskich emerytów z wykształceniem zawodowym może sobie pozwolić na sfinansowanie nielegalnej operacji chirurgicznej na drugim końcu świata?!), „Przetworach” i „Szwach” niesamowity sztafaż przesłania to, co najbardziej swojskie: zwykłą samotność. To historie (bliskie niektórym tekstom Pawła Sołtysa z „Mikrotyków”) o zagubieniu i próbach złapania choć na chwilę równowagi w sytuacji, w której nadzieja jest już zakazana. W gruncie rzeczy ten wątek przewija się przez wszystkie „Opowiadania bizarne” i sprawia, że pomimo wielu niewypałów książka emanuje ciepłem.

Sto lat temu Freud tak podsumowywał swój tekst: „Jeśli zaś chodzi o samotność, ciszę i ciemności, to nie możemy tu powiedzieć nic innego, tylko to, że naprawdę są to czynniki, z jakimi u większości ludzi wiąże się lęk dziecięcy, którego nigdy nie będzie można ostatecznie ukoić”. Nic się nie zmieniło.