Szkoło, płoń

Tomasz Pstrągowski

Bohaterowie „Na koniec wszystko spłonie” nie tylko nie widzą drogi ucieczki z pułapki, ale i rzeczywiście jej nie mają. Nowy komiks Edyty Bystroń

Szkoło, płoń

Jeszcze 2 minuty czytania

Szkoło, płoń

Urodzona w 1986 roku Edyta Bystroń to jedna z najważniejszych autorek polskiego komiksu niezależnego. Kilkakrotnie gościła na łamach najważniejszych polskich zinów („Mydło”, „Biceps”, „Jeju”), dłuższe zaś formy składa samodzielnie i publikuje za prywatne środki, rozprowadzając je następnie na imprezach komiksowych.

Rodzime środowisko związane z komiksem niezależnym doceniło Bystroń w 2016 roku, przyznając jej dwie statuetki Złotych Kurczaków – dla najlepszej rysowniczki i scenarzystki. Wyróżniony wtedy album „Nie chcę się bać” opowiada o borykającej się z problemami psychicznymi dziewczynce. To komiks niepokojący, ale i niosący pociechę, w którym obok talentu narracyjnego objawiała się też pedagogiczna wrażliwość – Bystroń, oprócz warszawskiej ASP, ukończyła Studium Pedagogiczne.

Nic dziwnego, że i najnowszy album wydała z pominięciem wydawnictw głównego nurtu. Autorka przeprowadziła udaną zbiórkę społecznościową, a za zebrane środki wydrukowała dokładnie 176 egzemplarzy 200-stronicowej powieści graficznej „Na koniec wszystko spłonie” (przeciętny nakład komiksu w Polsce to koło 1000 egzemplarzy).

„Na koniec wszystko spłonie”, scenariusz i rysunki: Edyta Bystroń. Wydawnictwo niezależne (zbiórka na wspieram.to), 200 stron, w księgarniach od xxxx 2018

W warstwie fabularnej to dość typowa opowieść o nastoletnim buntowniku, uczącym się funkcjonować w społeczeństwie. Głównym bohaterem jest cierpiący na napady agresji Kamil, zaprzyjaźniający się – ku własnemu zdziwieniu – z dużo młodszym i opóźnionym w rozwoju Patrykiem. Obu kiepsko idzie wpasowywanie się w uczniowskie schematy, przez co mierzyć się muszą z niechęcią apodyktycznego dyrektora i zastraszającej szkołę grupki „najfajniejszych” uczniów.

Bystroń już w poprzednich albumach udowodniła, że rozumie poczucie nastoletniego odklejenia i problemy z adaptacją w grupie. Nie inaczej jest i tym razem: pomimo rozczarowującej schematyczności fabularnej, wszystkie elementy „Na koniec wszystko spłonie” doskonale ze sobą współgrają, budząc w czytelniku uczucia rozdrażnienia i niepokoju i ułatwiając mu zrozumienie Kamila i Patryka.

Na koniec wszystko spłonie„Na koniec wszystko spłonie”

Bohaterowie egzystują w skrajnie nieprzyjaznej rzeczywistości. Miasto, w którym znajduje się szkoła to żelbetonowe gruzowisko. Pozbawiony jakiejkolwiek zieleni, szpetny plac wiecznej budowy, na którym ludzie zdają się być intruzami. Ze ścian szkoły wystają metalowe pręty; droga do niej wiedzie przez źle zabezpieczoną kładkę dla pieszych; a jednym z ulubionych miejsc zabaw bohaterów jest składowisko betonowych rur. Nie lepiej wygląda sam budynek szkoły – otoczony drutem kolczastym wieżowiec, wyrastający wprost przed ruchliwą drogą i obok fabryki chrupek (nazywanych Trupsami). A na uwięzionych w tym molochu chłopców czyhają jeszcze apodyktyczni dorośli i gang szkolnych łobuzów.

Bohaterowie „Na koniec wszystko spłonie” nie tylko nie widzą drogi ucieczki z pułapki, ale i rzeczywiście jej nie mają. Kamil został zesłany do nowej szkoły po kolejnym wybuchu agresji. Dojeżdża do niej pociągiem, 30 kilometrów, gdyż jak sam mówi, to jedyna placówka, która zgodziła się go przyjąć. Nie ma tego nikomu za złe, podróże pozwalają mu uzupełniać kalendarz, w którym pisze scenariusz komiksu o szczęśliwych ludziach. Patryka i jego mamę więzi zaś w szkole przymus ekonomiczny. Dyrektor pozwala rodzinie mieszkać na terenie budynku, ale jest w tym geście więcej patriarchalnej przemocy niż chrześcijańskiej chęci pomocy bliźniemu. Kiedy w końcu kadłubowej rodzinie uda się wyrwać z pułapki, matka będzie tak zdeterminowana, że ucieknie, nie zwracając uwagi na dramat rozgrywający się za jej plecami.

Na koniec wszystko spłonie„Na koniec wszystko spłonie”

Komiks, czytany w kontekście pisowskiej reformy edukacji, mógłby być odbierany politycznie, Bystroń nie odwołuje się jednak wprost do rzeczywistości politycznej. Dzięki temu elementy publicystyczne łatwo odczytać jako ogólną krytykę zdehumanizowanego systemu edukacyjnego, głuchego na realne potrzeby uczniów. Systemu pozwalającego, by dyrektor szkoły, osoba najmniej godna zaufania, był jednocześnie aktywnym politykiem, zwalczającym nauczanie ewolucji i prowadzącym w placówce kampanię wyborczą. Systemu przymykającego oczy na porozwieszane na korytarzach plakaty przedstawiające zniekształcone płody („Też chcę żyć”), jakby to właśnie aborcja była największym problemem uczniów, a nie walające się po podłodze strzykawki (tymi nikt się nie przejmuje).

Nic dziwnego, że jedynym wiarygodnym głosem wystraszonych uczniów jest anonimowy autor rozprowadzanego nielegalnie zina „Przybysz”. Na jego okładce zawsze widnieje twarz pozbawionego emocji kosmity – obcego wobec ludzi tak samo, jak uczniowie są obcy wobec pinkfloydowskiej machiny, która ich uwięziła.

Niepokój nękający bohaterów świetnie oddaje charakterystyczny styl rysunków Edyty Bystroń.  Łatwo się w nim doszukiwać inspiracji komiksem japońskim. Postaci zaludniające „Na koniec wszystko spłonie” są w charakterystyczny sposób zniekształcone – mają zbyt duże twarze, całkowicie zdominowane przez wielkie, okrągłe oczy i ostre nosy; ich kończyny są zaś nieproporcjonalnie długie i cienkie. W efekcie sprawiają wrażenie niezgrabnych, delikatnych straszydeł, niepasujących do własnych ciał, nieprzystających do ról społecznych i z trudem radzących sobie z podstawową motoryką. Dobrze współgra z tym cienka (chciałoby się powiedzieć: krucha) kreska rysowniczki, kontrowana na wielu stronach obficie wylewanym, przytłaczająco czarnym tuszem.

Opowieść – sama w sobie już rozedrgana – co pewien czas przerywana jest reklamami pigułek, kolejnego sposobu na narzucanie kontroli (nie da się w XXI wieku rysować pigułek w komiksie, nie przywołując na myśl „Akiry” Katsuhiro Otomo). Płynność lektury zaburzają też pojawiające się co kilkanaście stron całostronicowe ilustracje. Z jednej strony wybijają one czytelnika z rytmu, z drugiej w niepokojący sposób „dopowiadają” fabułę, chociażby sugerując przemocowe tło relacji łączącej dyrektora i matkę Patryka. Spójność świata przedstawionego (poznawanego przecież z nieco wykoślawionej perspektywy głównych bohaterów) często kwestionują także niepasujące szczegóły – przemykający na dalszym planie człowiek o kociej głowie, siedzący pod ścianą uczeń z przepaską na oku czy atakujący postaci gołąb, podobny bardziej do gryfa niż ptaka.

Na koniec wszystko spłonie„Na koniec wszystko spłonie”

Intrygującym pomysłem jest wyróżnianie bohaterów charakterystycznymi czcionkami. I tak, borykający się z dysgrafią Patryk „mówi” tak, że trudno go rozczytać, a dialogi jego matki, polonistki, zapisane są starannym, zeszytowym pismem. Nie jest to oczywiście zabieg wybitnie oryginalny – na szeroką skalę zastosował go wiele lat temu Neil Gaiman w „Sandmanie” – ale za jego pomocą autorce udaje się trafnie uzupełnić charakterystykę postaci.

Imponująca spójność niepokojącej wizji Edyty Bystroń pryska niestety w finale – zbyt łatwym i szczęśliwym, jakby wyjętym z zupełnie innej opowieści. Nie odmawiam artystce prawa do zaserwowania bohaterom szczęśliwego zakończenia ani do przemycania w swoim dziele podnoszących na duchu morałów (świetnie udała się jej zresztą niejednoznaczna postać szkolnej pedagog). Odnoszę jednak wrażenie, że szczęśliwy, heroiczny finał i symboliczne domknięcie wątków przychodzi w „Na koniec wszystko spłonie” zbyt prosto, kwestionując wcześniejsze traumy bohaterów. Bo przez te kilka stron zakończenia nie jest to już trudna, unikająca uproszczeń opowieść o dojrzewaniu, ale sztampowa przypowieść o tym, że licealne cierpienia są uciążliwe, ale na koniec wszystko ułoży się dobrze, nawet jeżeli miałoby spłonąć.