Ziarno minimalizmu kiełkuje
Daniel Friedman / CC BY-NC 2.0

11 minut czytania

/ Literatura

Ziarno minimalizmu kiełkuje

Rafał Wawrzyńczyk

Gramy chyba na nowych zasadach. Pojawia się nasycona konkretem poezja, zainteresowana współczesnością i jej żywotnymi napięciami, możliwa do odebrania przez publiczność spoza wąskiego, środowiskowego kręgu – o tomach poetyckich Natalii Malek i Ilony Witkowskiej

Jeszcze 3 minuty czytania

Najchętniej narysowałbym tu tabelkę, jedną kolumnę nazwał „Malek”, drugą „Witkowska”, i wpisywał do nich, jedna po drugiej, wszystkie światopoglądowe, stylistyczne czy filozoficzne wręcz opozycje, jakie nasuwają się na myśl podczas lektury tych dwóch książeczek, wydanych w niewielkim odstępie czasu i dzielących los konkursowych koni wyścigowych. Czyta mi się je bowiem w parze, w dziwnym splocie, łączącym pozornie podobne, ale fundamentalnie odmienne wizje. Nie odpychają się one, jak odpychałyby się proton z elektronem, a przypominają raczej proton i neutron – mają mniej więcej równe masy, mogą sobie egzystować w bliskości bez większej dla siebie szkody, a nawet utworzyć jakiś pożyteczny zlepieniec, nie wiem, lucyferian kordu, z którego moglibyśmy otrzymać jakąś szlachetną godzinę, błyszczący uchwyt, żaróweczkę. Albo najbliższe lata młodej poezji polskiej.

Tak jest, obie te poetyki nabrały już odpowiedniej wyporności, nie są to już pojedyncze, interesujące wyskoki, do jakich nieraz dochodzi i z których niewiele potem wynika (Piotr Przybyła? Mam nadzieję, że się mylę). Obie mówią dużo o teraźniejszości, nie boją się jej, ba – stanowi ona wręcz ich podstawowy budulec, co wbrew pozorom nie jest takie częste, nawet wśród młodych autorek i autorów, łatwiej bowiem wyprowadzać sensy z utwierdzonych w kulturze, „ponadczasowych” zasobników (pamiętamy falę zapisów traum dzieciństwa czy pochwał „życia wiejskiego”) niż opisywać jeszcze nieopisane. Obie wreszcie – i to podoba mi się w tych książkach chyba najbardziej – zakorzeniły się z dala od długiego cienia rzucanego przez poetyki roczników 50.–60. Jeszcze do niedawna, mniej lub bardziej świadomie, pisało się „wobec” tego, co się w polskiej poezji stało po 1989 roku. Malek i Witkowska nie piszą już „w ślad za” (Sosnowskim, Zadurą, Miłobędzką), nie są też „przeciw”; tamte osie nie są dla nich specjalnie interesujące, obie poruszają się po nowym polu, które nie zostało jeszcze rozparcelowane przez krytykę. To już nie „barbarzyńcy” i „klasycyści”, nie „oharyści” i „ashberyści”, nawet nie „rewolucjoniści” i „Ci, Którzy Nie Chcą Marksa Na T-shircie”. To przyszłość. Może ktoś wymyśli dychotomię, która będzie rządziła wyobraźnią przez kolejne dziesięć lat, którą będziemy sobie wściekle atakować i dzięki której będzie łatwiej pisać takie teksty. Może Witkowska i Malek znajdą się po przeciwnych jej stronach. Tutaj tylko pobiegamy po tym poligonie.

Malek to konstruktywizm, dalekie echo kopenhaskich miniportretów Wróblewskiego, zdanie twardo stykające się ze zdaniem, rozważny, ale niestroniący od leksykalnego glamouru krok, nieco jak u Sendeckiego. Witkowska to brikolaż, dalekie echo gestyki Świetlickiego, zdanie zastanawiające się nieraz nad poprzednim, język raczej „zwykły” niż wystylizowany, swobodniejszy oddech, lżejsza kropka. Malek buduje historie przez usuwanie zbędnych elementów i nasycanie (sensem, kolorem) krawędzi, które muszą pozostać, aby cała rzecz nie zawaliła się. Nazwijmy to podejściem top-down. Witkowska buduje historie przez dokładanie słowa do słowa tak, aby całość nie przelała się za puentę; nazwijmy to podejściem bottom-up. Malek to napięte liny. Witkowska to rozjarzone obłoki.

Malek:

Pan Klóska uczy zmysłowości
dziewczynki z czwartej E – liczyć, przede wszystkim liczyć,
potem: czytać pauzy zgarbione pod sznurem, potem: tańczyć według własnego odczytania,

potem: ukłon.
Ukłon, uczył, musi być techniczny. Zostawić za sobą ślad. Jak otwieracz do puszek.

(„Poooooh!”)

Witkowska:

cekiny łez. nie? niby dlaczego?
zaraz może zdarzyć się coś złego.

śpij, śpij, a niech ci się przyśni
sama prawda i jeszcze, że przychodzi do ciebie
słaby chudy wilk i mówisz mu: idź, a on mówi:

oto jest twoja smycz,
bardzo proszę.

(„galeria rozrywki, wejście nocne”)

Natalia Malek, „Kord”. WBPiCAK, 64 strony, w księgarniach od lipca 2017Natalia Malek, „Kord”. WBPiCAK, 64 strony, w księgarniach od lipca 2017Malek jest „interpretowalna”, chociaż konsumpcja jej wiersza wymaga nieraz dodatkowej krzątaniny intelektu i innych ruchów uwagi niż zwyczajowy przepływ „od początku do końca”. Wiersze w „Kordzie” trzymają się dolnej krawędzi strony, stoją mocno na ziemi jak miejska zabudowa. Witkowska ufa raczej intuicji, interesuje ją aranżowanie sytuacji, w których odezwie się „niewypowiedziane” i rzuci na nas czar nieustępujący nawet po „zrozumieniu”. Jej wiersze spływają z góry, są niewielkie, łatwo się do nich dostać.

Wertykalna i pierwotnie dychotomiczna jest zresztą cała wyobraźnia Witkowskiej, obficie czerpiąca z najstarszych kulturowych topologii, którymi wykarmili nas babcia i ksiądz proboszcz: „Lucyfer zwycięża”, „Często śni mi się / jeden stopień w dół”, „Co z drugim brzegiem”. Pan Bóg i cytaty z pieśni kościelnych, zatrudniane głównie do nadania tytułom campowego seksapilu – tak jak religijna korzenioplastyka, którą ozdabiane bywają mieszkania naszych awangardowych znajomych – są wciąż, paradoksalnie, istotnymi ogniskami tego imaginarium. Nie bawimy się tu oczywiście w „utraconą wiarę” i nie poprzestajemy na małych gierkach, jakkolwiek byłyby cool („pobożne «skończyć remont»”); robimy całkiem poważny użytek z odległości między tym, co religia zwykła obiecywać, a tym, co mamy.

A mamy horror, oczywiście. We wszystkich odmianach, wszystkich kolorach tęczy: cierpień zwierząt, tragedii tonących uchodźców, codziennej brutalności pijanych januszy czy wreszcie nacisku, jaki wywierają na siebie ludzie z tej choćby przyczyny, że należą do jednej rodziny i ocierają się o siebie (doskonała „mama Oli”). Identyfikujący obecne w naturze cierpienie Miłosz ograniczał się najczęściej do pytań: „jak to możliwe?”, „unde malum?” i przenosił temat w rejestr filozoficzny, gdzie spektakularnie pocił się nad teodyceą. Świrszczyńska obchodziła się ze złem po grecku, lakonicznie relacjonując jego postępy i kując w kamieniu zdjęcia ofiar. Witkowska na zło reaguje jakimś nowym rodzajem śmiechu, w którym nie ma ironii, mieszają się natomiast patos i odraza, manga i franciszkanizm, poimprezowy spleen i dojmująca bezradność („kiedy się nie śmiejemy, to też umierają”).

Ilona Witkowska, „Lucyfer zwycięża”. Ha!art, 48 stron, w księgarniach od listopada 2017Ilona Witkowska, „Lucyfer zwycięża”. Ha!art, 48 stron, w księgarniach od listopada 2017Dla Malek zło nie jest tematem. Zbyt jest zajęta budowaniem, przyszłością, pozytywnością, którą wciąż stąd czy zowąd daje się wydobyć; traumy są u niej ogrywane przez „obwodzenie”, pozostawianie ramek, z których szkło się stłukło, i umieszczanie ich w jakichś nowych konfiguracjach. Jeżeli byłaby wdową po powstańcu – nie wiem, skąd przyszedł mi do głowy ten pomysł – to opowiedziałaby nam o butach, jakie ów nosił, i dodała, że przed wojną bywał w „Adrii”, po czym dostalibyśmy passus o kwiatach, które w „Adrii” stawiano na stolikach. Nieprzypadkowo tomik współtworzą zdjęcia Anny Grzelewskiej, na których dramat również obchodzi się z daleka, rozmieszczając ostrożnie znaki służące raczej do rekonfiguracji nastroju niż biegu wypadków. Ta różnorodność porządków języka, po które Malek sięga – wystarczy przeczytać dowolny wiersz, by zrozumieć, co mam tutaj na myśli – niejako mimowolnie staje się metonimią różnorodności świata. W rezultacie nawet historia rozstania wypada tu, na jakimś wyższym poziomie, osobliwie afirmatywnie i „krzepko”: problemy przesłonięte są elipsami, na widoku zostały „przęsła” historii, lśniące jak asfalt po deszczu. Świat jest złożony. Aktywny podmiot wycinać może z niego narrację taką, jaka mu się podoba. Pasywnemu porządkowi wspominania przeciwstawia się porządek  k o n s t r u o w a n i a wspomnień. Otaczają nas przecież „całe zbiory rzeczy do pamiętania” („Wzorowy ruch”), a pamięć mamy „jak wiewióra” („Pan Mięsień i Stawki”).

I Malek, i Witkowska interesują się szczegółem i dobrze wiedzą, jak oprawić go w wierszu, aby brzmiał tygodniami po przeczytaniu („moje serce to pasztecik profi”). Witkowska poszukuje jednego, decydującego konkretu, który w krótkim spięciu połączy nas ze Wszystkim; Malek konkrety gromadzi, bo tka z nich samowystarczalną strukturę, która zajmować ma nas bez metafizycznych referencji. Malek jest pozytywistyczna i materialistyczna, Witkowska to córka Dostojewskiego albo Rozanowa. Malek jest miejska i międzynarodowa, Witkowska jest pozamiejska i ponadgatunkowa (odsyłam do wywiadów, w których opowiada o powodach przeprowadzki z Wrocławia do maleńkiego Sokołowska). Witkowską interesuje ogród koncentracyjny, w którym żyjemy („te festony świateł / to jest drut kolczasty”), Malek interesują ludzie i ich historie. Witkowska to posthumanistyczny katastrofizm. Malek to postkatastroficzny humanizm.

Książkę Witkowskiej wreszcie – zakończmy może jakimś bardziej przyziemnym akcentem – redagowała znana z bojowych wystąpień Maja Staśko, a sama pozycja ukazała się w „rewolucyjnej” serii lewicowego Ha!artu. Pod tomem Malek podpisał się natomiast Kamil Brewiński, poeta zabierający zwykle głos z pozycji obrońcy „bezwzględnych wartości poezji” i dość krytyczny, o ile dobrze pamiętam, jeśli chodzi o dyskutowaną niedawno kwestię parytetu w świecie literatury. I teraz cios karate, największe zaskoczenie sezonu: dystyngowanym blurbem opatrzył „Lucyfera” nie kto inny jak Marcin Sendecki, poeta „ze świata Malek i Brewińskiego”, ten sam, z którym Staśko toczyła śmiertelne boje na łamach Facebooka, Biura Literackiego, Krytyki Politycznej i Bóg wie jakich jeszcze. Najpierw bawił mnie ten gest (wydawcy? redaktorki? poetki? Sendeckiego?), teraz jednak coraz bardziej mi się on podoba. Bo na pewno, na pewno nie może tu chodzić o porozumienie ponad podziałami, chwilowy sojusz „dla dobra poezji”; gdyby tak było, te parę linijek pozwalałoby patrzeć na stanowisko Staśko z przymrużeniem oka. Pożyczka statusu od „starego mistrza”? To samo. Żart z Sendeckiego? To by nawet jakoś współgrało z barwą humoru, jaką znaleźć można u Witkowskiej. Ale Sendecki wszedł w to.

Gramy chyba na nowych zasadach. Pojawia się nasycona konkretem poezja – myślę tu nie tylko o tomikach Malek i Witkowskiej, ale i o książce Bielickiego czy wierszach młodych autorów i autorek krakowskich – zainteresowana współczesnością i jej żywotnymi napięciami, możliwa do odebrania przez publiczność spoza wąskiego, środowiskowego kręgu. To, czy będzie zdolna powtórzyć sukces „brulionu” i wedrzeć się chociaż na chwilę do wyobraźni zbiorowej, jeszcze się okaże. Tymczasem – wygląda to ładnie, bardzo ładnie.

Cykl tekstów o poezji powstaje we współpracy z Festiwalem Literackim im. Czesława Miłosza w Krakowie.
Festiwal Miłosza