Wyspa nadziei
Pomnik chłopa

17 minut czytania

/ Sztuka

Wyspa nadziei

Rozmowa z Danielem Rycharskim

Nie przekonywałem mieszkańców Kurówka jakoś specjalnie. Nie zakładałem, że nie zrozumieją sztuki. Jestem stąd, robię sztukę dla nich, o nich i wspólnie z nimi

Jeszcze 4 minuty czytania

MONIKA STELMACH: Właśnie zainugurowałeś swój najnowszy projekt. W Sierpcu, na wyspie pośrodku jeziorka, umieściłeś macewy. 
DANIEL RYCHARSKI: Jeziorko zostało pogłębione podczas II wojny światowej przez Żydów z sierpeckiego getta. Miało służyć rekreacji mieszkańców dzielnicy niemieckiej. W 1939 było tutaj blisko 4 tysiące Żydów, po których został tylko zaniedbany cmentarz. Prawdziwe nagrobki mogłyby obrażać uczucie religijne Żydów. Alan Starski użyczył nam tych ze scenografii „Pokłosia”. Stowarzyszenie Pomoc Wzajemna z Zawidza zrobiło 4 tysiące kwiatów. Po jednym dla każdego mieszkańca Sierpca, który zginął albo wyjechał. 

Kwiaty są w kolorach tęczy, podobnie jak oświetlenie instalacji. Czy porównywanie sytuacji osób LGBT do losu Żydów nie jest pewnym nadużyciem? 
Nie chodzi mi o porównywanie tych sytuacji jeden do jednego. Inspiracją był tekst Marcina Dzierżanowskiego dla „Kontaktu” – „Biedni chrześcijanie patrzą na Paradę Równości”. Po drugim soborze watykańskim Kościół zmienił stosunek do Żydów. Wcześniej był jawnie przeciwny tej narodowości. Dzierżanowski twierdzi, że taki proces powinien nastąpić również wobec osób LGBT, których dzisiaj Kościół neguje. Ten tekst stał się inspiracją do zderzenia obu sytuacji. Chcę pokazać, do czego prowadzi nienawiść. Antysemityzmem i homofobią rządzą podobne, niebezpieczne mechanizmy. Za pomocą przeszłości opowiadam o teraźniejszości i przyszłości. „Wyspa” to w pewnym sensie przestroga, ale i nadzieja na zmiany. 

Myślisz, że tak jak chrześcijanie zostali wezwani do wyznania winy i zweryfikowania stanowiska wobec „starszych braci w wierze”, podobny proces jest dziś możliwy w przypadku LGBT? 
Takie dyskusje toczą się, ale zbyt wolno, a środowisko inteligencji katolickiej jest słabo słyszalne. Dotychczas wypracowano zalecenie katechizmu, by osoby homoseksualne „traktować z szacunkiem i delikatnością”. Większości osób homoseksualnych to jednak nie zadowala, ponieważ nie powoduje, że jesteśmy pełnoprawnymi członkami Kościoła. Marcin Dzierżanowski we wspomnianym tekście mówi, że przyszedł moment, w którym powinniśmy działać, ponieważ Kościół sam z siebie nie jest dziś zdolny do zmian. Bez nacisków i pomocy z zewnątrz nic się nie wydarzy. Trudno się z nim nie zgodzić. „Wyspa” jest takim głosem w dyskusji. 

Daniel Rycharski

urodził się w 1986 r. w Sierpcu. Ukończył grafikę na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, a następnie doktoryzował się na Wydziale Malarstwa tamtejszej ASP. W czasie studiów tworzył grupę artystyczną Duet ze Sławomirem Shutym. Po studiach powrócił do rodzinnej wsi Kurówko. Artysta pracuje na Wydziale Malarstwa i Nowych Mediów Akademii Sztuki w Szczecinie. W 2017 roku otrzymał Paszport Polityki w kategorii Sztuki Wizualne.

„Wyspę ”, zrealizowaną we współpracy z MSN w Warszawie, można oglądać na jeziorku w Sierpcu do końca maja 2018. Kurator: Szymon Maliborski, współpraca: Dawid Gospodarek.    

Jak mieszkańcy Sierpca przyjęli ten projekt? 
Pozytywnych głosów jest sporo, ale też dużo niezrozumienia i negacji, głównie w internecie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że anonimowość w sieci sprzyja hejterom. Po projekcie będziemy prowadzili badania, jestem ciekawy, co z nich wyjdzie. Może lepiej pozwolą zrozumieć ten problem. 

Od wielu lat robisz prace w Kurówku. Dotychczas były dobrze odbierane przez lokalną społeczność. Skąd się bierze to niezrozumienie w przypadku „Wyspy”?
W Kurówku, czy innych wsiach, gdzie robiłem projekty, miałem bardziej indywidualny kontakt z publicznością. Z każdym mogłem porozmawiać, wyjaśnić, o co mi chodzi. Wiele osób pomagało mi tworzyć prace. Poza tym hejt jest trudniejszy w relacjach bezpośrednich, bo nie ma anonimowości, każdy ponosi odpowiedzialność za to, co mówi.  

Ale w tej fali nienawiści widzę też szerszy problem. Osoby, które mogłyby tworzyć elity, wyjechały do dużych miast; pozostawiły Sierpce i Kurówka same sobie. Środowiska intelektualne skupione są w Warszawie, a wsie i małe miasta radykalizują się i nie ma dla tych procesów żadnej przeciwwagi. Oczywiście Sierpc ma swoje elity i artystów, ale coraz częściej młodzi ludzie nie wracają  po studiach. Intelektualiści są tutaj potrzebni, żeby rozmawiać o tych wszystkich trudnych rzeczach. 

Osoby ze środowiska LGBT też najczęściej wyjeżdżają do dużych miast. Ty po studiach w Krakowie wróciłeś do rodzinnej wsi.
Sytuacja LGBT na wsi jest tak samo skomplikowana i niejednoznaczna co i w mieście. W Kurówku wszyscy mnie znają i nie mam problemów ze swoją orientacją.  Ale znam też wiele osób, które ze wsi wyjechały. Im bardziej konserwatywne środowisko, tym bardziej geje są prześladowani w swoim najbliższym otoczeniu. Dużym problemem jest samotność, ponieważ nie ma tu środowiska LGBT, i jeśli nie dostają wsparcia rodziny, a często nie dostają, to są z tym całkiem sami. 

Czego brakowało ci w Krakowie, gdzie skończyłeś studia i pracowałeś na uczelni?
Podstawowych rzeczy: bliskości, poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji. 

fot. Jakub Grodzicki/Ekstra SierpcDaniel Rycharski i Szymon Maliborski podczas montażu „Wyspy”, fot. Michał Buczek

Masz to na wsi?
Paradoksalnie tak. Wszyscy mnie tu znają, z każdym mogę porozmawiać, wiem, czego się po tych ludziach spodziewać. Większość mieszkańców Kurówka to moja bliższa lub dalsza rodzina. Tutaj jestem częścią społeczności. Poczucie wspólnoty jest dla mnie ważne. 

„Do czego mnie matka urodziła” to film o wyludniającej się wsi, braku perspektyw i marzeniach o życiu w mieście. 
W tym filmie mówię o tym, że młodzi ludzie nie chcą mieszkać na wsi, ale mają też prawo dokonywać własnych wyborów. Młodym żyje się tu dość ciężko. Dziś zostali sami starsi ludzie albo starzy kawalerowie. Kurówko nie jest pod tym względem wyjątkiem. Nauczyciel gimnazjum pod Częstochową zrobił wokół tego filmu projekt edukacyjny. Napisał do mnie, że film jest popularną wśród uczniów pomocą dydaktyczną. Młodzież lubi go, bo jest o nich. 

Wiele twoich projektów powstało w Kurówku. Jak przekonałeś mieszkańców do sztuki współczesnej? 
Nie przekonywałem ich jakoś specjalnie. Nie zakładałem, że nie zrozumieją sztuki. Nie przyjmuję postawy kuratora albo artysty z miasta, który nieoświeconej wsi pokazuje, czym jest sztuka współczesna. Traktuję ich podmiotowo. Jestem stąd, robię sztukę dla nich, o nich i wspólnie z nimi. 

Nie jest też prawdą, że nie mają do czynienia z żadną sztuką. W sanktuarium w Oborach, na grobach zakonników wierni zawieszali w intencji uzdrowienia fotografie swoje albo bliskich. Wyglądało to dość abstrakcyjnie. Można by nazwać to instalacją i przenieść do galerii sztuki współczesnej. Mieszkańcy wsi doskonale rozumieją moje prace. 

Wiejski street art/ z archiwum artysty„Wiejski street art” / z archiwum artysty

Użyczyli ci nawet własnych budynków, na których malowałeś zwierzęce hybrydy. 
Nie malowałem im na ścianach czegoś, co było im zupełni obce i niezrozumiałe. Inspiracją dla „Wiejskiego street artu” była historia, którą wszyscy w Kurówku znają. Jakieś 20 lat temu na potorfowych Bagnach Smużewskich pojawiło się jakieś stworzenie, które codziennie wieczorem wydawało przeraźliwe odgłosy. Mieszkańcy wsi opowiadali, że ten potworny ryk nie był podobny do żadnego głosu znanych im zwierząt. Nie mogli go namierzyć, zaczęli się bać i opowiadać legendy o dziwnym stworze. Naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdzili, że może to być bardzo rzadki gatunek ptaka albo zwierzęcia, które nie występuje w Polsce. Być może ktoś zafundował sobie egzotycznego pupila, a potem go wypuścił. Trudno to dziś zweryfikować. Na bagnach żyło dwa lata. Nie wiadomo, co się z nim stało. To był pierwszy mój projekt, po którym wsią zainteresowały się media i krytycy. 

A potem nagrałeś film z mieszkańcami Kurówka, który mogli oglądać na pobliskiej łące. 
Wiesław Myśliwski w tekście „Kres kultury chłopskiej” pisał o tym, w jaki sposób do zmiany kultury tradycyjnej przyczyniła się telewizja, m.in. rozluźniła więzi sąsiedzkie. W Kurówku miejscem wieczornych spotkań był betonowy mostek, w niektórych wsiach przystanek autobusowy albo ławki przed domami. Ale im więcej jest kanałów w TV, tym mniej ludzi na mostku. Zainspirowany tym tekstem zrobiłem projekt „Multimedialne strachy na dziki i ptaki”. Zaproponowałem, żeby telewizor zmienił przeznaczenie i straszył dziki, a my spędźmy czas razem. Po wernisażu było wspólne ognisko przed remizą. Sołtys powiedział, że przyszło więcej ludzi niż na jego zebrania. Ten projekt otworzył mi drzwi do innych. Ludzie czekali na to, co jeszcze zrobię. 

Mobilny Pomnik Chłopa objechał wiele miejsc w Polsce.  
W 2013 roku nastąpił ten krótki przebłysk mody na wiejskie tematy wywołany  150 rocznicą zniesienia pańszczyzny. Chciałem włączyć się w dyskusję. Zastanawiałem się, co to wydarzenie znaczy dla ludzi na wsi. Większość mieszkańców Kurówka to potomkowie chłopów, którzy mieszkali w czworakach i obsługiwali szlachtę. Chruściccy ze dworu zostali przesiedleni w 1945 roku. Moja babcia pamięta, że jej matka, a moja prababcia pracowała u nich. Pochodziła ze szlachty wiejskiej, jej rodzina po II wojnie światowej dzieliła majątki dla chłopów. Mówiła, że chłopi byli przerażeni, jak zniknął szlachcic, bo nie wiedzieli, co teraz będzie. Zobaczyli jednak, że jak obrabiali pańskie pole, to dostawali kilka worków ziemniaków. Na swoim tych ziemniaków mają kilka ton. Rozmawiałem z rolnikami, jak chcieliby upamiętnić zniesienie pańszczyzny, ale okazało się, że oni wcale nie chcą tego wydarzenia świętować. 

Pomnik chłopa„Pomnik chłopa”

Dlaczego uznali, że to wydarzenie jest dla nich bez znaczenia?
Nie wiem, czy chodzi o to, że jest bez znaczenia. Problem jest dość złożony. Po pierwsze obchody i debaty nie odbywały się na wsiach, nikt ich na nie nie zapraszał. Ktoś, gdzieś tam w Warszawie czy Krakowie, mówił o znaczeniu dla chłopstwa zniesienia pańszczyzny. Po drugie rolnicy wcale nie chcą tego pamiętać, co jest pewnym rodzajem wyparcia. Ale jak oni mieli to przepracować, skoro na wsiach czy w gminnych miastach nie ma muzeum historii chłopstwa. W Polsce powstają kolejne placówki związane z II wojną światową i ani jednego muzeum wsi, które pokazywałoby coś więcej niż starodawne narzędzia rolnicze. Zresztą na fali tej rocznicy wieś zaistniała tylko przez chwilę w debacie publicznej. W dłuższej perspektywie niewiele to zmieniło. W sztukach wizualnych wieś nie istniała i do dziś właściwie nie istnieje. W filmie funkcjonują dwa skrajne wizerunki – albo zacofanej, zapitej biedoty, albo zmitologizowany: sielskiej krainy. Nieco lepiej jest w literaturze. 

Roch Sulima napisał, że pańszczyzna to kostium, w który ubieramy wieś. Wydarzenie wygodne dla polityków i dziennikarzy, bo bezpiecznie oddalone w czasie. Trudniej zająć się współczesnością wsi. Rolnicy nie zostali wysłuchani, kiedy zorganizowali najdłuższy protest w historii Polski. Pod kancelarią premierą siedzieli od lutego do czerwca 2015 roku. Wiejscy aktywiści, głównie związani z Solidarnością Zieloną, walczyli wtedy o kilka dość sensownych postulatów. Wysłuchała ich ówczesna opozycja, czyli politycy PiS. Zapłaciliśmy za to ogromną cenę. Rolnicy nie chcą rozpamiętywać przeszłości, chcą rozmawiać o przyszłości. 

Dlatego pomnik ma postać współczesnego chłopa, który siedzi na kance mleka w pozycji Chrystusa Frasobliwego.
Albrecht Dürer zaprojektował pomnik upamiętnienia przegranych bitew chłopskich z początku XVI wieku – postać w pozycji Chrystusa Frasobliwego. W tamtych czasach nie można było przedstawiać chłopa jako króla, dlatego nie został zrealizowany. Pomnik Chłopa to współczesna, alternatywna wizja tego pomnika. Pierwowzorem był Adam Pesta, sołtys Kurówka, to są nawet jego ubrania. Stój półoficjalny, nie codzienny, ale też nie do kościoła, raczej po pracy i na niedzielę w domu: spodnie od garnituru, koszula z kołnierzykiem, sweter i kaszkiet.  

Starychy na dziki„Strachy na dziki i ptaki”

Nawiązujesz do pomnika przegranych. Czy na wsi nie żyje się coraz lepiej?
Wieś przede wszystkim jest bardzo zróżnicowana. Nie wszyscy mogli skorzystać z unijnych dopłat. Rolnicy po pięćdziesiątce zostali w rozkroku. Byli za starzy, żeby reformować gospodarstwa, a jeszcze sporo życia im zostało. Kiedyś wszyscy mogli sprzedać mleko, nawet jeśli mieli jedną krówkę. Dziś 5 gospodarstw w całym Kurówku utrzymuje się z mleka, bo udało im się dostosować obory. Pozostali zaczęli dzielić swoją ziemię i sprzedawać ją albo farmerom, którzy robią wielkie przedsiębiorstwa rolne, albo pod domy letniskowe. PiS później odebrał im tę możliwość. Część osób dojeżdża do pracy do miasta. Wieś tradycyjna na moich oczach przekształca się w inne modele; staje się hybrydą życia miejsko-wiejskiego. 

Na początku swojej artystycznej drogi podkreślałeś związki z Grupą 111, która od lat 70. działała w Lucimiu. Czujesz się ich następcą?
Wielokrotnie rozmawiałem z Wiesławem Smużnym i Bogdanem Chmielewskim. Manifest Sztuki Społecznej Grupy Działania był dla mnie drogowskazem. Nauczyłem się od nich podmiotowego traktowania w sztuce mieszkańców wsi. Tworzę jednak w innym momencie niż Lucim. W mojej twórczości jest więcej wątków politycznych, opowiadam o skutkach transformacji po '89, czy mniejszościach seksualnych na wsi, czyli tematach, które w ogóle nie pojawiały się w sztuce Lucimia. Zgadzam się z nimi, co do metody, szanuję, ale robię swoje. 

Teraz odchodzisz od robienia sztuki na wsi?
Byłem zmęczony toczeniem Pomnika Chłopa po wsiach i miastach. Od 2015 roku był w kilkudziesięciu miejscach w całej Polsce. A po tym projekcie oczekiwania były ogromne. Kurówkiem zaczęli interesować się dziennikarze, przyjeżdżało tu coraz więcej osób. Mieszkańcy wsi poczuli, że są ważni. 

To pokazuje, że w mniejszych ośrodkach społeczność potrzebuje sztuki. 
Oczywiście, że potrzebuje. Wieś jest zaniedbana, jeśli chodzi o dostęp do kultury. Jeszcze rzadziej jest podmiotem w sztuce. Na początku byłem zaskoczony, że angażują się w moje projekty. Większość z nich walczy o przeżycie kolejnego miesiąca, wtedy sztuka schodzi na dalszy plan. 

Społeczność Kurówka jest dla mnie bardzo ważna, nie chcę jednak być więźniem coraz większych ich oczekiwań, ale też krytyki, która zakwalifikowała mnie do kategorii artysty od tematów wiejskich. 

Zostawiasz bezpieczne miejsce i oswojone już nieco tematy?
To prawda, że w Kurówku mam duży kredyt zaufania społeczności, wiem, jak się tu poruszać, coraz łatwiej przychodzą mi kolejne projekty. A ja potrzebuję wyzwań. Poczułem też, że muszę zrobić coś bardziej osobistego. Bez tego nie będę kompletnym artystą. Nie tyle jednak porzucam tematy związane z wsią, ile skupiam się na innych wątkach, np. tych związanych z religijnością w kontekście LGBT. 

Nadal poruszasz się w problemach niszowych dla sztuki współczesnej. 
Kuratorka z Rygi stwierdziła, że pierwszy raz spotkała artystę sztuki współczesnej, który mówi o religii z pozycji osoby wierzącej. Nie mogła wyjść z osłupienia. A ja bronię tego, kim jestem. Pochodzę z Kurówka, jestem biseksualny i wierzę w Boga. Co więcej, mogę o tym opowiadać w sztuce i być zrozumianym. 

Brama„Brama”

Wiara jest dla ciebie na tyle ważna, żeby walczyć o swoje miejsce w Kościele? 
Wiara w Boga i duchowość są dla mnie bardzo ważne. Natomiast jestem w takim momencie życia, że zastanawiam się, czy jest dla miejsce w Kościele. Bez względu na moje osobiste wątpliwości, KK w Polsce jest ważną instytucją, bo kształtuje opinie Polaków. Akceptacja osób LGBT mogłaby znacząco poprawić naszą sytuację.  

Mam wrażenie, że próba zmiany stanowiska Kościoła katolickiego wobec osób homoseksualnych poprzez sztukę i dyskusje niewielkich środowisk inteligencji katolickiej to jak kopanie się z koniem. 
Myślę, że prowadząc dialog, można więcej zdziałać, niż negując i wrzeszcząc na Kościół, bo to zamyka przestrzeń do rozmowy. Opada kurz po kolejnej bitwie i wszystko jest po staremu. Organizacja Wiara i Tęcza kilka lat temu przeprowadziła akcję „Przekażmy znak pokoju”, kiedy geje jeździli po parafiach i organizacjach katolickich, spotykali się z ludźmi, spokojnie tłumaczyli swoje racje. Takie akcje więcej wnoszą niż kłótnie. Czasami tracę już cierpliwość, czekając na zmiany, ale wiem też, że dzisiaj tylko dialog ma sens.