Walka o ciało

10 minut czytania

/ Film

Walka o ciało

Rozmowa z Robinem Campillo

Do Act Up należało wtedy tylu różnych ludzi; nie wywodziliśmy się z tych samych miejsc i rzadko się ze sobą zgadzaliśmy. Ale gdy wreszcie zebraliśmy się razem, poczuliśmy siłę – mówi reżyser nagrodzonego w Cannes filmu „120 uderzeń serca”, opowiadającego o organizacji walczącej o prawa osób chorych na AIDS

Jeszcze 3 minuty czytania

MARTA BAŁAGA: W „120 uderzeniach serca” nie ma jednej najważniejszej postaci. Trudno było skupić się równocześnie na tylu bohaterach?
ROBIN CAMPILLO: Kiedy zabieram się za nowy film, jestem bardzo grzecznym chłopcem – piszę scenariusz i robię to, co do mnie należy. Ale najważniejszy i tak okazuje się casting. Ten zajął mi aż sześć miesięcy, bo znalezienie odpowiedniego aktora zawsze jest trudne, a co dopiero dwudziestu. Zatrudniłem profesjonalistów i amatorów, aktorów filmowych i teatralnych. Dopiero wtedy poczułem się w pełni usatysfakcjonowany. Do Act Up należało wtedy tylu różnych ludzi; nie wywodziliśmy się z tych samych miejsc i rzadko się ze sobą zgadzaliśmy. Ale gdy wreszcie zebraliśmy się razem, poczuliśmy siłę. To ważne, bo w latach 80. byliśmy tylko ofiarami. Nie mieliśmy na nic wpływu.

W jakim stopniu nawiązujesz tu do własnych wspomnień? Do Act Up zapisałeś się jeszcze na początku lat 90.
Był to ważny okres w moim życiu i może dlatego wciąż tak dobrze wszystko pamiętam. Najdrobniejsze szczegóły, zdania. Ale wspomnienia mają to do siebie, że nie dotyczą tylko prawdziwych wydarzeń. Po jakimś czasie zaplątują się w twoją wyobraźnię i dlatego nie twierdzę, że w „120 uderzeniach serca” pokazuję stuprocentową prawdę – po prostu tak to zapamiętałem.

W Act Up zawsze szczegółowo opisywaliśmy to, co się działo. Byliśmy pewni, że zapiszemy się na kartach historii [śmiech]. Przygotowując się do filmu, zacząłem przeglądać te stare dokumenty i bardzo mnie to poruszyło – widniało na nich w końcu moje nazwisko. Ale wiele z tych notatek przepadło. W trakcie prób przepisaliśmy trochę scenariusz, bo niektórzy z młodszych chłopaków nie zrozumieli z poprzedniej wersji ani słowa. Najgorzej było z próbą oddania naszych niekończących się debat. Tak, ci faceci byli w większości gejami, ale czy naprawdę trzeba robić z tego jakąś parodię? Innym z kolei wydawało się, że grają w dramacie o rewolucji francuskiej. Kiedy robisz film, twoi bohaterowie szybko stają się najważniejsi. Potem idziesz już tam, gdzie ci wskażą.

Robin Campillo

Francuski reżyser i scenarzysta, w młodości działacz organizacji ACT UP, walczącej o prawa dla osób chorych na AIDS. Jest autorem scenariuszy do takich filmów jak „Time Out” czy „Klasa”. Jego reżyserski debiut „Eastern Boys” otrzymał nagrodę Horizonti na festiwalu w Berlinie. „120 uderzeń serca”, pokazywane premierowo w Cannes, zdobyły na festiwalu Grand Pirx i Cezara w kategorii „Najlepszy film”.

Ale slogany skierowane przeciwko firmom farmaceutycznym były chyba prawdziwe? Niektóre są dość zabawne.
Tak, wszystkie! W filmie pojawia się też jeden, którego zaczęto używać dopiero później: „Oni wcale nie są mili! Są wredni!”. To głupie, wiem. Ale byliśmy wtedy wściekli, a kiedy jesteś wściekły, czasem nachodzi cię ochota na zrobienie czegoś naprawdę głupiego. Ot tak, dla zabawy.

Firmy farmaceutyczne nie chciały zagwarantować nam dostępu do leków. Wygórowane ceny nie miały nic wspólnego z kosztem produkcji, nie upubliczniali też wyników badań. Wszyscy o tym wiedzieli. W filmie skupiliśmy się tylko na jednej, bo w przeciwnym razie byłoby to zbyt skomplikowane, no i nie mogłem podać prawdziwych nazwisk, bo zamiast z tobą rozmawiałbym teraz z prawnikami. Ale pomysł, by leki trafiały do potrzebujących za pośrednictwem loterii, bo nie było ich wystarczająco dużo, nie był wytworem mojej wybujałej fantazji – przeczytałem o tym kiedyś w „Le Monde”. Ci ludzie chcieli tylko, by rozmawiano o ich produkcie. To jeden z najbardziej wyrachowanych przemysłów na świecie, a i tak żaden rząd nie opowie się nigdy po stronie chorych. „Sorry, tym razem wam nie pomożemy” – wysłuchiwaliśmy tego całymi latami.

Mimo to twój film ma w sobie tyle radości życia. Ludzie znajdują tu czas na całonocne imprezy, nowe przyjaźnie, romanse.
Byliśmy wtedy tak młodzi. Chcieliśmy się bawić, tańczyć, kochać. Nieprzypadkowo jednym z naszych sloganów było zdanie „taniec to życie”. Współzałożyciel francuskiej Act Up pisał o nowych zespołach dla dziennika „Libération”, a my mieliśmy obsesję na punkcie muzyki house. No, może nie wszyscy – pod tym względem mój film jest akurat dość zakłamany. Ale zależało mi na przykład na umieszczeniu w nim remiksu „Smalltown Boy” zespołu Bronski Beat, bo Jimmy Somerville też udzielał się w Act Up. Organizował koncerty, podczas których zbierano fundusze dla ofiar AIDS. Na początku chciałem to nawet powtórzyć, ale kiedy się spotkaliśmy, zdałem sobie sprawę, że bardzo się postarzał i wcale nie ma na to ochoty. Ma już serdecznie dość tej piosenki. Nie mogłem o niej jednak nie wspomnieć, bo to nasz hymn.

Widujesz jeszcze ludzi, z którymi wtedy protestowałeś?
Wciąż się spotykamy, niektórych widuję dość regularnie. Współzałożyciel Act Up przyjechał nawet do Cannes obejrzeć film i tak mnie to przeraziło, że zupełnie zapomniałem o obecnej tam prasie. Miałem gdzieś recenzje – myślałem tylko o tym, co sobie o nim pomyśli. Nie rozmawialiśmy potem zbyt długo, ale wydawał się autentycznie poruszony.

Było to dla mnie niezwykłe ważne, bo zanim wstąpiłem do Act Up, studiowałem w szkole filmowej razem z Laurentem Cantetem [laureatem Złotej Palmy za „Klasę”]. Z powodu panującej epidemii nie potrafiłem w pełni poświęcić się kinu. Czułem, że muszę coś z tym zrobić, jakoś zawalczyć o tych ludzi. Bałem się jednak o tym opowiadać: wydawało mi się to zbyt przygnębiające. Potrzebowałem wielu lat, by wreszcie nie skupiać się wyłącznie na negatywach. Nie chodzi tu o jakąś durną nostalgię, bo wokół nas codziennie umierali wtedy ludzie. Ale łączyła nas mocna więź.


Act Up wciąż działa we Francji, prawda?
Tak, choć kiedyś ludzie wstępowali do tej organizacji z zupełnie innych powodów. Mój bliski przyjaciel uważał na przykład, że to jedyny sposób na to, żeby uzyskać odpowiednie informacje. Chyba rzeczywiście tak było. Kiedy wybuchła epidemia AIDS, miałem z dwadzieścia lat i okazało się, że mój pierwszy partner był chory. Ja miałem szczęście, ale i tak nie uprawiałem potem z nikim seksu przez kilka lat. Zbyt się bałem. Niczego wtedy nie wiedzieliśmy! Nie wiedzieliśmy jak unikać zakażenia ani czy mieszkając razem, można używać tej samej drewnianej deski do krojenia. Nie mieliśmy nawet własnej „Filadelfii” [film Jonathana Demme'a z 1993 roku opowiadający o dyskryminacji osób chorujących na AIDS]. Odpowiednie informacje ratowały wtedy życie i ludzie należący do Act Up żyli dłużej, bo mieli do nich dostęp. Ale i tak każdego miesiąca traciliśmy kogoś bliskiego.

Wasze akcje często uważano za wyjątkowo drastyczne: oblewaliście ludzi sztuczną krwią, włamywaliście się do siedzib farmaceutycznych gigantów. Teraz ludzie protestują w inny sposób, zwykle za pośrednictwem mediów społecznościowych.
Przypomina mi to wiadomość w butelce wrzuconą do morza: nikomu to nie pomaga i nic tak naprawdę nie zmienia. Największą różnicę stanowiło chyba to, że byliśmy naprawdę blisko tych ludzi. Każdego dnia dotykaliśmy ich ciał. Intymność jest zawsze powiązana z polityką, ale gdy tracisz kochanka, nie będziesz wdawać się w niekończące debaty. Z bardzo prostego powodu: nie masz na to czasu. Może dlatego akcje Act Up zawsze przypominały mi walkę o prawo do aborcji. Tak wiele kobiet poddawało się we Francji pokątnym zabiegom, a ludzie konsekwentnie wydawali się tego nie zauważać. Wszystko zaczęło się od manifestacji, od powtarzania na każdym kroku: „Tak, ja też to zrobiłam”. Wcześniej panowała wobec tego zmowa milczenia.

Kiedy walczysz o własne ciało, nie masz wyboru. Nie mieliśmy dostępu do internetu ani do polityków, musieliśmy więc zacząć od zera. Musieliśmy się spotkać i coś razem ustalić. Teraz jest zupełnie inaczej. We Francji mamy nowy ruch Nuit debout, przypominający trochę amerykańskie Occupy. Ludzie wychodzą na ulice, ale ich zapał szybko gaśnie; coś sobie powykrzykują, a potem idą na piwo. Nam też nie udało się wytrwać dłużej niż przez kilka lat, ale nie baliśmy się pobrudzić sobie rąk, nawet tą sztuczną krwią. Niedawno sam poszedłem demonstrować przeciwko agresywnemu zachowaniu policji, która zamordowała bezbronnego mężczyznę. Na ulicy było nas może z trzy tysiące, a na Facebooku? Wspierali nas absolutnie wszyscy. Z kanapy w salonie. Nie chcę psuć nikomu dobrego samopoczucia, ale prawdziwe bitwy nie toczą się na czyimś wallu.

Łatwiej się zaangażować, gdy masz przed sobą jasny cel?
I to najlepiej taki, który cię bezpośrednio dotyczy. Na przykład mamy teraz we Francji osoby arabskiego pochodzenia, które mają dość wszechobecnej islamofobii. Nie zgadzam się z ich wszystkimi postulatami, ale zdałem sobie sprawę, że ich też postrzega się jako grupę niebezpiecznych indywidualistów. Zupełnie jak kiedyś nas.

Robiąc ten film, czułem to samo, co wtedy. Znowu zebrała się grupa pełnych pasji ludzi, zupełnie sobie wcześniej nieznanych, których połączył jakiś wspólny cel – choć oczywiście tym razem stawka była jednak znacznie niższa. A może nie? Przecież zagrało w nim wielu młodych gejów, którzy wciąż głupio ryzykują. Zapomnieli, jak to kiedyś wyglądało, a niektórzy z nich chyba nigdy tego nie wiedzieli. „Umieraliście? Naprawdę?” – pytał mnie jeden młody chłopak na planie. Dziś z AIDS da się żyć, ale musimy pamiętać o tym, że ta epidemia wcale się nie skończyła. Wciąż gdzieś się tam czai.