Neomateria i retroproblemy
Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

18 minut czytania

/ Media

Neomateria i retroproblemy

Marek Krajewski

Digitalny świat, choć ma miliardy użytkowników, jest zawsze zamieszkiwany tylko przez jedną osobę

Jeszcze 5 minut czytania

Forma podąża za funkcją, upierał się Luis Sullivan, dając tym samym nie tylko wyraz swojej niechęci do ornamentu, ale też przewidując radykalne przeobrażenie relacji łączących człowieka z tym, co materialne. Sformułowane przez niego prawo nie wskazuje przecież tylko, że projektowane obiekty powinny być funkcjonalne, ale też, że rzeczywistość ma być elastyczna, formowalna, służebna, zdolna do wypełnienia każdej ludzkiej zachcianki. Idea ta najpełniej ziściła się w przypadku neomaterii*, a więc tej formy materialności, której źródłem jest proces digitalizacji. Neomateria nie jest tylko przekładem dotykalnego w cyfrowe i obliczeniowego w taktylne, ani dodaniem do znanych nam rodzajów realności jeszcze jednego jej rodzaju. Dostawieniem cyfrowego do fizycznego. Przeciwnie – neomateria to nieznane wcześniej doświadczenie materialności, jak i te formy tej ostatniej, których źródłem jest proces digitalizacji. Ponieważ za sprawą wpięcia komputerów w globalne sieci kontakt z neomaterią jest powszechny, to radykalnie zmieniają się też nasze relacje z rzeczami. Pociąga to za sobą równie całościowe przeobrażenie nas samych. Nie może być inaczej, bo przecież tym, co czyni nas ludźmi, jest nasza protetyczność, wysoka zależność od przedmiotów – tak  praktyczna, jak i poznawcza, tak społeczna, jak i indywidualna.

Cyfrowy świat, wbrew temu, co zwykliśmy sądzić o jego zdolności do budzenia w nas sprawczych podmiotów, twórczo przeobrażających rzeczywistość, doskonali przede wszystkim mentalność konsumencką. Podstawowym skutkiem istnienia neomaterii jest przecież nie tylko natychmiastowość zjawiania się dowolnego fragmentu rzeczywistości na każde nasze żądanie, ale też jej transformowalność. W zdigitalizowanym świecie nasze ułomności znikają, a wizerunki podążają za wyobrażeniami ich właścicieli o samych sobie, ściany chroniące prywatność stają się przezroczyste, wyparowuje zmęczenie towarzyszące podróżom, zwierzęta mówią ludzkim głosem, wszystko jest wieczne, bo odświeżalne. Istotą bycia konsumentem jest oczekiwanie, iż materia będzie doskonale transformowalna, że będą ją stwarzać nasze pragnienia, a wszystko będzie tym, czego sobie zażyczymy. Jeżeli dodamy do tego jeszcze i to, że cyfrowy świat to takie niezwykłe miejsce, w którym wszystko jest tożsame ze sobą, to musimy też przyjąć, iż oczekiwanie to ma charakter zgeneralizowany. Dotyczy nie tylko naszych relacji z tym, co nieożywione, ale też z innymi ludźmi. Siłę tego oczekiwania można dostrzec, przyglądając się sieciowym dysputom na dowolny temat. Powszechna w nich wściekłość nie jest rezultatem anonimowości czy jakieś tajemniczej epidemii nienawiści, ale raczej tego, że inni nie są tacy, jak tego oczekujemy, że nie zachowują się i nie myślą tak, jak byśmy chcieli. Neomateria przeobraża dyskusję w monolog, bo o ile ta pierwsza wymaga rezygnacji z części siebie i zakłada ciekawość innych, to ten drugi opiera się na żądaniu od nich, że będą projekcją naszych wyobrażeń, że będą plastyczni, formowalni przez nasze pragnienia.

Poczucie życia w tym samym świecie, stanowiące fundament komunikacji, życia społecznego i wspólnotowości, niezwykle dużo zawdzięczało przedmiotom, a dokładniej temu, iż patrząc na to samo, widzieliśmy to samo. Nie było to proste, co doskonale widać w przypadku różnic postrzegania rzeczywistości dorosłych i dzieci. Tam, gdzie ci pierwsi widzą łyżki, te drugie – lusterka i instrumenty muzyczne; tam, gdzie ci pierwsi czują obrzydzenie, te drugie – odkrywają fascynujące rodzaje substancji; to, co dla pierwszych jest ścianą, dla tych drugich – polem twórczej ekspresji. Każdy przedmiot, jak przypomina psycholog środowiskowy James  J. Gibson, to zbiór afordancji. Szklanka jest naczyniem, ale można użyć jej przecież jako wałka do ciasta, popielniczki, pułapki na owady, okularu odmieniającego kształty ludzi i rzeczy, broni czy pamiątki. Wielość możliwych zastosowań tego prozaicznego przedmiotu jest zagrożeniem dla podobieństwa naszych doświadczeń, a więc też dla wspólności świata, w którym żyjemy. To dlatego, jak przypomina socjolog Don Slater, każda zbiorowość materializuje przedmioty, wytwarzając rodzaj selektywnej ślepoty, umiejętność niedostrzegania innych użytków, jakie możemy uczynić z określonej rzeczy, niż te podzielane w obrębie danej wspólnoty. Jak bardzo materializacja jest skuteczna, pokazują problemy z wymyśleniem nowych obiektów. Mają je nawet ci, którzy z tego żyją. Projektantom z trudem przychodzi wyobrażenie sobie czegoś innego do cięcia niż nóż, nożyczki czy piła i czegoś innego do przemieszczania się niż samochód, samolot lub łódź. W rezultacie próby wymyślenia nowego przedmiotu kończą się zazwyczaj stworzeniem kolejnej wersji powozu, z którego wypięto konie albo połączeniem w jedno tego, co dotąd było rozdzielone – czapki i wentylatora; telefonu i aparatu fotograficznego, grzałki i czajnika. Materializacja jest niezbędna do tego, byśmy mogli żyć we wspólnym świecie i praktykowali go w sposób podobny – to z kolei warunek koordynacji naszych działań, ich zazębiania się ze sobą, a więc też istnienia tego, co społeczne, połączone.

To dlatego właśnie tak radykalną zmianę niesie za sobą pojawienie się neomaterii. Za jej sprawą to, co intersubiektywne, staje się subiektywne. Tam, gdzie przedmioty zamieniają się w kod, znika ich podstawowa własność, a więc ciężar, co z kolei sprawia, iż stają się one mobilne, ruchliwe. Łatwość przemieszczania się rzeczy oznacza z kolei, iż ulegają one społecznej delokalizacji. Ta ostatnia nie polega tylko na tym, że mieszkając w Polsce, wiem, jak wyglądają członkowie gangu MS-13, albo na tym, że chociaż nigdy nie byłem w holenderskim Doetinchem, to mogę zobaczyć, jak wyglądało tamtejsze D-Tower. Ta łatwość przemieszczania się przedmiotów, ludzi i zdarzeń z jednego kontekstu do innego sprawia, iż doświadczenia członków tej samej zbiorowości przestają być tożsame, że światy rodzica i dziecka, kolegów z tej samej klasy czy pracowników tego samego biura i to pomimo tego, że pozostają oni w fizycznej bliskości, na wyciągnięcie ręki, stają się odmienne. Neomateria rozpuszcza wspólnotę doświadczenia, bo jego przedmiotem staje się to, co zebrane podczas unikalnych wędrówek po sieci i to, co do nas przypływa filtrowane przez spersonalizowane wyszukiwarki.  Digitalny świat, choć ma miliardy użytkowników, jest więc zawsze zamieszkiwany tylko przez jedną osobę. Tę, która go stworzyła przez swoje potrzeby, pragnienia i podążający za nimi unikalny sposób aktywizowania potencjalności zamkniętej w ogromnych zbiorach danych dostępnych natychmiastowo i, w praktyce, bezwarunkowo. Mistyczne rozważania współczesnych fizyków kwantowych, takich jak Fred Alan Wolf, o materii stwarzanej przez umysł, w digitalnym świecie przestają brzmieć niedorzecznie. Są one raczej codziennym doświadczeniem każdego użytkownika podpiętych do sieci, mobilnych urządzeń. Ta monadyzacja świata rodzi pytanie o możliwość istnienia tego, co społeczne. Okazuje się bowiem, że konektywny świat, w którym wszystko się ze wszystkim łączy, wcale nie jest globalną wioską czy planetarną agorą. Przeciwnie, rozpada się na miliardy wsobnych subświatów, świadomych siebie nawzajem, ale nieprzekładalnych.   

Luis Sullivan, wierząc w plastyczność materii, nie przewidział radykalizmu konsekwencji, jakie niesie za sobą opanowanie przez człowieka zdolności jej kształtowania. Najpełniejszym przejawem wejścia w ich posiadanie jest dziś przebudowanie relacji łączącej formę i funkcję. W czasach, gdy architekt ten stworzył swoje prawo, a więc w drugiej połowie XIX wieku, podstawowym wyzwaniem było takie formowanie materii, by mogły zeń powstać obiekty zaspokajające ludzkie pragnienia o komunikowaniu na duże odległości, o kolonizacji nocy przez światło, o szybkim przemieszczaniu się, o komforcie i wygodzie zamieszkiwania. Spełniano je sukcesywnie – eksperymentując z materią, podając ją testom, gnąc i stapiając, łącząc i mieszając różnorodne substancje tak, by uzyskać materiały mogące przeobrazić się w obiekty wypełniające zaplanowane funkcje. Materia podążała za funkcją.

Zależność ta zmieniła swój kierunek, gdy eksperymenty przeniesiono w przestrzeń obliczeniową. Praktykowane tu teoretyzowanie materiałów – ich wymyślanie raczej niż odkrywanie – wsparte technologiami komputerowymi ma istotną konsekwencję: tworzymy nowe ich rodzaje, a dopiero potem zastanawiamy się nad ich możliwymi zastosowaniami. Oznacza to, iż forma nie podąża dziś za funkcją, ale funkcja podąża za materiałem. Eksperyment digitalny kończący się sukcesem owocuje poruszeniem wyobraźni. Jej pracę wymuszają nowe materiały, bo nie posiadając wyraźnego zastosowania, są tak długo bezużyteczne (a więc też bezwartościowe), aż nie zostaną zaprojektowane nowe działania, sposoby użytkowania ciała i międzyludzkie relacje, w których okażą się one niezbędne. Najpełniej to podążanie funkcji za materią widać w przypadku powszechnej dziś bastardyzacji tej ostatniej. Określenie to odnosi się do ogromnej liczby nowych materiałów, będących hybrydami posiadającymi własności substancji, których połączenie trudno nam sobie wyobrazić. Oddychające tkaniny,  jadalna ceramika, samoczyszczące się szyby, materiały z pamięcią kształtu, żywy beton, syntetyczna skóra, hodowane narządy, szkło zmieniające swoją przezroczystość na skutek impulsów elektrycznych, luminescencyjne i transparentne metale. Namnażanie tego rodzaju hybryd w zasadniczy sposób zmienia nasze relacje z przedmiotami. Bastardyzacja stwarza przede wszystkim problemy kategoryzacyjne, a więc sprawia, iż świat przestaje być uchwytny poznawczo, a co za tym idzie bezpieczny. Paradoks polega więc na tym, że w im większym stopniu rzeczywistość staje się ekspresją naszych pragnień, im mniejszy stawia nam opór, tym trudniej znaleźć w niej oparcie, fundament dla naszej pewności i wiary w istnienie czegoś, co nieprzekształcalne. Neomateria skutkuje raczej tym, że stale wątpimy. Czy istnieje jeszcze jakaś różnica pomiędzy produkowaniem a hodowaniem? Gdzie przebiega dziś granica pomiędzy tym, co ożywione, a nieożywione? Czy inteligentne materiały powinny mieć prawa przysługujące ludziom? Czy produkowanie syntetycznego mięsa oznacza rozwiązanie problemu głodu? Czy wprowadzenie na rynek smart glass sprawi, iż znikną producenci żaluzji i zasłon, firmy zajmujące się myciem okien? Jak dbać o buty wykonane z ameby?

Przeobrażenia materii mogą zostać przeczytane jednak inaczej, niż zrobiono to powyżej. Niekoniecznie opisując neomaterię, musimy przecież koncentrować się na tym, co w niej jest neo. Niekoniecznie też musimy w niej widzieć coś w rodzaju nowego rodzaju świętości: trochę się jej boimy, ale jednocześnie nas ona fascynuje; nie jesteśmy pewni, co za sobą przyniesie, ale generalnie ufamy, że nas wybawi od wszelkich cierpień i bolączek; nie do końca ją rozumiemy, ale wierzymy, iż pojmują ją ci, którzy ją stworzyli; przypomina ona to, co dotąd znaliśmy, ale jest w niej też jakaś tajemnica. Neomaterialność nie musi być więc widziana jako rodzaj osobliwości. Przeciwnie, jest ona też zwykła, bo rodzi się jako efekt stosunków, które doskonale znamy i które okazały się trwalsze od tego, co materialne. Ich istotą jest traktowanie świata jako przedmiotu, który można eksploatować, dowolnie przekształcać tak, by możliwe stało się zaspokojenie każdej, nawet najbardziej nieprawdopodobnej, ludzkiej potrzeby. Najpełniejszym przejawem tych relacji jest oczywiście nauka i kapitalistyczny model produkcji, co z kolei oznacza, iż nie doświadczamy materialnego świata bezpośrednio, ale pod postacią wiedzy i  produktów. Świat nie ulega więc dziś dematerializacji, ale jest raczej telematerialny – dostępny przez dwa wskazane tu zapośredniczenia. Dlatego istotniejsze od pytania, jakie zmiany niesie ze sobą neomateria, jest określenie, co ukrywa przed nami fakt mediowania przez nią rzeczywistości.

Raport Greenpeace „Click clean” wskazuje, iż 7% zasobów energetycznych dostępnych na świecie zużywanych jest przez sektor IT. Mike-Berners-Lee w „How Bad Are Bananas?”, wylicza, iż odbieranie przez nas maili pozostawia ślad węglowy w postaci 130 kilogramów CO2 rocznie (dla porównania kremacja ludzkiego ciała to ślad w postaci 80 kilogramów tej substancji). Produkcja dwutlenku węgla przez farmy danych będzie w 2020 roku wynosić od 240 do 350 milionów ton rocznie i na nic zdają się próby ograniczenia jego emisji przez wielkie sieciowe platformy, jak Netflix (godzina streamingu w przypadku każdego użytkownika pozostawia ślad węglowy w postaci 300 gram CO2), czyniące z wykorzystywania odnawialnych źródeł energii jeszcze jeden powód, dla których powinniśmy z nich korzystać. Produkcję energii trudno uznać za przykład dematerializacji i to pomimo tego, że materia ulega tu przemianie w to, co niedotykalne.

Trudno zań uznać też produkcję urządzeń, za pomocą których doświadczamy świata online. 70 z 83 znanych człowiekowi pierwiastków wykorzystywanych jest w naszych telefonach, ich wytwarzanie zaś rodzi liczne kontrowersje etyczne. Te ostatnie dotyczą nie tylko niewolniczej pracy, często dzieci, ale też wspierania przez ich producentów wojen finansowanych dzięki wydobywaniu rzadkich metali czy też zanieczyszczania środowiska przez elektrośmieci eksportowane tam, gdzie najtaniej się ich pozbyć. We wszystkich tych kontrowersjach w centrum znajduje się krążenie nie tego, co cyfrowe, ale tego, co namacalne – materii przeobrażanej w procesach jej wydobywania, produkcji, wyrzucania, recyclingu.

O materialności digitalnego przypominają również medioznawcy, tacy jak Jussi Parika, którego „A Geology of Mediato wnikliwa analiza pokazująca, iż historia mediów to też historia materiałów, krążenia materii i jej formowania w postaci urządzeń i infrastruktury niezbędnej do przesyłania informacji. Przypomina o tym również Richard Kedzior, którego praca „How Digital Worlds Become Material: An Ethnographic and Netnographic Investigation in Second Life” wskazuje, iż procesowi dematerializacji towarzyszy proces rematerializacji. W jego ramach to, co istnieje wyłącznie jako cyfrowa konstrukcja, przeobraża się w fizycznie istniejący dotykalny obiekt: w figurkę Mistrza Yody, wielkoformatową reklamę zasłaniającą widok z okna, implant, stolik lub, jak pokazuje przykład firmy Icon, w dom. Neomateria, stając się produktem, dosłownie odzyskuje swój ciężar, jest nie tylko doświadczalna, ale też taktylna, namacalna.

Proces mediowania rzeczywistości przez wiedzę i produkty sprawia, iż neomateria jest zwykła również dlatego, że nie zmienia zbyt wiele w konstytuujących świat stosunkach produkcji. O ile, jak zauważał Marks, fabrycznie produkowane obiekty udostępniane nam w postaci towarów ukrywały prawdę o społecznych stosunkach prowadzących do ich wytworzenia, a co za tym idzie – nie pozwalały skutecznie ich zmieniać tak, by były bardziej sprawiedliwe, to neomateria i jej wytwarzanie znacznie ten proces intensyfikują. Dzieje się tak na skutek rozciągnięcia procesów kreowania przedmiotów w tak długie łańcuchy kooperacyjne, że niemożliwe staje się ich zrozumienie. Dzieje się tak również dlatego, że używane przez nas narzędzia są efektem pracy w warunkach głębokiej tajności. Ta ostatnia ma nie tylko chronić wynalazki przed ich monetaryzacją ze strony konkurencji, ale też przed pytaniami natury etycznej. Dzieje się tak w końcu też dlatego, że najłatwiej wzmocnić zależność użytkownika od producenta, gdy sprawi się, że ten pierwszy nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, jak i dzięki czemu działa to, czego codziennie używa, gdy nie jest w stanie samodzielnie tego czegoś naprawić, gdy jego życie staje się zależne od konstytuujących codzienności sieci czarnych skrzynek. Zmniejszanie stopnia tej zależności polega dziś na próbach ich otwierania, na proponowaniu open-source'owych metod ich samodzielnego wytwarzania czy w końcu na poszukiwania domowych metod pozyskiwania nowych materiałów. Obecność tego rodzaju inicjatyw wskazuje, iż emancypacja nie dokonuje się dziś w sferze ideologii, ale właśnie na tym bardziej podstawowym poziomie – naszych relacji z materią.

Opisywana tu mediacyjna rola neomaterii skutkuje też przeobrażeniem naszych relacji z własnym ciałem. Za sprawą jej pojawienia wcale nie staliśmy się, jak chce tego wielu, bezcieleśni. Przeciwnie – im lżejsze ciało staje się w komunikacji zapośredniczonej przez urządzenia komputerowe, a więc im częściej jesteśmy innym dani w postaci cyfrowych reprezentacji, tym bardziej ono ciąży. Dzieje się tak z dwu podstawowych powodów. Z jednej strony dlatego, że codzienna konfrontacja z tysiącami digitalnych wizerunków innych osób zwiększa świadomość tego, co ciało może i czym może być, a co za tym idzie nakłada na jednostki nowe zobowiązania do jego przeobrażania. To z kolei sprawia, iż cielesność staje się wyzwaniem, zadaniem do wykonania w procesie, który nie ma swojego końca. Z drugiej strony dlatego, że, jak zauważył medioznawca Lev Manovich, ekrany czasu rzeczywistego (a więc w istocie wyświetlacze urządzeń komputerowych wpiętych do sieci) unieruchamiają nas. By cokolwiek zobaczyć musimy być uważni, patrzyć, folołować, subskrybować, reagować na powiadomienia. Ceną za uwolnienie się od ciężaru rzeczy jest więc uwięzienie ciała, uczynienie go funkcją urządzenia. Takie spojrzenie na digitalny świat sprawia, iż jawi się on jako kolejna forma Stieglerowskich psychotechnologii. Ich podstawową rolą jest zarządzanie doświadczeniem zmysłowym członków dużych populacji po to, by sprawniej koordynować ich działania. Dawniej tę funkcję pełniły kościelne dzwony, wyznaczające czas pracy i wypoczynku, świętowania i zbliżających się niebezpieczeństw, dziś realizują ją urządzenia wpięte do sieci, sprawiające, iż zbiorowo reagujemy na przesyłane przez nią impulsy. Choć więc digitalny świat to rzeczywistość ulegająca skrajnej subiektywizacji, to przejawia się on też w, trudnej do wyobrażenia wcześniej na taką skalę, zdolności do uruchamiania naszych reakcji, wywoływania poruszeń ciał zgromadzonych przed ekranami. Trudno o lepszy dowód, jak bardzo materialny jest świat, w którym pleni się neomateria.  

* Podobnego pojęcia (neomateriality) używa Christiane Paul w artykule „From Immateriality to Neomateriality: Art and the Conditions of Digital Materiality”, ale ma ono nieco odmienny sens od stosowanego w tym tekście.