Usiąść i szlifować
fot. Weronika Bilska

19 minut czytania

/ Literatura

Usiąść i szlifować

Rozmowa z Wiktorem Dłuskim

Przedstawiono mi „Siódmą funkcję języka” Bineta jako kryminał. No to ja na to jak na lato. Marzyłem, żeby po „Martwych duszach” przetłumaczyć jakąś normalną powieść. Trafiłem z deszczu pod rynnę

Jeszcze 5 minut czytania

KRZYSZTOF UMIŃSKI: Powiedział pan kiedyś, że dobrzy tłumacze zostają tłumaczami przez przypadek. Pan też?
WIKTOR DŁUSKI: Tak. Wcale nie myślałem, żeby być tłumaczem. Chciałem zostać dziennikarzem, ale nie mieściłem się za bardzo w tym zawodzie. Miałem za to znajomych w „Forum”, tygodniku przedruków z prasy zagranicznej. Pod koniec 1970 roku zaproponowano mi, żebym tłumaczył artykuły prasowe. Przełożyłem kilka, po jakimś czasie dostałem etat w dziale francuskim. No i tak tłumaczyłem, tłumaczyłem, ale to wszystko było anonimowe, a poza tym ile razy można przełożyć zdanie „Rzecznik Departamentu Stanu oświadczył...”. Rozpuściłem wici, że chętnie podjąłbym się przekładu jakiejś książki.

I na dzień dobry dostał pan Althussera.
Tak, dostałem do tłumaczenia książkę Althussera, francuskiego filozofa marksistowskiego. Była to kiepska filozofia i nawet kiepski marksizm. Kołakowski w „Głównych nurtach marksizmu” pokpiwa sobie z Althussera. Robota była ciężka, ale poprosiłem wydawnictwo o konsultanta. Pierwszym został Krzysztof Pomian. Potem on między pierwszym a drugim tomem wyjechał. Zastąpił go Marek Siemek i jakoś się z tego wywiązałem. Odtąd zaczęto zwracać się do mnie po przekłady książek.

Ale wcześniej próbował pan dziennikarstwa?
Zacząłem pisać takie felietoniki do „Polityki”, ale to właśnie przykład na to, jak się nie mieściłem. Napisałem ich dwadzieścia cztery, wydrukowano osiem, mówiąc, że pozostałe są nie bardzo cenzuralne... Nie chcę mówić, że byłem prześladowany. Po prostu nie miałem odpowiednich zdolności. Wysłano mnie kiedyś na reportaż do Koluszek, ale tego typu temperamentu również nie miałem: żeby jeździć w jakieś miejsca i wyciągać ludzi na zwierzenia. To w ogóle jest sprzeczne z moim usposobieniem.

Wiktor Dłuski

Urodził się w 1939 roku w Paryżu, tłumacz literatury francuskiej i rosyjskiej, redaktor. Ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Przetłumaczył ponad pięćdziesiąt książek. Wśród tłumaczonych przezeń autorów są filozofowie i socjolodzy: Bronisław Baczko, Alain Besançon, Louis Althusser i Pierre Manent. Przełożył też pamiętniki Ludwika Filipa I i Charles’a Talleyranda, a także liczne powieści, w tym trzy kryminały Borisa Akunina, „Zagubioną dzielnicę” Patricka Modiano oraz „Życie i niezwykłe przygody żołnierza Iwana Czonkina” Włodzimierza Wojnowicza. Ma ponadto w dorobku książki wybitnych francuskich filmowców, Jeana Renoira i Jean-Claude’a Carrière’a. W roku 1990 był krótko redaktorem naczelnym PIW-u. Wydał wówczas dzienniki Jana Lechonia i wznowił – po latach – „W poszukiwaniu straconego czasu” w przekładzie Boya. Otrzymał Nagrodę „Literatury na Świecie” (2011, za dzieło Bronisława Baczki „Rewolucja: władza, nadzieje, rozterki”), Nagrodę Literacką Gdynia (2015, za „Martwe dusze” Gogola) i Nagrodę Angelusa (2017, za przekład „Opowieści z ostatnich dni” Olega Pawłowa). W 2015 roku został mianowany oficerem francuskiego Orderu Sztuki i Literatury. Mieszka na wsi w Wielkopolsce, z żoną i sędziwym psem Brysiem.

A jakie cechy przydały się panu w fachu tłumacza?
Przede wszystkim to, co Niemcy nazywają Sitzfleisch. Że człowiek umie usiąść na odpowiedniej części ciała i szlifować. Tego się zresztą po sobie nie spodziewałem, bo z tajemniczych względów miałem zawsze opinię zdolnego, ale leniwego. Ale tu widocznie czy to konieczność, czy specyfika zawodu sprawiła, że potrafiłem to zrobić.

Myślę jednak, że najważniejszą rzeczą dla tłumacza jest pewien słuch językowy. Coś, co pozwala być jednocześnie blisko oryginału, a zarazem unikać dosłowności. Dużo jest rzeczy w tym zawodzie, których nie można ująć w jednoznaczną regułę, w których wiele zależy od wyczucia językowego. Jedni je mają, drudzy nie.

W posłowiu do tłumaczenia „Martwych dusz” pisze pan: „Przetłumaczyłem «Martwe dusze», bo bardzo chciałem to zrobić”. Oraz: „Nigdy wcześniej nie tłumaczyłem arcydzieła”.
Tak. Chciałem przełożyć nie tyle „Martwe dusze” – to akurat był trochę przypadek – co arcydzieło, coś prawdziwie wartościowego. Miałem o tyle pecha, że przez stosunki polsko-francuskie przeszedł Boy-Żeleński. Zresztą nie tylko on, paru wybitnych tłumaczy. Właściwie cała klasyka była przetłumaczona, rosyjska też. W ciągu czterdziestu lat przełożyłem wiele dobrych książek, ale żadnego arcydzieła.

„Martwe dusze” sprostały pańskim nadziejom? Okazały się arcydziełem?
Tak, moim zdaniem absolutnie.

Co to znaczy?
Chodzi o natężenie prawdy artystycznej. Tym się – moim zdaniem – różnią arcydzieła od po prostu dobrych książek, nie mówiąc o kiepskich. Cziczikow nie jest jednoznacznie negatywną postacią. Przecież formalnie on nie popełnia żadnego przestępstwa. Zostaje wpędzony w sytuację, w której najwygodniejszym wyjściem jest zrobienie dwuznacznej operacji, jaką jest zakup martwych dusz. Cziczikow to skomplikowana postać.

Do tego dochodzi różnorodność języka. U Gogola każda postać mówi inną ruszczyzną. Można powiedzieć, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego: Zagłoba mówi inaczej niż ksiądz Kordecki, a Mynheer Peeperkorn inaczej niż Settembrini. Ale u Gogola tych postaci jest więcej i właściwie każda ma własny język; Gogol przy pomocy języka nakłada maskę charakteryzującą daną postać, trochę jak w commedii dell’arte. Właśnie ze względu na to literackie bogactwo i ten element artystycznej prawdy uważam „Martwe dusze” za arcydzieło.

Laurent Binet, Siódma funkcja języka. Przeł. Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Literackie, 456 stron, w księgarniach od maja 2018Laurent Binet, „Siódma funkcja języka”. Przeł. Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Literackie, 456 stron, w księgarniach od maja 2018A co przekład „Martwych dusz” zrobił z panem w sensie ludzkim?
Nie mam poczucia, że praca nad Gogolem mnie wewnętrznie odmieniła. Wzbogaciła – tak. Trochę o znajomość Rosji, o znajomość samego Gogola, a przede wszystkim uświadomiła mi jeszcze silniej, na bardzo jaskrawym przykładzie, jak skomplikowaną istotą potrafi być człowiek, a zwłaszcza wybitny artysta, i jak trudno go zakwalifikować.

Mówi pan o Gogolu.
Tak. Akurat niedługo po tym, jak skończyłem tłumaczyć, zaczęły się te skomplikowane – mówiąc oględnie – historie między Rosją a Ukrainą. Zastanawiałem się, co by zrobił Gogol, zruszczony dogłębnie Ukrainiec, gdyby żył w takich czasach. To są oczywiście rozważania abstrakcyjne i ahistoryczne. Gogol mógłby się zmienić, przeżyć kolejny przełom ideowy. Ale taki, jakim go znamy, gdyby żył teraz, to byłby jeśli nie za przynależnością Ukrainy do Rosji, to w każdym razie za ścisłym związkiem Ukrainy z Rosją. Był wielbicielem Rosji.

To był jego paradoks i wielki kłopot życiowy, że za wielkiego pisarza uznali go autorzy liberalni jak Bieliński, natomiast prawicowi słowianofile (nie wszyscy, bo były tam bardzo dobre umysły) atakowali go, że szkaluje Rosję, oskarża ją przed zagranicą... Klasyczny repertuar zarzutów pewnego rodzaju prawicy. Gogol oczywiście cenił  Bielińskiego i innych, ale wolałby pochwały tych drugich.

W trakcie pracy nad swoim przekładem nie zaglądał pan do tłumaczenia Władysława Broniewskiego.
Tak, z dwóch sprzecznych powodów. Po pierwsze bałem się, że się nim zarażę, to jest, że niektóre sformułowania mi wpadną do przekładu. Z drugiej strony obawiałem się, że będę myślał nie o tym, jak ma być dobrze, tylko jak ma być inaczej niż u Broniewskiego.

Miałem taką przygodę z innym pisarzem, mianowicie z Izaakiem Bablem. Pewne wydawnictwo szykowało wybór jego nowel. Redaktorzy nie mogli znaleźć właścicieli praw do niektórych przekładów i zwrócili się do mnie o przekład paru brakujących opowiadań. Wziąłem pierwsze, przełożyłem ze dwie strony. Nagle coś mnie zaniepokoiło. Zaglądam do polskiego przekładu i widzę, że niemalże słowo w słowo piszę to, co mój poprzednik. Żelazna proza Babla trzymała tak mocno, że na zdrowy rozum nie dało się inaczej. Zadzwoniłem do Jerzego Pomianowskiego, który polecił mnie wydawnictwu, i powiedziałem: „Nie mogę tego zrobić, bo oskarżą mnie o plagiat”.

W drugiej połowie lat 90. Świat Książki zaczął wydawać serię Arcydzieła Literatury Światowej. Były to ładne wydania kanonu literatury zachodniej, często opatrzone posłowiami polskich autorów: Jana Tomkowskiego, Małgorzaty Łukasiewicz, Andrzeja Siemka... Mama kupowała mi je czasem i w tych edycjach poznałem część klasyki. To było w liceum. Nie wiedziałem, kim są Tomkowski czy Siemek, ale czułem, że to jest strasznie dobre. Po latach zorientowałem się, że to pan był redaktorem tej serii, że to pan po części odpowiada za moją ówczesną edukację. Jak ta seria powstała?
Do Świata Książki ściągnięto mnie, żebym do komercyjnej oferty wysyłkowego klubu książki spróbował dołączyć coś ambitniejszego. Wyobraziłem sobie – trochę utopijnie – że z tego stworzy się taka biblioteczka, że jak młody człowiek wyprowadza się od rodziców, to rodzina mu funduje może nie całość, ale duży wybór tego kanonu. Pomyślałem też, że tego typu seria powinna mieć posłowie kogoś wybitnego. Potem zabiegałem, żeby wydać te posłowia razem, ale sprawa rozbiła się o koszty. Żałuję, bo tam są naprawdę bardzo dobre teksty.

O eseju Małgorzaty Szpakowskiej „Uszy Karenina” Jan Gondowicz pisze, że jest „jednym z najmądrzejszych tekstów, jakie zdarzyło mi się czytać na temat tego, co między kobietą a mężczyzną dzieje się w małżeństwie”.
Z tekstu Małgorzaty Szpakowskiej jestem bardzo dumny i wybaczyłem jej nawet tytuł, który człowieka z moimi uszami mógłby urazić. Wcześniej zwróciłem się do niej o posłowie do czterech powieści Camusa. Odpowiedziała, że co miała do powiedzenia o Camusie, to już powiedziała, a w ogóle zajmuje się w tej chwili wyłącznie kobietami.

Jakiś czas później pomyślałem: „Nadszedł już czas na Annę Kareninę”. Zadzwoniłem do pani Szpakowskiej: „Jak pani się zajmuje wyłącznie kobietami, to ja mam dla pani taką kobietę, że pani nie odmówi”. Zabawne, że ona tamtego dnia wypożyczyła z biblioteki „Annę Kareninę”, którą czytała kiedyś w dzieciństwie. Nie wiadomo: telepatia czy zbieg okoliczności.

Wiktor Dłuski, fot. Weronika Bilska

W tamtej serii zdarzały się też chyba nowe przekłady. „Mistrz i Małgorzata” Andrzeja Drawicza? „Faust” i „Bracia Karamazow” Adama Pomorskiego?
Nie, one istniały już wcześniej. Może tylko „Faust” był dla nas. Nietypowa historia wydarzyła się natomiast z „Niebezpiecznymi związkami” Choderlosa de Laclos. Chciałem je wydać i wtedy usłyszałem od Andrzeja Siemka: „Nie wiem, czy pan się orientuje, że Boy opuścił dwa bardzo istotne listy, a w innych listach są ważne braki”.

Zaczęliśmy się zastanawiać, co z tym fantem zrobić. Oczywiście byłoby teoretycznie najprostsze zwrócić się do Siemka, żeby całość od nowa przetłumaczył, ale Świat Książki, wydawnictwo komercyjne, nigdy by na to nie przystał. Poza tym przekład Boya jest znakomity. W końcu brakujące fragmenty przełożył Siemek i wydrukowaliśmy je kursywą.

Pana pierwszą żoną była zmarła w 2002 roku Joanna Pollakówna, poetka i scenarzystka kultowego serialu „Marceli Szpak dziwi się światu”, a przy tym córka tłumacza, Seweryna Pollaka. Jak to jest dla tłumacza mieć żonę poetkę, córkę tłumacza?
Nie wiem, czy można dać jakiś generalny przepis. Po prostu żona była wspaniałą, niebanalną, wybitną osobą i było mi z nią bardzo dobrze. Oczywiście ceniłem jej poezję i obserwowałem jej rozwój. Jeśli chodzi o względy praktyczne, to jak czasem w jakiejś powieści pojawiały się wiersze, to prosiłem, żeby mi je przetłumaczyła. Sam nigdy poezji nie tłumaczyłem, nie czułem się na siłach, nie próbowałem.

Co dla pana przetłumaczyła?
W tej chwili pamiętam przypadek nietypowy, książkę José Cabanisa o Karolu X. Tam w pewnym momencie wspomina się o panu Montmorencym. Autor mówi o nim, że pisał koszmarne wiersze do swojej żony, i przytacza fragment. Poprosiłem Joannę, żeby to przetłumaczyła, a ona zrobiła z tego bardzo ładny madrygał. Ja mówię: „Nie może to tak być, to mają być koszmarne wiersze, zrób coś koszmarnego”. Nie chciała zrobić nic koszmarnego. Był to jedyny w moim życiu przypadek, że sam przetłumaczyłem wiersz. I rzeczywiście udało mi się zrobić to dość koszmarnie.

Wspólnie przełożyli państwo klasyczne dzieło Charles’a Sterlinga o martwej naturze.
Ja zrobiłem brulionową wersję, potem Joanna to sprawdziła i poprawiła zwłaszcza pod kątem języka opisu obrazów. Ekfrazy, opisy obrazów, to szczególny gatunek, w którym czasem trzeba daleko odejść od oryginału, żeby to dobrze brzmiało. Na koniec ja to jeszcze raz przeczytałem i doszlifowałem. Mieliśmy tremę, bo Sterling – chociaż w latach dwudziestych wyemigrował do Francji – znakomicie znał polski i wiedzieliśmy skądinąd, że jest bardzo wymagający. Pierwszy rozdział zamieściliśmy w „Twórczości” i ktoś posłał to Sterlingowi. Z wielką ulgą dowiedzieliśmy się, że przekład uznał za bardzo dobry i dziękuje.

Często zdarzają się panu osobiste kontakty z autorami?
Ostatnio korespondowałem z Grégoire’em Delacourtem w sprawie przekładu „On ne voyait que le bonheur”. Jak Jean Rolin czy Jean-Claude Carrière przyjechali, to zjadłem z nimi kolację. Ale bliższych kontaktów nie mam. Z rosyjskich autorów poznałem na przykład Władimira Wojnowicza i Olega Pawłowa.

Tego drugiego przy okazji Angelusa dla „Opowieści z ostatnich dni”?
Tak. Bardzo fajny, ogromne chłopisko. Poszliśmy na kolację we Wrocławiu. U nas takim męskim kieliszkiem jest setka, a na ogół pijemy w pięćdziesiątkach czy nawet mniejszych. On od razu powiedział, że chce sto pięćdziesiąt.

Towarzyszył mu pan przy sto pięćdziesiątkach?
Trzymałem się pięćdziesiątek, choć ilościowo mogło to wyjść tak samo. Następnego dnia poszliśmy do baru. On zamówił piwo i jakąś whisky, po czym wlał tę whisky do piwa i najspokojniej wypił... Rosjanie mają pewną skłonność do kabotyństwa: chcą zachowywać się tak, jak się inni po nich spodziewają. Podejrzewam, że on tak troszkę kokietował tym wlewaniem, bo skądinąd kulturalny człowiek.

Po jakichś ciężkich przejściach, prawda?
Podobnie jak bohater „Opowieści z ostatnich dni”, odbył służbę wojskową w kompaniach ochrony łagrów. Czuł się tam tak dobrze, że wylądował w szpitalu psychiatrycznym.

Kiedy już było wiadomo, że jego książka ukaże się po polsku, chciał wiedzieć, kto go tłumaczy. Nazwisko oczywiście nic mu nie mówiło, więc spytał wydawczynię: „No dobrze, ale co on już przetłumaczył?”. Odpowiedziała: „Martwe dusze”. „A, jak tak, to dobrze”. Zresztą sam uważa, że jest z nurtu gogolowskiego.


Czyli? 
Stosunek do prostego człowieka i w ogóle sytuacja człowieka uwikłanego w okoliczności, które go przerastają. A poza tym językowo. O wiele gorzej dałbym sobie z nim radę, gdybym wcześniej nie zrobił Gogola, bo to są właśnie takie bardzo złożone zdania, przechodzenie z jednego rejestru do drugiego, ci żołnierze rozmawiają ze sobą bluzgając, a potem jest opis jakiejś burzy śnieżnej... Trudna robota.

Właśnie do księgarń trafia „Siódma funkcja języka” Laurenta Bineta. To trochę taki „Kod da Vinci” dla kulturoznawców: kryminalna intryga plus środowisko francuskich filozofów. Barthes, Foucault, Derrida, Kristeva i pański stary znajomy Althusser. Wypoczął pan przy tym?
Bynajmniej. Przedstawiono mi Bineta jako kryminał. No to ja na to jak na lato. Marzyłem, żeby po ciężkich przekładach, jakimi były „Martwe dusze”, „Opowieści z ostatnich dni” i „Współczesne problemy religijne” Besançona, przetłumaczyć normalną powieść, najlepiej właśnie kryminał. Zgodziłem się, nie zaglądając nawet do niej, i trafiłem z deszczu pod rynnę, bo nigdy nie interesowałem się specjalnie semiologią ani lingwistyką. Nie znam tego języka, a trudno pastiszować coś, czego się nie zna w oryginale. Do tego masa języka potocznego, języka uniwersyteckiego i gry słowne...

Chciałem spytać o jeden konkretny wybór tłumaczeniowy. Komisarz Bayard z pogardą myśli o całej tej menażerii filozoficznej...
O „wykształciuchów” panu chodzi.

Tak.
Musiałem się o to spierać z redaktorem.

Do współczesnej polszczyzny „wykształciucha” wprowadził Ludwik Dorn. Wikipedia podaje, że wyraz ten wymyślił Roman Zimand jako tłumaczenie słowa „obrazowanszczina”, które z kolei stworzył Sołżenicyn. Nie udało mi się tego potwierdzić... Jak pan do tego wyboru doszedł?
Bayard mówi „intéllo” – to bardzo popularne słowo, ma wydźwięk lekceważąco-niechętny w stosunku do intelektualistów. Nie bardzo znajdowałem odpowiedniki. Po namyśle uznałem, że najbliższy tego jest wykształciuch, ale nie byłem pewien, czy to słowo na tyle już weszło do języka, by można je było użyć w tekście literackim. Akurat tak się złożyło, że w Sopocie siedziałem z dwiema paniami nieźle znającymi język polski, to jest Małgorzatą Łukasiewicz i Małgorzatą Szpakowską – i one obie uznały to za bardzo dobry odpowiednik tego „intéllo”. Uznałem to za zielone światło.

W „Martwych duszach” Maniłow mówi do Cziczikowa: „Co innego, gdyby się miało dobre sąsiedztwo, na przykład takiego człowieka, z którym w pewnym sensie można by było porozmawiać o uprzejmości, o dobrych manierach, śledzić jakąś tam taką naukę, żeby tak rozruszało duszę, dałoby, że tak powiem, taki jakiś wzlot (...). Wtedy, oczywiście, wieś i osamotnienie miałyby bardzo wiele przyjemnego. Ale zdecydowanie nie ma nikogo...”. A jak panu się żyje na wielkopolskiej wsi?
Bardzo dobrze, z tym że ja nie jestem tutaj uwięziony, a też nie mam tu w sąsiedztwie wyłącznie miasta N. jak Maniłow. Od czasu do czasu jeżdżę do Warszawy, są telefony, jest internet. Trochę mi brakuje czasem spotkania z przyjaciółmi, ale nie jestem odcięty. A samo życie na wsi... W przeciwieństwie do Maniłowa nie jestem posiadaczem ziemskim, więc nie mam problemów z rządcą i chłopami, co najwyżej z piecem centralnego ogrzewania. Żyje mi się dobrze, zwłaszcza o takiej porze roku jak teraz.

Na czym panu upływają dni?
Głównie na tłumaczeniu.

Cykl tekstów wokół tłumaczeń i tłumaczy publikowany jest we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku – organizatorem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” oraz festiwalu Europejski Poeta Wolności.