Koniec świata w sześciu aktach
„Wild Wild Country”

9 minut czytania

/ Film

Koniec świata w sześciu aktach

Darek Arest

Tragedia Waco i batalia toczona przez wyznawców Osho z amerykańskim rządem, transmitowane na żywo w telewizji, zawierały w sobie wszystkie cechy atrakcyjnego miniserialu. Właśnie w tym formacie powracają teraz na telewizyjne ekrany

Jeszcze 2 minuty czytania

Z mądrości, których uczy nas współczesna telewizja: dla mesjaszy i duchowych guru życie jest co najwyżej sześcioodcinkowym miniserialem. Wystawnym, choć z ograniczonym budżetem, fascynującym, gdy trwa, i rozczarowującym, gdy kończy się nagle, jakby nic się nigdy nie stało. Fabularna produkcja Paramount Network „Waco” oraz dokumentalne „Wild Wild Country” Netflixa to – w zależności od perspektywy – historie dwóch sekt kierowanych przez charyzmatycznych przywódców, dwóch kontrowersyjnych interwencji państwa i dwóch dramatów transmitowanych na żywo w telewizji. Perspektywa jest w obu przypadkach słowem kluczowym.

Telewizyjny powab obu zdarzeń zrozumieć łatwo. Oba trwały na tyle długo, by zaangażować najbardziej obojętnych widzów, głównym aktorom udało się przypisać wyraziste role, a całość można było opowiedzieć przy użyciu barwnych formułek w rodzaju „pranie mózgu”, „seksualne ekscesy”, „nielegalny arsenał” i „zbiorowe samobójstwo”. Sprawdzonych informacji było przy tym wystarczająco mało, by dało się snuć konspiracyjne domysły. Seriale korzystają z tego całego sensacyjnego arsenału, jednocześnie rozbijając narzucony przez zwycięzców język i narrację.

Grzeszni prorocy

W 1981 roku zamieszkane przez kilkadziesiąt osób Antelope w Oregonie najechali setkami wyznawcy Bhagwana Shree Rajneesha – hinduskiego guru znanego później pod imieniem Osho. Pośrodku pustyni wybudowali miasto, od którego miała zacząć się budowa nowego świata i nowego człowieka, a które skończyło swój żywot wraz z serią spektakularnych aresztowań. Sannjasinów oskarżono o liczne oszustwa, próbę morderstwa i atak bioterrorystyczny. Dwanaście lat później, na drugim krańcu kontynentu, nieopodal miasteczka Waco w Teksasie, członkowie odłamu adwentystów, określający się jako Gałąź Dawidowa, zostali otoczeni w swojej posiadłości przez agentów ATF (Bureau of Alcohol, Tobacco, Firearms and Explosives), co dało początek niemal dwumiesięcznemu oblężeniu, zakończonemu gwałtowną śmiercią ponad 80 ludzi.

U schyłku tysiącleci sekty były kiepskim tematem żartów. Domyślnym prototypem duchowego guru pozostawał Charles Manson, a każda społeczność żyjąca w wesołej „dobrowolnej komunie” poza światem przypominała o Jonestown w Gujanie, gdzie w 1978 roku dziewięciuset Amerykanów pod przewodnictwem kaznodziei Jima Jonesa popełniło zbiorowe samobójstwo. Jednak nawet w tak ponurym kontekście zaskakuje siła i determinacja, z jaką państwo uderzyło na własnych obywateli w Waco i Antelope, uciekając się do często fałszywych pretekstów. Może to tylko zbieg historycznych okoliczności, a może znak, że gdzieś na połączeniu tematów broni, seksu, religii i zakresu ingerencji państwa w wolność obywatela, poruszona została jakaś szczególnie czuła struna amerykańskiej duszy.

Naturalnym impulsem w przypadku opowieści o sekcie wydaje się chęć obnażenia manipulacji i przyłapania oszusta. Oba seriale przesuwają jednak w cień fenomen liderów i treść ich nauczania. W „Wild Wild Country” jest trochę rozmów o niezwykłej aurze Osho, sam mistrz dostaje szansę, by z archiwalnych taśm poświecić oczami i hipnotyzować nas swoim wężowym głosem, ale głównie zajmuje się milczeniem. Trudno zresztą przyłapać na oszustwie kogoś, kto z zaprzeczania sobie uczynił sztukę i element doktryny (która w następnym wypowiedzianym przez niego zdaniu staje się antydoktryną). Słabiej broni się przywódca Dawidian David Koresh z „Waco”. Rozfilozofowany, wyluzowany, grający rock’n’rolla kaznodzieja w interpretacji Taylora Kitscha niepokojąco przypomina Chrisa Stevensa z „Przystanku Alaska”. Egocentryczny, ale charyzmatyczny i szczery w swoim posłannictwie, także nie dorasta jednak do roli demona.

Anatomia konfliktu

„Waco” i „Wild Wild Country” nie są opowieściami o religijnym uwiedzeniu. Inaczej niż choćby „Mistrz” Paula Thomasa Andersona, zamiast na doświadczeniu duchowym, koncentrują się na tym społecznym. Sensacje, manipulacje i gra urażonych ambicji rozgrywają się za plecami liderów. Prawdziwą bohaterką dokumentu Maclain i Chapmana Wayów jest raczej Ma Anand Sheela – osobista sekretarka kontrowersyjnego guru, która prowadziła w jego imieniu brawurową kampanię medialną i osobiście zainspirowała większość przestępstw, o które sannjasinowie zostali później oskarżeni. „Waco” kieruje światło reflektorów na pracującego dla FBI mediatora (obowiązkowo przygaszony Michael Shannon), który gorączkowo próbuje wypracować kompromis między samozwańczym mesjaszem, jego zdezorientowanymi uczniami i uzbrojonymi po zęby, napalonymi na akcję niespełnionymi komandosami z agencji federalnych.

„Wild Wild Country”

Na polu charakterów „Wild Wild Country” ma nad „Waco” przewagę, którą zawdzięcza przede wszystkim zastępowi postaci, z których niemal każda dysponuje hollywoodzką charyzmą i bardzo indywidualnym doświadczeniem opisywanych wydarzeń. Bohaterowie „Waco” są docięci do wyważonych racji, które mają reprezentować. Fascynujący jest też bardzo progresywny charakter samego projektu zbudowanego wokół Osho. Zamiast enigmatycznej emigracji do Królestwa Niebieskiego przez Palestynę, sannjasinowie wybierali budowę nowego świata pod swoimi stopami, a dzięki powiązaniu religii z biznesem potrafi na ten cel zgromadzić środki finansowe i słowo zamienić w ciało. Jak wszędzie, gdzie pojawia się wezwanie do stworzenia nowej moralności, pojawiają się tu też krwawe demony, ale ta antysystemowa energia udziela się serialowi i dobrze mu służy.

Koresh, przywódca Dawidian, odgrywał rolę powiernika wielkiej tajemnicy, mesjasza z licencją na właściwą interpretację pisma i imienną przepustką do raju. Jego silna, wręcz autorytarna pozycja, obsesja nadciągającego końca świata i zakazy seksualne (z których przywódca był wyłączony), mocniej upodabnia Gałąź do naszej swojskiej sekty Niebo niż do wyzwolonych seksualnie i negujących etos ascezy wyznawców Osho. Mimo to bardzo podobna jest w „Waco” i „Wild Wild Country” mapa konfliktu, z nieufną prowincjonalną Ameryką w tle, mediami robiącymi globalny cyrk z lokalnej sprawy i agencjami rządowymi, próbującymi desperacko udowodnić, że nad wszystkim panują, załatwiając przy okazji swoje własne porachunki. Urażone ambicje i słabości charakterów stwarzają laboratoryjne warunki do eskalacji konfliktu, z minuty na minutę zamieniając sytuację trudną w beznadziejną.

„Waco”

 

Państwo kontra obywatel

W obu przypadkach sympatia pozostaje też po stronie oblężonych, pewnie dlatego, że bohaterami są tu przede wszystkim ludzie o ograniczonym wpływie na wydarzenia, rozdarci między swoimi duchowymi przywódcami a członkami wspólnoty. Nie obciążają ich brudne interesy, praktykują powszechnie opiewane amerykańskie wolności, poszukując po prostu innych opcji niż te, które oferuje im kultura głównego nurtu. Spacyfikowani przez policję własnego państwa, wykluczeni społecznie przez język używany w mediach, szukają pomocy u wyższej instancji i siebie nawzajem. Umacnia ich też hipokryzja świata zewnętrznego. Choć w Waco i Antelope działy się prawdopodobnie rzeczy zasługujące na kryminał, to do interwencji państwa mogłoby nigdy nie dojść, gdyby nie egoistyczne interesy agencji federalnych i kilku purytanów przerażonych koncepcją seksu tantrycznego uprawianego na pobliskiej łące.

Pacyfikacja Waco wywołała falę społecznej podejrzliwości wobec zaangażowanych w nią rządowych instytucji. Jej najłagodniejszym przejawem były reportaże, eseje i filmy dokumentalne demaskujące nadużycia agencji (dość przerażający, nominowany do Oscara „Waco: The Rules of Engagement”). Najbardziej mroczny epilog dopisał do historii rozczarowany polityką swojego rządu 27-letni były żołnierz amerykańskiej armii, Timothy McVeigh. W odwetowym zamachu bombowym „pomścił” śmierć 80 niewinnych ludzi, dodając do listy kolejnych 168 ofiar śmiertelnych i ponad sześciuset rannych. Ten ponury absurd dotyka jakiegoś rozdarcia w amerykańskiej tożsamości. Niechęć wobec idei państwa w państwie, stanowiącego własne prawa, normy przyzwoitości (do tego niebezpiecznie pachnącego antyamerykańskim komunizmem), może być jednocześnie zamachem na fundamentalne amerykańskie prawo do wolności i samoobrony przed każdym, kto uzbrojony zjawia się bez zaproszenia na twojej ziemi, żądając, byś zmienił swój sposób życia. Nawet jeśli tym kimś jest twoje własne państwo.

Po wyznawcach Osho nikt specjalnie nie płakał, zresztą uwzględniając powagę kierowanych pod ich adresem oskarżeń, można powiedzieć, że sprawa w zasadzie rozeszła się po kościach. Rząd podejrzanie chętnie szedł na ugody z oskarżonymi, wyroki zostały nadzwyczajnie skrócone. Sam mistrz deportowany z Ameryki dożył swoich dni w Indiach, a jego spadkobiercy pod znakiem Osho International handlują dziś książkami, zestawami do medytacji i oświeconymi aplikacjami na smartfony.