Czarna suknia
Deportacja żydowskich dzieci z sierocińca w Marysinie do obozu koncentracyjnego

Czarna suknia

Beata Chomątowska

Felicja, córka Salomei z Goscinnych i Edwarda (Efraima) Zwayera, przychodzi na świat w Dzień Dziecka. Dziś chciałoby się odczytywać to jako znak, ale ona sama z pewnością nie mogła dostrzec w dacie swoich urodzin zapowiedzi przyszłego zaangażowania

Jeszcze 4 minuty czytania

Mówiono do niej pieszczotliwie: Niunia.

Była nią dla najbliższych: męża, przyjaciółek, innych członków rodziny. Słowo mięciutkie, podszyte dzieckiem. Łatwo wysnuć zeń stereotypowe wnioski. Niunia w dorosłej wersji kojarzy się z pańcią i banałem. Podomka, pinczerek, falbanki, kolor różowy i słodka paplanina. Przeciwieństwo nowoczesnej, zaangażowanej społecznie doktor filozofii oraz wymagającej nauczycielki, kładącej do głów uczniom gimnazjum męskiego przy placu Krasińskich w Warszawie tajniki fizyki i chemii. W małżeństwie z Adamem Czerniakowem, z wykształcenia inżynierem chemikiem – równorzędnej partnerki intelektualnej. Tej ze zdjęcia z 1938 roku, na którym towarzyszy mężowi w uroczystości otwarcia kursu pływackiego dla dzieci ubogich członków warszawskiej gminy żydowskiej. Patrzy w obiektyw wyprostowana, w kapeluszu i eleganckim żakiecie. Ani śladu Niuni. (...)

Są bohaterowie, którzy odgrywają powierzone im role sumiennie i spokojnie, bez dramatycznych rozterek i nagłych zwrotów akcji, aż wypadki dziejowe popychają ich na sam środek sceny – i ten moment determinuje, w jaki sposób inni ocenią ich życie. Tak było ze Stefanem Starzyńskim, Adamem Czerniakowem i właśnie z Felicją, która na pierwszy plan wkracza w drugiej połowie lat czterdziestych, gdy proponuje nowo powołanemu Żydowskiemu Instytutowi Historycznemu w Warszawie, by odkupił od niej notatniki tragicznie zmarłego prezesa Judenratu. To rola wdowy depozytariuszki, w której zostanie zapamiętana. Przyćmi na długo wszystkie pozostałe.  

Opiekunka

Felicja, córka Salomei z Goscinnych i Edwarda (Efraima) Zwayera, przychodzi na świat w Dzień Dziecka. Dziś chciałoby się odczytywać to jako znak, ale ona sama z pewnością nie mogła dostrzec w dacie swoich urodzin zapowiedzi przyszłego zaangażowania. W 1883 roku międzynarodowe święto jeszcze nie istnieje; zostanie ustanowione cztery lata po jej śmierci.

Po utworzeniu warszawskiego getta Felicja angażuje się w działalność powstałego w 1924 roku Centosu (Centrali Związku Towarzystw Opieki nad Sierotami i Dziećmi Opuszczonymi), którym kieruje Adolf Berman. Żona Czerniakowa współtworzy w jego ramach specjalny patronat nad dziećmi ulicy – bezdomnymi sierotami, żebrakami, młodocianymi przestępcami. Przygotowuje akademie z okazji Miesiąca Dziecka, największego przedsięwzięcia charytatywnego Centosu, które ma zmobilizować mieszkańców getta do działań na rzecz ratowania dzieci, i wykorzystuje przy tej okazji swoje talenty oratorsko-pedagogiczne. 20 września 1941 roku razem ze współpracownikami przemawia podczas akademii w teatrze Femina. „Największe powodzenie, sądząc z oklasków, miała Niunia” (jej mąż w dzienniku).

Jest skuteczna. 2 listopada tego samego roku po koncercie w teatrze Melody Palace przy Rymarskiej 12 jej wystąpienie skłania publiczność do wyłożenia na wsparcie akcji kilku tysięcy złotych. 16 listopada znów przemawia, podsumowując przedsięwzięcie. Finansowo – jest sukces, na pomoc dzieciom zebrano ponad milion złotych, choć organizatorom się obrywa. „Ludzie nakrywają zamarznięte na śmierć dzieci wspaniałymi plakatami «Miesiąca dziecka» z napisem: «Nasze dzieci muszą żyć – dziecko to największa świętość!» Chcą w ten sposób wyrazić swój protest przeciwko «Centosowi», który nic nie czyni, aby zebrać te dzieci i uratować je od śmierci” – napisze w swoim dzienniku Emanuel Ringelblum, niechętny Czerniakowowi. Dla historyka o lewicowych poglądach kwesty i rauty połączone z przemówieniami są kosztownymi zabawami wyższych sfer, które przy okazji sycą własną próżność. Wątpi w ich skuteczność, gromi za wydatki (druk plakatów, opłaty pocztowe).

Fragment tekstu Beaty Chomątowskiej pochodzi z książki „Przecież ich nie zostawię”, która ukaże się 26 maja w wydawnictwie Czarne. Tekst Beaty Chomątowskiej pochodzi z książki „Przecież ich nie zostawię”, która ukaże się 26 maja w wydawnictwie Czarne. Z innych powodów działalność Centosu krytykuje Korczak, który zna się osobiście i utrzymuje kontakty z małżeństwem Czerniakowów. Irytuje się, gdy jakiekolwiek pieniądze przeznaczone na pomoc dzieciom nie trafiają do prowadzonych przez niego placówek. Sztandarowe hasło Miesiąca Dziecka określa jako „profanację”, „herezję”, „zakłamanie” i „parszywy frazes”. W późniejszym, niedatowanym liście do Felicji (Ośrodek Korczakianum wskazuje na przełom 1941 i 1942 roku), zaadresowanym do „Wielmożnej Pani Prezesowej Felicji Czerniakowowej”, napisze już pojednawczo: „Bywa, że drobny fakt zaważy mocno na takim czy innym stosunku między dwojgiem ludzi – ułatwi bądź utrudni – uniemożliwi porozumienie na długo, bądź na zawsze. List Szanownej Pani […] przyspieszył decyzję napisania, a raczej wygładzenia pewnych rys i nierówności, które – wie Pani i ja czuję – istnieją na naszej wspólnej drodze do jednego celu”. Doda również: „To, co dzieje się teraz wokoło sprawy dziecka, jest kopią nieuczciwej, szkodliwej i hałaśliwej gry na giełdzie w okresie zwyżki kursów”. W ­Pamiętniku z getta z przekąsem wspomni jednak, jak to Felicja, czyli Prezesowa, obejrzawszy przedstawienie Poczty Rabindranatha Tagorego w jego Domu Sierot, zorganizowane na kilka dni przed rozpoczęciem wielkiej akcji wysiedleńczej w getcie, zwiedzała budynek i gratulowała mu, że w takiej mysiej dziurze dokonuje cudów.

Zaangażowana społecznie żona prezesa Judenratu, osoba wpływowa, znana w kręgach towarzyskich, w której łaski próbował wkupić się niejeden interesant, musiała być silną konkurencją dla zarządców innych placówek opiekuńczych w getcie. Z końcem 1941 roku wspólnie ze współpracowniczkami z Centosu Felicji udaje się przekonać Emila Wajca (Weitza), jednego z najbogatszych ludzi w getcie, by razem z polskimi i żydowskimi wspólnikami wyłożył pieniądze na nowy internat dla dzieci. Wiedzą, do kogo się zwracają: pochodzący z Tarnowa Wajc, nazywany „królem szczotkarzy”, który dorobił się na produkcji szczotek w getcie i sprzedaży ich Niemcom, ma zarazem opinię filantropa. Zna się z Adamem Czerniakowem – spotykają się w Otwocku. Milioner, podobnie jak Czerniakowowie, spędza tam niekiedy weekendy i święta. Duży „wzorcowy” internat (określany też jako dom dziecka), ufundowany dzięki jego zaangażowaniu w odnowionym budynku przy ulicy Dzielnej 61, gdzie przed utworzeniem getta znajdował się polski sierociniec, otrzymuje nazwę „Dobra Wola”. Zaczyna działać w styczniu 1942 roku i wkrótce zyskuje czterystu podopiecznych, którzy – według relacji Adolfa Bermana – znaleźli tam „dach nad głową i ciepły, kulturalny dom”. Internat przyjmuje wychowanków w wieku od sześciu do dwunastu lat. „Dzieci ulicy miały czyste ubranka, każde miało czyste łóżeczko, własną pościel, ręcznik, szczotkę do zębów i nigdy nie było głodne” – pisze Ludwik Hirszfeld, wybitny lekarz, który pomagał w walce z chorobami w getcie, stojąc na czele Rady Zdrowia Judenratu. Warunki tam panujące były zapewne lepsze od tych, które mógł zaoferować dzieciom Korczak. Gmach, wyposażony w centralne ogrzewanie, mieścił ponad czterysta łóżek, kuchnię, salę szpitalną, sale lekcyjne, łazienki, miejsce do zabaw. Dziewczynki i chłopcy mieli osobne sypialnie. Podczas lustracji prowadzonej przez Żydowską Samo­pomoc Społeczną w kwietniu 1942 roku jej członkowie zapisali w raporcie, że wprawdzie w placówce „panowała ciasnota”, ale każdy z wychowanków miał własne łóżko i „w porównaniu z innymi placówkami jedzenie bardzo dobre”. A jednak dzieci z Domu Sierot i te z Dobrej Woli czeka ten sam los. Również zaplanowany na sierpień 1942 roku trzeci Miesiąc Dziecka już się nie odbędzie – w tym samym czasie Niemcy rozpoczną akcję wysiedleńczą. 

Wcześniejszy wpis z Dziennika Czerniakowa, datowany na 15 września 1941 roku: „Wieczorem odwiedziła żonę niejaka Werflowa, a potem Anka Lewowa. Obie wcieliły niepokój w duszę co do losu dzieci. Lewowa leczy mi zęby i w tej sprawie przyszła. Zauważywszy, co zrobiła, zaczęła z kolei uspokajać żonę. Oświadczyła, że i ona jest w tym samym położeniu (naprawdę była w lepszym). Nad ranem zakomunikowano mi, że wyskoczyła z 4-go piętra o 3 nad ranem”.

Żona

Połączyła ich chemia. Nie w przenośni. Adam Czerniaków jest inżynierem chemikiem, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Felicja uczy przedmiotów ścisłych i pisze prace naukowe. Ślub biorą 24 lipca 1912 roku, panna młoda ma dwadzieścia dziewięć lat, pan młody – trzydzieści dwa.

Mogli poznać się w szkole rzemieślniczej imienia Ludwika Natansona, w której oboje pracowali. Czerniaków zatrudnił się tam w 1908 roku, kiedy zaczęła pracę Felicja – nie wiadomo. Razem, już jako małżeństwo, będą tam zasiadać w radzie pedagogicznej. Felicja będzie też członkinią rady rodziców I Gimnazjum Związku Zawodowego Nauczycielstwa Polskich Szkół Średnich przy ulicy Żurawiej 49, do którego uczęszcza ich jedyny syn – Jan.

Pasują do siebie. Pochodzą z podobnej sfery, łączą ich zainteresowania, działalność oświatowa, społecznikowskie pasje, poglądy na życie w duchu pozytywizmu. Typowi przedstawiciele żydowskiego zasymilowanego mieszczaństwa ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Kulturalni – dużo czytają, często chodzą do teatru, kina, słuchają radia. Lubią bywać, dobrze wyglądać, stołować się na mieście. Partnerka ich jedynego syna Jana w rozmowie z Joanną Szczęsną określi Czerniakowa jako mężczyznę typu „trzy koszule w jeden dzień”, „bon vivanta i kobieciarza, ale zawsze wobec żony szarmanckiego”. Mieszkają pod dobrym adresem – Wspólna 18, z dala od przeludnionego, hałaśliwego Muranowa, na którego ulicach mówi się głównie w jidysz.

Wojna i getto zmienią tryb życia obojga. W październiku 1939 roku Felicja tkwi w kolejkach po zaopatrzenie. Musi pozbyć się futra, chodzić po ulicach w męskim płaszczu zostawionym przez syna. Jako pierwsza wyjdzie z domu z gwiazdą Dawida na rękawie, jej mąż przełamie się później. Będzie mu pomagała w pracy, starając się odciążyć go z obowiązków, jak w lipcu 1940 roku, gdy przyjmuje tłoczących się w całym mieszkaniu interesantów. To ona odpowiada za sprawy domowe, chodzi oglądać przydzielone mieszkania – wkrótce muszą się bowiem pożegnać z eleganckim mieszkaniem przy Wspólnej i przenieść na Elektoralną 11, a następnie na Chłodną 20, do tak zwanej Białej Kamienicy Zygmunta Lewina z charakterystycznym zegarem na fasadzie. 13 grudnia 1941 roku zajmują tam lokal na pierwszym piętrze. Jak na gettowy standard to nadal przyzwoite warunki, nieporównywalne z tymi, w jakich żyje większość mieszkańców getta. Sąsiedztwo też dobre – żydowska elita, głównie przedstawiciele gminy. Emanuel Ringelblum złośliwie określa w dzienniku ten dom jako Die Burg – „Zamek” i wspomina o hucznej imprezie sylwestrowej, która odbyła się tam krótko po przenosinach Czerniakowów.

Felicji, podobnie jak mężowi, trudno pozbyć się dawnych przyzwyczajeń. „W domu książka z czytelni strasznie brudna. Nie mogę czytać takich książek, brudnych od częstego dotyku. Są to najnudniejsze i najbanalniejsze książki” – notuje któregoś dnia Czerniaków. Starają się za wszelką cenę utrzymać chociaż część inteligenckich zwyczajów. Stąd częste lektury, utworzenie Patronatu nad Żydowską Orkiestrą Symfoniczną, którego przewodniczącą została Felicja. Patronat ma propagować i nadzorować działalność orkiestry oraz zdobywać fundusze na jej utrzymanie – muzykom coraz częściej brakuje środków do życia, nie mają instrumentów. Weekendowe wyprawy – gdy tylko się da, Czerniakowowie uciekają autem do Otwocka. Mieszka tam ich wspólna znajoma, nazywana w Dzienniku Romą. Towarzyszy im domowy pupil Kikuś – „dziwny pies – ucieka od suk, speszony przez ludzi”. 9 grudnia 1939 roku, Czerniaków w dzienniku: „Żona wciąż płacze”. 

W getcie Felicja miewa zmienne nastroje i nieprzyzwyczajona do trudnych warunków często choruje. 26 marca 1940 roku – kaszel, 31 maja, w przeddzień swoich urodzin – „Niunia po południu zaniemogła, sprowadziłem lekarza – zastrzyki”. 1 lipca 1941 roku – „Niunia w wielkiej depresji”. 3 stycznia 1942 roku – bronchit. 14 maja 1942 – „Niunia się, jak zwykle ostatnio, niedobrze czuje”. Słaba Niunia i energiczna doktor filozofii Felicja, przewyższająca niekiedy męża hartem ducha, to przecież jedna i ta sama osoba.

W czerwcu 1942 roku do getta zaczynają przenikać pogłoski o masowym mordowaniu Żydów na Lubelszczyźnie. Adam Czerniaków dopytuje komisarza do spraw żydowskich w gestapo, czy to prawda. Ten zaprzecza, choć hitlerowcy mają już zaplanowaną wielką akcję wywózek mieszkańców dzielnicy zamkniętej do obozów zagłady. Z powojennych zeznań Felicji przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Niemieckich w Warszawie: „Rano mąż powiedział mi, że o ile każą mu podpisywać wyroki śmierci na dzieci – zakończy życie. Rano tego dnia (tj. 23 lipca 1942 roku), udał się do Gminy Żydowskiej. Tam porozumiewał się z Niemcami (nie wiem dokładnie z kim) i uzyskał zwolnienie od akcji przesiedleńczej uczniów szkół rzemieślniczych i żon jeńców wojennych”. (...)

23 lipca Czerniaków zwołuje Radę Starszych. Według relacji Felicji po naradzie pokazuje zebranym flakon z cyjankali, mówiąc, że starczyłoby go dla wszystkich. Inżynier chemik – wie, jak dobrać dawkę. Potem wraca na chwilę do domu. Po południu Felicja widzi go po raz ostatni. O osiemnastej prezes dostaje telefon z gminy, że wzywają go Niemcy. Po burzliwej z nimi dyskusji zażywa w gabinecie truciznę, zostawiając na biurku dwa listy: jeden do Rady, drugi, prywatny, do Felicji. Żegna się z nią i prosi, by ucałowała od niego syna, gdy ten wróci. Znajdzie się w nim też słynne zdanie: „Żądają ode mnie, bym własnymi rękami zabijał dzieci mego narodu. Nie pozostaje mi nic innego, jak umrzeć”.

To pierwsza śmierć podczas wojny w rodzinie Czerniakowów, która dotyka Felicję.